Poprawia ostrość
Blog > Komentarze do wpisu
Ile kosztują nas zmarli?
Święto Wszystkich Kamiennych Płyt

Jest taki dzień w roku, kiedy każdy Polak odkłada na bok swoje zajęcia i wsiada w samochód, pociąg, tramwaj lub autobus po to, aby wyruszyć w specjalne miejsca oznaczone kamiennymi płytami, pod którymi w drewnianych prostopadłościennych pudłach zakopano dawno temu szczątki bliskich mu osób. Czasami oznacza to godzinę stania w tramwaju wypełnionym po brzegi śmierdzącymi ludźmi, czasem mozolne posuwanie się po krajowych drogach w sznurze ślimaczących się pojazdów, a czasem półtoragodzinną jazdę w niezmiennym rytmie sprzęgło-jedynka-gaz-hamulec-sprzęgło-luz za sprawą gigantycznego korka, który zaczyna się już na 5 kilometrów od miejsca docelowego, zwanego „cmentarzem”. Wszystko to odbywa się oczywiście w towarzystwie licznych stróżów prawa udających, że jakakolwiek regulacja ruchu jest w stanie zapewnić sprawny i bezpieczny dojazd dziesiątkom tysięcy kierowców, którzy zapragnęli znaleźć się w tym samym miejscu o tym samym czasie.

W Święto Wszystkich Kamiennych Płyt (a co bardziej przewidujący nawet wcześniej) każdy Polak obowiązkowo zaopatruje się w kwiaty oraz specjalne świece w szklanych słoikach zwane „zniczami”, które w odpowiednim czasie postawi na kamiennych płytach z wyrytymi nazwiskami swoich nieżyjących bliskich. Wiąże się to z niemałym kosztem, gdyż powszechnie przyjmuje się, że przynajmniej jeden z tych rekwizytów musi znaleźć się na płycie z nazwiskiem każdej osoby, z którą był spokrewniony.

Jednak koszt kilkudziesięciu złotych poniesiony na zakup ozdób to tylko drobny element całego przedsięwzięcia. Dla każdego Polaka jest bowiem oczywiste, że zanim na kamiennej płycie znajdą się kwiaty i specjalne świece, musi ona odpowiednio się prezentować. Na ocenę prezencji składają się: czystość i gładkość powierzchni, ich właściwe wypoziomowanie (sprawdza się, czy któraś strona płyty nie osiada w głąb gruntu), czytelność napisów oraz schludność obszaru wokół płyty. Dlatego każdy Polak w przeddzień dnia, w którym musi znaleźć się przy kamiennych płytach z nazwiskami swoich najbliższych, przyjeżdża w te same miejsca, aby przygotować je do właściwego przyjazdu. Za pomocą szmatki, detergentu i wiaderka z wodą szoruje kamień, martwiąc się tym, że czyszczone powierzchnie mogą ulec do jutra zabrudzeniu. Usuwa liście, które nagromadziły się w okolicy pomnika, specjalnie przywiezionymi w tym celu grabkami. Rzecz jasna, bardziej majętni Polacy nie zajmują się czyszczeniem sami, a wynajmują w tym celu specjalizowanych usługodawców, którzy wykonują te konieczne czynności za stosownym wynagrodzeniem.

Ile to kosztuje?

Udekorowanie tego nagrobka kosztowało co najmniej 80 zł. Któż z nas nie chciałby być po śmierci tak kochany przez bliskich?

Dwie lub trzy wizyty na cmentarzu w okresie święta Wszystkich Kamiennych Płyt to nie wszystkie okazje, przy których każdy Polak winien rzucić swoje zajęcia i zawitać do kamiennych płyt z nazwiskami swoich najbliższych. Do dni, w których ta czynność jest obowiązkowa, należą również: dzień urodzin zmarłego, rocznica ślubu (jeśli zmarły był naszym małżonkiem) oraz Wigilia Bożego Narodzenia. Ponadto należy dbać o konserwowanie kamiennych płyt nie rzadziej niż co dwa miesiące, tak aby nie nabrały one nieestetycznego wyglądu, co mogłoby nas narazić na znalezienie się na językach krewnych, którzy mogą przecież odwiedzić obsługiwaną przez nas kamienną płytę, aby wypełnić swój obowiązek zapalenia na niej znicza.

