Poprawia ostrość
Kategorie: Wszystkie | Filozofia | Humor | Nauka | Polityka | Życie
RSS
środa, 04 czerwca 2008
Dialog o tym, czy niepewność w kwestii wartości obliguje nas do ich poszukiwania

FILOMENES: Twierdzisz, Porfiriuszu, iż my śmiertelnicy nie mamy wiedzy o tym, co winniśmy czynić na tym świecie.

PORFIRIUSZ: Tak jest, Filomenesie. Nasza wiedza etyczna jest niepewna i bezładna, a między różnymi myślicielami brak jest zgody. Bywa tak, że nakazy głoszone jako przykazania bogów przeczą sobie wzajemnie, a ich rozmaitych interpretacji nie sposób zliczyć. Wszystko, co do tej pory powiedziano na temat moralności, zdaje się puste i nieuzasadnione.

FILOMENES: Wygląda na to, Porfiriuszu, że rodzaj ludzki pozostawiony został bez żadnych wskazówek etycznych, na których można by polegać. Co tedy począć?

PORFIRIUSZ: To widać całkiem wyraźnie, że w tym smutnym stanie niewiedzy jedynym godziwym zadaniem każdego wolnego człowieka jest poszukiwanie owych nieodkrytych obiektywnych wartości, które obecnie są dla naszego rodzaju zakryte.

FILOMENES: Czy możliwe, aby ów nakaz poszukiwania wartości pochodził właśnie od tych wartości, które kiedyś odkryjemy?

PORFIRIUSZ: Rzecz jasna niemożliwe — wszak tych wartości jeszcze nie poznaliśmy, nie możemy więc na ich podstawie głosić niczego.

FILOMENES: A zatem nakaz ów musi należeć do naszej obecnej wiedzy etycznej?

PORFIRIUSZ: Niewątpliwie, tylko taką wiedzę bowiem posiadamy.

FILOMENES: Zauważ jednak, drogi Porfiriuszu, że nie możemy uznać tego nakazu za całkowicie pewny i prawidłowy.

PORFIRIUSZ: Dlaczegóż to?

FILOMENES: Gdyby bowiem takim był, oznaczałoby to, wbrew twemu twierdzeniu, że rodzaj ludzki posiada jednak niekwestionowalną wiedzę o tym, co należy czynić.

PORFIRIUSZ: Być może posiada.

FILOMENES: Ale skoro byśmy taką wiedzę już posiadali, jakiż powód mielibyśmy, iżby takowej wiedzy szukać? Czy podobna szukać czegoś, co się już znalazło?

PORFIRIUSZ: Niepodobna szukać tego samego, co się już posiada, ale może być, że jedyną pewną (jak dotychczas) wartością jest poszukiwanie innych wartości.

FILOMENES: Ale zauważ, Porfiriuszu, że teraz nie mówisz już, że nie mamy żadnej nieomylnej wiedzy etycznej i dlatego winniśmy jej poszukiwać. Mówisz, że — wręcz przeciwnie — wiemy, co mamy na tym świecie czynić, a tą rzeczą jest, nieco paradoksalnie, szukanie innych rzeczy, które powinniśmy robić. Można by zapytać, dlaczego powinniśmy robić właśnie to, ale byłoby to, jak rozumiem, pytanie naiwne, bowiem w twej koncepcji poszukiwanie wartości jest wartością samą w sobie, a przecież wartości same w sobie są takimi właśnie dlatego, że nie dają się wyjaśnić poprzez inne wartości.

PORFIRIUSZ: Niekoniecznie. Przyszło mi do głowy, że poszukiwanie wartości może nie być wartością samą w sobie, a jedynie środkiem do osiągania innych wartości. Takie rozwiązanie ma tę zaletę, że motywuje nas do poszukiwania wartości, nawet jeśli nie wiemy, czy jakiekolwiek wartości w ogóle istnieją. Jeżeli bowiem nie ma żadnych wartości, to każda rzecz, której poświęcimy swoje życie, będzie jednakowo pozbawiona sensu — możemy więc poszukiwać wartości tak samo jak robić cokolwiek innego. Jeżeli natomiast jakieś wartości istnieją, to poszukując ich, dążymy do ich realizacji.

FILOMENES: W takim ujęciu, Porfiriuszu, widzę poważną trudność. Skoro poszukiwanie wartości miałoby być jedynie środkiem osiągania wartości, to skąd wiadomo, że jest to środek skuteczny? Trudno przecież wskazać na tym świecie bodaj jeden niezawodny środek do osiągania jakiegokolwiek celu.

PORFIRIUSZ: Ależ Filomenesie, jest to chyba dość oczywiste, że poszukiwanie celu sprzyja realizacji tegoż?

FILOMENES: Niezupełnie. Co, jeśli prawdziwą wartością jest powstrzymywanie się od poszukiwania wartości?

PORFIRIUSZ: Ach, Filomenesie! Cóż za złośliwy kontrprzykład! Wśród wszystkich potencjalnych celów na tym świecie akurat coś tak sztucznego i osobliwego miałoby być prawdziwą wartością? Doprawdy, wydaje się to mało prawdopodobne, wręcz absurdalne.

FILOMENES: Widzę, Porfiriuszu, że masz całkiem sporo wiedzy o tym, jakie mogą być prawdziwe wartości i które rzeczy mają większą szansę tymi wartościami się okazać. Czy wolno mi zapytać, skąd ci wiadomo, że właśnie powstrzymywanie się od poszukiwania wartości nie ma największej szansy okazać się wartością — większej niż wszystkie inne potencjalne rzeczy?

PORFIRIUSZ: Po prostu wszystkich potencjalnych celów jest wiele, zaś twój przykład tylko jeden. Byłoby zaiste bardzo niezwykłe, gdyby wartością okazał się być właśnie ten jeden wymyślony przez ciebie cel, a nie któryś z tak wielu pozostałych celów.

FILOMENES: Hola, hola, Porfiriuszku! Zdaje mi się, że czynisz ciche założenie, iż mamy tu do czynienia z jakimś losowaniem jednego celu spośród wszystkich możliwych celów, niczym losów z urny. Skąd jednak wiesz, że wylosowanie każdego celu jest tak samo prawdopodobne? Co, jeśli właśnie ten mój cel ma tak wielkie prawdopodobieństwo wylosowania, że przekracza ono prawdopodobieństwo wylosowania wszystkich innych celów razem wziętych?

PORFIRIUSZ: Znowu wydaje się, że tak być nie może.

FILOMENES: A czy uważasz to za wiedzę pewną czy jedynie prawdopodobną? Jeżeli to drugie, to od razu spytam, czy ocena tego z kolei prawdopodobieństwa jest wiedzą pewną?

PORFIRIUSZ: Zapędziłeś mnie w kozi róg, zręczny Filomenesie. Z tego, co żeśmy tu powiedzieli, pokazuje się, że albo dysponujemy jakąś tajemniczą, zupełnie pewną wiedzą o tym, co może być wartością, lub przynajmniej o prawdopodobieństwach rządzących tym zagadnieniem, albo takiej wiedzy w sobie nie odnajdujemy i wówczas wypada nam tylko przyznać się do całkowitej ignorancji w kwestii etyki.

FILOMENES: Zaiste, w braku owej zagadkowej, nieomylnej wiedzy nie wolno nam nawet twierdzić, że sens ma poszukiwanie wartości. Bo jeśli takie postępowanie miałoby być wartością samą w sobie, skądże pewność co do tej wartości? A jeśli miałby być to środek do osiągania innych, nieznanych nam obecnie wartości, skądże przeświadczenie, że nie jest to środek przeciwskuteczny?

wtorek, 18 marca 2008
Daniel C. Dennett ― Gdzie jestem?

Z prawdziwą przyjemnością przedstawiam moje tłumaczenie opowiadania Where am I? Daniela C. Dennetta, jednego z najwybitniejszych żyjących filozofów zajmujących się problemem świadomości. Oryginalny tekst został wydrukowany w 1978 r. w zbiorze esejów Brainstorms. Przekład publikuję za zgodą autora.

Opowiadanie liczy 10 stron A4, więc zalecam lekturę w postaci wydrukowanej.

niedziela, 03 lutego 2008
Sprawa Jakuba T., czyli pułapki probabilistyki

Poznaniak Jakub T. został w poniedziałek skazany przez sąd w Exeter na dożywocie za zgwałcenie i ciężkie okaleczenie kobiety. Nie zamierzam wdawać się tutaj w spekulacje na temat tego, czy ów spokojny młody człowiek mógł dopuścić się tej zbrodni, a następnie dobrowolnie ułatwić angielskiej policji ujęcie samego siebie. Być może Jakub T. pewnego wieczoru postanowił spróbować swoich sił w roli Raskolnikowa, a następnie, jak tenże Raskolnikow, uznał, że należy mu się za to sprawiedliwa kara.1 Być może zaś Jakub T. znalazł się po prostu w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie, a brytyjski wymiar sprawiedliwości właśnie zniszczył życie niewinnemu człowiekowi.