W praktyce można przyjąć, że kamienne płyty naszych bliskich, zlokalizowane w pobliżu naszego miejsca zamieszkania winniśmy odwiedzać nie rzadziej niż 8 razy w roku, przy czym na ogół 1-2 płyty (z nazwiskami naszych najbliższych krewnych — małżonka, rodziców, dzieci, rodzeństwa) powinniśmy nie tylko ozdabiać, ale także utrzymywać w schludnym stanie. Koszt zakupu ozdób na kilka kamiennych płyt przy sześciu „rutynowych” wizytach to nie mniej niż 30 zł, zaś przy dwóch „większych” wizytach (z okazji święta Wszystkich Kamiennych Płyt i np. Wigilii) — nie mniej niż 100 zł. Sam koszt ozdób w skali roku to zatem co najmniej 380 zł. Do tego należy doliczyć koszt dojazdów. Jeżeli do cmentarza nie mamy zbyt daleko, a poruszamy się samochodem, będzie to powiedzmy 10 zł za jeden dojazd, czyli 80 zł na rok. W dobrym tonie byłby też wyjazd, przynajmniej raz w roku, do kamiennej płyty położonej nieco dalej od naszego domu. Załóżmy, że koszt takiego wyjazdu wyniesie około 200 zł razem z koniecznymi z tej okazji ozdobami.

Jeżeli zatem przyzwoicie wypełniamy nasz powszechnie uznawany, społeczny obowiązek, to kamienne płyty znaczące miejsca, w których kiedyś złożono ciała naszych krewnych, pochłaniają rocznie co najmniej 660 zł i co najmniej kilkanaście godzin naszego czasu. Oznacza to, że normalny, przystosowany do życia w społeczeństwie Polak wydaje miesięcznie co najmniej 55 zł i poświęca co najmniej godzinę swojego czasu tylko po to, aby utrzymywać estetyczny wygląd specjalnego miejsca, w którym znajduje się tablica z nazwiskiem jego matki, brata czy innej niegdyś bliskiej mu osoby.

Jaki ma to sens?

Spróbujmy teraz dokonać rzeczy właściwie w Polsce niedopuszczalnej, czyli zastanowić się, jaki sens ma utrzymywanie i ozdabianie takiej kamiennej płyty. Przychodzi mi do głowy kilka potencjalnych uzasadnień:

Grób jest miejscem, do którego mogą przyjść krewni, aby wspominać zmarłego, a nawet „porozmawiać” z nim. Odpowiedź na ten argument jest oczywista aż do bólu: Żeby wspominać zmarłą osobę czy z nią „rozmawiać”, nie musimy znajdować się w jednym konkretnym miejscu, w sąsiedztwie tablicy z jej nazwiskiem. Być może w pobliżu takiej tablicy jest to odrobinę łatwiejsze, ale czy takie ułatwienie dla nas i dla krewnych zmarłego jest warte 55 zł i godzinę pracy miesięcznie, zwłaszcza że o wiele skuteczniejszym wyzwalaczem wspomnień jest przeglądanie pamiątek po zmarłym, jego zdjęć czy choćby przebywanie w miejscach związanych z jego życiem?