Jedno w tej sprawie jest pewne: prawdopodobieństwo tego, że testy DNA, które były koronnym dowodem oskarżenia, błędnie wskazały na Jakuba T. jako na źródło materiału genetycznego znalezionego na miejscu przestępstwa, jest znacznie wyższe niż wielokrotnie cytowane w mediach „jeden do miliarda”.

Skąd wzięła się ta liczba?

Jeden do miliarda jest ostrożnie oszacowanym prawdopodobieństwem, że dwie niespokrewnione osoby będą miały taki sam wynik najdoskonalszego obecnie testu STR2 opartego na 13 różnych miejscach łańcucha DNA (tyle stosuje FBI). Liczba ta jest czymś w rodzaju średniej, gdyż w rzeczywistości prawdopodobieństwo to zależy od bliskości etnicznej badanych osób.

Jest to jednak czysto teoretyczne prawdopodobieństwo. W realnym świecie testy DNA są przeprowadzane przez ludzi, którzy popełniają błędy, w laboratoriach, które mają wdrożone lepsze lub gorsze procedury zabezpieczające przed tymi błędami. Istnieje możliwość zamiany próbek dwóch podejrzanych, zanieczyszczenia próbki podejrzanego próbką wzorcową (lub odwrotnie), zanieczyszczenia obu próbek materiałem osoby trzeciej, błędnego zinterpretowania wykresów, defektów oprogramowania, celowej manipulacji itp.3 Powtórzenie testu, nawet w innym laboratorium i na innym sprzęcie, nie zabezpieczy przed błędami na etapie pobierania i zabezpieczania próbek.

Biegły, który na sali sądowej zeznaje, że szansa, aby losowo wybrana osoba (inna niż oskarżony) miała profil DNA taki sam jak znaleziony na miejscu przestępstwa, wynosi 1 do miliarda, dostarcza sądowi kompletnie bezużytecznej informacji. Koncentruje on uwagę sądu na bardzo niskim, wręcz nierealnym prawdopodobieństwie jednego rodzaju błędu (możliwości, że dwie różne osoby mają ten sam profil DNA), a jednocześnie pomija o wiele większe prawdopodobieństwo błędów człowieka, sprzętu i procedur. Sądu nie może przecież obchodzić jakaś abstrakcyjna wiarygodność metody obliczona przy założeniu, że jest ona stosowana w perfekcyjny sposób przez bezbłędnych naukowców na niezawodnym sprzęcie. Sąd powinno natomiast interesować, na ile może zaufać ekspertyzie wykonanej przez konkretnych ludzi stosujących daną metodę badawczą.

Innymi słowy, dowodem dla sądu nie jest zgodność dwóch próbek DNA, lecz opinia laboratorium o tej zgodności, podobnie jak dowodem nie jest zgodność wyglądu twarzy sprawcy i podejrzanego, lecz jedynie opinia świadka o tej zgodności.

Jaka jest rzeczywista wiarygodność ekspertyz genetycznych?

Na ile zatem można ufać testom DNA? Odpowiedź jest trudna do uzyskania, gdyż okazuje się, że nie przeprowadzono żadnych systematycznych badań w tym zakresie. Profesor Jonathan Koehler z University of Texas jest czołowym badaczem wiarygodności metod kryminalistycznych. Na podstawie dwóch niewielkich kontroli obejmujących kalifornijskie laboratoria genetyczne oraz testów kompetencji mających na celu doskonalenie technik laboratoryjnych oszacował on orientacyjną stopę błędów badań DNA (prawdopodobieństwo stwierdzenia zgodności dwóch próbek, które są w istocie różne) wynoszącą 1:800.4 Biorąc pod uwagę, że dowody genetyczne zazwyczaj wysuwane są w sprawach o ciężkie przestępstwa, w których stawką jest wieloletnie więzienie, stosowna wydaje się tu analogia do linii lotniczej, w której 1 lot na 800 kończy się katastrofą.

Profesor Koehler zwraca oczywiście uwagę na konieczność wykonania rzetelnych, szeroko zakrojonych badań skuteczności testów DNA, zauważając jednocześnie ogromną niechęć laboratoriów genetycznych wobec jakichkolwiek prób szacowania stopy błędów. Według Koehlera wskazywanie konkretnych przypadków błędów kończy się jedynie zapewnieniami, że „błędy te wynikały z uchybień proceduralnych, które zostały wyeliminowane”. Jednak niewielu z nas skorzystałoby z usług linii lotniczej, która do tej pory miała 1 katastrofę co 800 lotów, a dzisiaj usilnie zapewnia nas, że usunęła wszystkie defekty. Przedstawiciele laboratoriów próbują również bronić się niezbyt mądrym argumentem, że informowanie sądu o zbiorczej stopie błędów obliczonej dla całej branży genetyki sądowej byłoby mylące, gdyż stopa błędów w dobrych laboratoriach jest o wiele niższa niż w słabych laboratoriach — mogłoby więc doprowadzić do niesłusznej utraty zaufania sądów do badań DNA. Co tak naprawdę mówi nam stopa błędów?

Zakładając, że prawdopodobieństwo stwierdzenia przez laboratorium zgodności dwóch próbek, które nie są zgodne, wynosi 1:800, co to oznacza? Oznacza to, że jeśli damy laboratorium 800 próbek, o których wiemy, że różnią się od próbki wzorcowej, to statystycznie w jednym przypadku laboratorium pomyli się i stwierdzi, że próbka jest zgodna z próbką wzorcową.

Nie oznacza to jednak, że na 800 próbek, uznanych przez laboratorium za zgodne z próbką wzorcową, jedna próbka jest niezgodna z próbką wzorcową. Jest to zupełnie inna statystyka, choć bardzo łatwo je pomylić.

Rozważmy zdanie:

Jeśli laboratorium dostanie dwie różne próbki, to niezwykle rzadko (w 1 przypadku na 800) zdarza mu się stwierdzić, że są takie same.

Nie oznacza ono, że:

Jeśli laboratorium stwierdzi, że dwie próbki są takie same, to niezwykle rzadko (w 1 przypadku na 800) zdarza się, że są różne.

Pierwsze zdanie oznacza po prostu, że jeśli damy laboratorium dwie próbki, o których wiemy, że są różne, to możemy być prawie pewni (na 799/800, czyli 99,875%), że laboratorium stwierdzi ich niezgodność.

Drugie zdanie oznaczałoby, że jeśli mamy dwie próbki, które laboratorium uznało za takie same, to możemy być prawie pewni (na 99,875%), że próbki te są rzeczywiście takie same. Byłaby to oczywiście nadzwyczaj cenna statystyka, ponieważ pozwalałaby nam ona powiedzieć, że jeśli laboratorium orzekło zgodność, to prawie na pewno ta zgodność występuje (...a zatem oskarżony prawie na pewno jest źródłem znalezionego DNA, a więc prawie na pewno jest winny).

Jednak przejście od zdania pierwszego do drugiego jest nieuprawnione i nosi nazwę „błędu prokuratora” (prosecutor’s fallacy), zwanego tak, ponieważ zazwyczaj sprzyja on oskarżeniu. Jeżeli macie wrażenie, że różnica między podanymi wyżej dwoma stwierdzeniami jest trudna do uchwycenia, macie rację. Badania psychologów pokazują, że prawdopodobieństwa warunkowe są obszarem, w którym ludzka intuicja jest wyjątkowo zawodna.

Brak bezpośredniego związku między zdaniem pierwszym a drugim najłatwiej zrozumieć, zauważając, że jeżeli np. przesłalibyśmy do laboratorium 800 próbek niezgodnych ze wzorcem i 1 próbkę zgodną ze wzorcem, to laboratorium zwróciłoby nam 2 wyniki pozytywne — 1 próbkę należącą do 800 próbek niezgodnych ze wzorcem (prawdopodobieństwo błędu 1:800) oraz 1 próbkę zgodną ze wzorcem (zakładamy, że w przypadku próbki zgodnej nie ma możliwości błędnego orzeczenia). Choć zatem stopa błędów wynosi tylko 1:800, to spośród 2 próbek uznanych za zgodne aż 50% jest niezgodne. Widać więc, że tak interesująca nas statystyka, o której mowa w zdaniu drugim, zależy od proporcji między próbkami zgodnymi a niezgodnymi trafiającymi do laboratorium (innymi słowy, od wyjściowego prawdopodobieństwa, że próbka trafiająca do laboratorium jest zgodna ze wzorcem).