Przychodzenie na grób, utrzymywanie go w czystości i stawianie na nim ozdób jest formą okazania miłości zmarłemu. No cóż, jeżeli mój nieżyjący ojciec żyje gdzieś w zaświatach (w co oczywiście z braku dowodów nie wierzę) i domaga się ode mnie polerowania kamiennej płyty z jego personaliami i stawiania na niej kwiatów jako dowodu miłości, to chciałbym go w tym miejscu serdecznie poklepać po plecach i powiedzieć, że chyba postradał rozum. ;-) Ludzie wysuwający ten argument zdają się uważać nie tylko, że zmarli żyją i nas widzą (o czym jest przekonana większość Polaków), ale także, że zależy im na tym, aby kamienne płyty z ich nazwiskami były utrzymywane w miłym dla oka stanie. Odważę się zasugerować, że rozumni mieszkańcy zaświatów nie mieliby wobec nas tak powierzchownych i próżnych oczekiwań. Jeżeli tak uznamy, to pośmiertne oczekiwania estetyczne naszego zmarłego wuja musimy określić jako nierozumne — dlaczego więc mielibyśmy je spełniać? W końcu jeżeli nasz żyjący i całkiem zdrowy wuj wyrazi życzenie, abyśmy co miesiąc na ławce przed jego blokiem składali wieniec, to jego prośbę skwitujemy najwyżej uśmiechem.

Warto tu zauważyć, że argument okazywania miłości ma również wymiar szantażu emocjonalnego. Sugeruje on bowiem, że jeśli nie sprzątamy i nie ozdabiamy grobu osoby zmarłej, to znaczy, że nigdy jej nie kochaliśmy.

Zmarłym „należy się” coś od nas w zamian za miłość, którą nas obdarzali. Innymi słowy, jeżeli nie czyścimy i nie ozdabiamy grobu osoby zmarłej, okazujemy jej niewdzięczność. „Babcia tak cię kochała, a ty nawet nie postawisz jej świeczki?” — powie ojciec dziecku, które nie ma ochoty jechać na cmentarz. Jest to wariant przedstawionego powyżej argumentu z okazywaniem miłości. Tak jak poprzedniego argumentu można próbować go bronić jedynie przy metafizycznym założeniu, że zmarli żyją i nas obserwują, a my możemy wpływać na ich samopoczucie. W przeciwnym razie nie można mówić o niewdzięczności, ponieważ nie ma osoby, która mogłaby ją odczuwać. Nawet jednak przy takiej wizji rzeczywistości pozostaje pytanie, dlaczego nasi zmarli bliscy mieliby się od nas domagać tak powierzchownej rzeczy jak dbanie o estetykę kawałka granitu, i dlaczego mielibyśmy ich w tej sprawie słuchać?*

Religia katolicka wymaga dbania o groby bliskich. Argument ten jest wynikiem powszechnej nieznajomości rzeczywistego nauczania Kościoła Katolickiego wśród polskich „wiernych”. W żadnym oficjalnym dokumencie Kościół Katolicki nie nakłada na wiernych obowiązku dbania o groby osób bliskich ani odwiedzania tych grobów. Dzień Wszystkich Świętych, jak wskazuje sama nazwa, jest uroczystością ku czci wszystkich znanych i nieznanych świętych, którzy dostąpili tzw. widzenia uszczęśliwiającego (visio beatifica), czyli bezpośredniego postrzegania Boga w niebie. W uroczystości tej chodzi więc o oddanie hołdu nie „szeregowym” nieboszczykom, ale tym bohaterom, którzy poprzez przestrzeganie przykazań Boga dostali się do nieba, gdzie są bardzo, bardzo szczęśliwi. Następujące po niej święto (2 listopada) to tzw. Dzień Zaduszny, czyli dzień modlitwy za zmarłych wiernych, którzy pokutują w czyśćcu za swoje grzechy, oczekując na dostanie się do nieba. Według doktryny Kościoła Katolickiego żyjący wierni mogą uzyskać dla pensjonariuszy czyśćca skrócenie kary poprzez modlitwę, zamówienie mszy za zmarłego lub otrzymanie odpustu. Jednak żadna z tych czynności nie wymaga odwiedzania grobów bliskich, pielęgnowania ich ani stawiania na nich ozdób. (Szczegóły dotyczące odpustów w sprostowaniu do tego akapitu.)