Aby obliczyć prawdopodobieństwo, że dwie próbki, które laboratorium uznało za takie same, są rzeczywiście takie same, musielibyśmy skorzystać ze wzoru Bayesa, który wymaga znajomości wspomnianego wyjściowego (nie uwzględniającego badania genetycznego) prawdopodobieństwa, że DNA podejrzanej osoby jest identyczne z DNA znalezionym na miejscu przestępstwa. Prawdopodobieństwo to nosi nazwę prawdopodobieństwa bazowego.

Prawdopodobieństwo bazowe może na przykład zależeć od tego, ile osób, oprócz podejrzanego, miało sposobność popełnienia przestępstwa.5 Inaczej spojrzymy na pozytywny wynik badania DNA, jeżeli podejrzany jest jedną z 3 osób, które znajdowały się w miejscu popełnienia przestępstwa, a inaczej, jeżeli jest on jedną z 8000 takich osób. W tym drugim przypadku musimy liczyć się ze znacznie większym prawdopodobieństwem, że podejrzany padł ofiarą pomyłki laboratorium. Statystycznie przytrafi się ona bowiem 10 osobom na 8000 całkowicie niewinnych osób poddanych testowi DNA. Zatem nasz podejrzany będzie raczej jedną z 10 ofiar pomyłki niż jednym jedynym sprawcą przestępstwa.

Widzimy zatem, że w żadnym razie do oceny prawdopodobieństwa winy nie wystarczy informacja o tym, że podejrzany uzyskał pozytywny wynik badania DNA.

Prawdopodobieństwa na sali sądowej

Co oznaczają powyższe rozważania dla postępowań sądowych? Po pierwsze, biegli powinni informować sąd o rzeczywistej stopie błędów, uwzględniającej błędy laboratorium, zamiast szafować imponującymi, lecz czysto teoretycznymi prawdopodobieństwami w rodzaju 1:1,000,000,000.

Po drugie, należy się zastanowić, czy sąd powinien w ogóle otrzymywać informację o stopie błędów. Informacja w rodzaju „szansa stwierdzenia zgodności dwóch próbek DNA pochodzących od różnych osób wynosi 1 do 1000” nie przekłada się łatwo na prawdopodobieństwo, że próbki są faktycznie zgodne (a oskarżony winny), jednak ludzie nagminnie wyciągają z tego typu statystyk rażąco błędne wnioski.

Cytaty z protokołów sądowych przytaczane przez profesora Koehlera6 są porażające. Niejednokrotnie nawet powołani przez sąd biegli genetycy wydają się mylić prawdopodobieństwo tego, że osoba niebędąca źródłem DNA znalezionego na miejscu przestępstwa otrzymałaby wynik pozytywny, z prawdopodobieństwem tego, że osoba, która otrzymała wynik pozytywny, nie jest źródłem DNA znalezionego na miejscu przestępstwa — a przynajmniej nie protestują, kiedy przesłuchujący ich prokurator posuwa się do nieprawdziwych stwierdzeń.

Na tyle, na ile można wnosić z doniesień prasowych, również proces Jakuba T. był pełen typowych przekłamań wynikających z nieznajomości rachunku prawdopodobieństwa. Zaczęło się od prawidłowego zdania:

Istnieje 1 szansa na miliard, że profil DNA losowo wybranej osoby (innej niż Jakub T.) będzie zgodny z profilem DNA znalezionego na miejscu przestępstwa.

W kolejnym kroku ktoś (może prokurator, a może już sam biegły) zintepretował to następująco:

Istnieje 1 szansa na miliard, że profil DNA jakiejkolwiek osoby innej niż Jakub T. jest zgodny z profilem DNA znalezionego na miejscu przestępstwa.

...co oznaczałoby, że na 99,9999999% nie istnieje (na świecie?) żadna osoba, której profil DNA jest zgodny z profilem DNA znalezionego na miejscu zdarzenia. W poprzednim zdaniu szansa 1 do miliarda odnosiła się do jednej losowo wybranej osoby, tutaj zaś odnosi się do wszystkich możliwych osób. Stąd już tylko krok do stwierdzenia, które wg prasy padło w mowie końcowej prokuratora:

Istnieje 1 szansa na miliard, że DNA znalezione na miejscu przestępstwa pochodzi od kogoś innego niż Jakub T.

Jeśli wykluczyć podłożenie dowodów i przypadkowe znalezienie się minimalnej ilości DNA Jakuba T. w ciele ofiary, oznacza to, że:

Istnieje 1 szansa na miliard, że to nie on zgwałcił.

Jeżeli tak rozumowali przysięgli, a rozumowali tak prawie na pewno, nie było możliwości, aby wydali wyrok inny niż skazujący.

Operacje na prawdopodobieństwach warunkowych są tak nieintuicyjne, a różnice między poszczególnymi sformułowaniami tak subtelne, że zdolne do prawidłowego zastosowania informacji o stopie błędów są jedynie osoby wprawione we wnioskowaniu bayesowskim. Trudno się spodziewać, że niewytrenowani w rachunku prawdopodobieństwa sędziowie i przysięgli będą wiedzieć, co zrobić z otrzymanymi danymi na temat wiarygodności badań DNA.

Wymiar sprawiedliwości w coraz większym stopniu polega na dowodach uzyskanych nowoczesnymi, precyzyjnymi metodami kryminalistycznymi. Pojawia się coraz więcej spraw karnych czy spraw o ustalenie ojcostwa, w których wyniki badań genetycznych są absolutnie kluczowymi dowodami. Dotychczasowe doświadczenia w postępowaniach podobnych do sprawy Jakuba T. każą się zastanowić, czy ocenę tych dowodów powinniśmy dalej powierzać osobom, które z racji braku podstaw teoretycznych nie orientują się w ich ograniczeniach. Czy można mówić w sądzie o prawdopodobieństwach warunkowych, a następnie poddawać te informacje pod osąd ludzi, którzy nie wiedzą, czym jest prawdopodobieństwo warunkowe?

Wydaje się, że poprawę tego alarmującego stanu rzeczy może przynieść jedynie zmiana sposobu kształcenia sędziów oraz większe zaangażowanie ekspertów kompetentnych w rachunku prawdopodobieństwa i psychologii decyzji (a nie tylko biegłych specjalizujących się w konkretnych metodach kryminalistycznych), i to na wszystkich etapach postępowania.


1 Fakt, iż Jakub T. konsekwentnie nie przyznawał się do winy, nie obala tej czysto hipotetycznej wersji wydarzeń, gdyż mógł on chcieć ponieść karę, a jednocześnie wstydzić się przyznać do haniebnego czynu przed swoimi bliskimi.
2 Opis zasady działania testu STR można znaleźć m.in. w DNA in the Courtroom (PDF), sekcja 11:6 i dalej, oraz w DNA Testing: An Introduction For Non-Scientists.
3 Tu można znaleźć przykłady rzeczywistych błędów laboratoriów.
4 Patrz The random match probability (RMP) in DNA evidence: Irrelevant and prejudicial? (PDF), strona 13. Jak zaznacza sam Koehler, ze względu na liczne braki w metodzie prowadzenia tych kontroli oraz ich wąski zakres liczbę tę można traktować jedynie jako przybliżenie rzędu wielkości, a nie wiarygodny, naukowy pomiar.
5 Na ocenę prawdopodobieństwa bazowego mogą również wpływać wszelkie inne przesłanki takie jak zeznania świadków, przeszłość podejrzanego, obecność motywu, fizyczna zdolność podejrzanego do posłużenia się przemocą itp.
6 Patrz np. Error and Exaggeration in the Presentation of DNA Evidence (PDF), strony 11-13.
21:22, cthinker , Nauka
Link Komentarze (3) »
piątek, 18 stycznia 2008
Czemu ma służyć zakaz „wirtualnej” pornografii dziecięcej?
Dzisiejszy tekst będzie o polityce, ale bardziej w sensie policy niż politics — a dokładnie o polityce karnej. Zapraszam do lektury!

Jak donosi Gazeta.pl, Polska przygotowuje się do implementacji decyzji ramowej Rady UE nr 2004/68/JHA dotyczącej zwalczania seksualnego wykorzystywania dzieci i pornografii dziecięcej. Ministerstwo Sprawiedliwości opracowało projekt zmian w kodeksie karnym (tekst projektu w formacie RTF), który obecnie znajduje się w fazie uzgodnień międzyresortowych.