Ludzie potrzebują udawać, że robią coś dla osób, które żyją w ich pamięci. Możemy przypuszczać, że po odejściu osoby, którą darzyliśmy uczuciem, nadal potrzebujemy jakoś wyrazić to uczucie, znaleźć dlań jakieś ujście. Stawiając na grobie kwiaty, czujemy się trochę tak, jakbyśmy wręczali je zmarłemu. W rezultacie czujemy się nieco lepiej. Jeśli przyjmiemy tę teorię, możemy powiedzieć, że poświęcanie czasu i pieniędzy na dbanie o grób osoby bliskiej nie jest czynnością bezsensowną — jej sensem jest bowiem poprawa stanu psychicznego osoby, która tym grobem się opiekuje. Co możemy odpowiedzieć na taki argument?

Po pierwsze, zauważmy, iż za pomocą argumentu potrzeby psychicznej możemy uzasadnić fakt, iż sami zajmujemy się nagrobkiem, jednak nie możemy tym argumentem przekonać osoby, która nie ma potrzeby wyrażać w ten sposób swojej miłości do zmarłego. W tym ujęciu opieka nad grobami nie jest przecież żadnym uniwersalnym imperatywem moralnym, a jedynie pewną techniką poprawiającą samopoczucie. Możemy — a nawet winniśmy — stosować ją, jeśli jest skuteczna, jednak nie mamy prawa krytykować osób, które jej nie stosują i np. w ogóle nie odwiedzają grobów swoich bliskich. Być może osoby te wcale nie muszą poprawiać sobie samopoczucia albo czynią to w inny sposób — nie nasza to sprawa.

Po drugie, możemy wątpić, czy dekorowanie granitowej płyty jest aby na pewno jedynym sposobem na wyrażenie swojego niewygasłego uczucia do osoby zmarłej. Zamiast wykonywać czynność, z której nikt oprócz nas nie ma pożytku, możemy przecież dokończyć jakieś sensowne dzieło rozpoczęte przez zmarłego albo zatroszczyć się o kogoś, kto został podobnie jak my osamotniony jego odejściem.

Należy zajmować się grobami bliskich, ponieważ taka jest konwencja społeczna (tradycja). Można argumentować, że opieka nad nagrobkami jest konwencją, czyli czynnością, której wykonanie bądź niewykonanie komunikuje coś innego, niż można odczytać z samej treści czynności. Na przykład, jeżeli mówię sąsiadowi „Dzień dobry”, to nie wyrażam w ten sposób swojej oceny dotychczasowego przebiegu dnia, lecz fakt, iż rozpoznaję mojego sąsiada i jestem z nim w dobrych stosunkach. To, że czynię to akurat za pomocą słów „Dzień dobry”, nie ma racjonalnego uzasadnienia — jest po prostu wynikiem utrwalonego zwyczaju. Jeżeli natomiast nie powitam mojego sąsiada, spotkawszy go na klatce schodowej, zakomunikuję w ten sposób fakt, iż mam do niego jakąś urazę.

Analogicznie można by argumentować, że nie dbając o nagrobki osób bliskich, wyrażam nie tylko prosty fakt, iż nie lubię marnotrawić pieniędzy i czasu albo że estetyka kamiennej płyty nie jest dla mnie istotna. Swoim brakiem zainteresowania komunikuję, siłą konwencji, coś o wiele bardziej doniosłego, np. „mój zmarły wuj w ogóle mnie nie obchodził”, „mam głęboki żal do mojego zmarłego wuja”, „jestem zimnym egocentrykiem, który nie odczuwa przywiązania do innych ludzi” czy „jestem nonszalanckim ekscentrykiem”. To, jak konkretnie mój bezwiedny komunikat zostanie odczytany, zależy oczywiście od jego odbiorcy. Widać przy tym wyraźnie, że każdy z przedstawionych komunikatów jest mniej lub bardziej szkodliwy dla moich relacji z rodziną i znajomymi — prezentuję się bowiem w najlepszym wypadku jako nieszkodliwy dziwak, a w najgorszym jako niemalże psychopata.

Wobec konwencji możemy zająć dwa skrajne stanowiska. Najprostszą odpowiedzią byłoby zadeklarowanie, że robimy to, co uważamy za słuszne, i nic nas nie obchodzi, co inni sobie pomyślą o naszych motywach. Postawa taka kusi swoją prostotą, jednak nie jest to raczej prostota szlachetna. Człowiek, który odmawia witania znajomych formułką „Dzień dobry” czy podawania im ręki (co racjonalnie można zrozumieć, gdyż czynności te nie pełnią same w sobie żadnej funkcji praktycznej), skazuje ich na zastanawianie się, czy może czymś go nie urazili. Jest więc człowiekem, który wprowadza do relacji z innymi ludźmi niepotrzebne nieporozumienia.

Z drugiej strony postawa pełnej zgodności z konwencjami społecznymi również wydaje się nieoptymalna moralnie. Możemy sobie wyobrazić społeczeństwo, w którym szacunek do swojego plemienia komunikuje się poprzez udział w plemiennym sporcie, jakim jest torturowanie członków innego plemienia. Widać wyraźnie, że powinniśmy odmówić udziału w tym zwyczaju, nawet jeśli wprowadzi to niemałe zamieszanie w nasze relacje ze współplemieńcami.

Na uwagę zasługuje zatem postawa pośrednia: Należy komunikować się swoim słowem i zachowaniem w sposób ogólnie przyjęty (czyli tak, aby ludzie nie wyciągali błędnych wniosków na nasz temat), chyba że wiąże się to ze znacznym kosztem. Innymi słowy, powinniśmy każdorazowo ocenić rozmiary nieporozumienia i zestawić je z korzyściami, które uzyskujemy, zachowując się niezgodnie z konwencją.

W przypadku opieki nad nagrobkami na jednej szali mamy zaoszczędzone pieniądze i czas, które możemy spożytkować w jakimś wartościowym celu, zaś na drugiej szali — ryzyko, że nasi krewni i znajomi zostaną wprowadzeni w błąd co do naszego stosunku do zmarłego krewnego bądź co do naszego stosunku do ludzi w ogóle.


* Oczywiście wszystko da się uzasadnić przy odpowiednim dopasowaniu założeń metafizycznych. Jeżeli np. założę, że samopoczucie mojego ojca w zaświatach zależy tylko od jednego bodźca (estetyki jego nagrobka), opieka nad grobem stanie się jedynym sposobem poprawienia jego losu, a zatem czynnością wysoce pożądaną moralnie. Jednak osoby wierzące w życie pozagrobowe z jakiegoś powodu nie uznają takiego założenia za prawdopodobne.
niedziela, 14 października 2007, cthinker

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
stone_broker
2013/01/22 21:47:43
Może warto chwilę zastanowić się nad takim spojrzeniem:
Tradycja, jaką jest upamiętnianie odejścia bliskiej osoby,
to nieodłączny element kultury naszej cywilizacji.
Pomimo różnych form i innego wymiaru,
zawsze związana jest z naturalnym pragnieniem
okazania miłości i szacunku tym, którzy odeszli.
Tradycję tą w naszej kulturze wyrażamy przez trwałe oznaczenie miejsca pochówku.
Jest nim nagrobek.

Czy możemy wobec tego patrzeć na to przez pryzmat pieniędzy.....


Pozdrawiam
Krzysztof Manikowski
O autorze

Tomasz Szynalski

E-mail: "t" + nazwisko + "małpa" + "gmail.com"

Moje zdjęcia na Flickerze