Jedną ze zmian narzuconych przez wspomnianą decyzję ramową jest wprowadzenie sankcji za produkowanie, rozpowszechnianie lub posiadanie tzw. wirtualnej pornografii dziecięcej, czyli pornografii, w której nie występują prawdziwi małoletni, a jedynie wygenerowane komputerowo lub narysowane wizerunki małoletnich. Projekt ministerstwa przewiduje za taki czyn karę grzywny, ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do 1 roku.

W pierwszym odruchu łatwo przyklasnąć nowym regulacjom. Technika komputerowa stale się rozwija i już w tej chwili niektóre wyrenderowane obrazy przypominają do złudzenia zdjęcia rzeczywistych osób. Jest tylko kwestią czasu, zanim to samo będzie możliwe w przypadku obrazów ruchomych. Nowe przepisy wydają się więc nadążać za postępem technicznym, a poza tym uderzają w pedofilów, którzy stanowią bez wątpienia najbardziej znienawidzoną obecnie grupę społeczną.

Sytuacja nie jest jednak tak oczywista. Podstawowym powodem istnienia przepisów zakazujących produkowania filmów pornograficznych z udziałem małoletnich jest ochrona małoletnich występujących w tych filmach przed szkodami na psychice.* W wirtualnej pornografii nie występują jednak rzeczywiste osoby, lecz jedynie trójwymiarowe modele postaci zapisane w pamięci komputera. Powstaje zatem pytanie: kogo ma chronić projektowany przepis?

Właśnie tym problemem zajął się w 2002 roku Sąd Najwyższy USA, orzekając niekonstytucyjność analogicznych przepisów w amerykańskiej ustawie o zapobieganiu pornografii dziecięcej (Child Pornography Prevention Act), czym doprowadził niektórych kongresmenów do absurdalnych prób rozszerzenia konstytucji USA o specjalną poprawkę zakazującą właśnie wirtualnej pornografii dziecięcej.

Podczas procesu rząd Stanów Zjednoczonych wysunął m.in. następujące argumenty:

  • Wirtualna pornografia dziecięca może skłaniać jej odbiorców do popełniania przestępstw seksualnych na małoletnich. W odpowiedzi na ten argument Sąd Najwyższy stwierdził m.in.: „Sama perspektywa popełnienia przestępstwa nie uzasadnia przepisów tłumiących chronioną ekspresję. (...) Rząd wykazał zaledwie odległy związek między treściami, które mogą pobudzać pewne myśli lub impulsy, a ewentualnym wykorzystywaniem dzieci.”
  • Wirtualna pornografia dziecięca może przypadkowo wpaść w ręce dzieci, wywierając szkodliwy wpływ na ich psychikę. Sąd Najwyższy uznał, iż władze mogą karać osoby, które udostępniają treści pornograficzne dzieciom w celu skłonienia ich do udziału w czynnościach seksualnych. Władze nie mogą jednak zakazywać osobom dorosłym dostępu do określonych treści tylko po to, aby uniemożliwić dostęp do tych treści dzieciom.
  • Wirtualną pornografię dziecięcą należy zdelegalizować, aby zlikwidować rynek pornografii dziecięcej w ogóle. Sąd nie zgodził się z tą opinią, zauważając że rynek rzeczywistej pornografii dziecięcej mógłby zostać wyeliminowany, gdyby istniało alternatywne źródło takich treści (sztuczne obrazy nieodróżnialne od prawdziwych). „Niewielu producentów pornografii ryzykowałoby odpowiedzialność karną, wykorzystując prawdziwe dzieci, gdyby zamiast tego mogli rozpowszechniać fikcyjne, komputerowe obrazy” — stwierdził sąd.
  • Legalizacja wirtualnej pornografii dziecięcej utrudni ściganie pedofilów i producentów pornografii z udziałem dzieci, ponieważ oskarżeni będą mogli utrzymywać, że posiadane lub wytwarzane przez nich treści są generowane komputerowo. Sąd zwrócił tu uwagę, że „władze nie mogą ograniczać legalnej ekspresji po to, aby ograniczyć ekspresję nielegalną. Treści chronione zasadą wolności słowa nie stają się treściami niechronionymi tylko dlatego, że je przypominają.”

Warto przyjrzeć się zwłaszcza pierwszemu argumentowi wysuniętemu przez stronę rządową, a następnie odrzuconemu przez Sąd Najwyższy USA: Wirtualna pornografia dziecięca może skłaniać jej odbiorców do popełniania przestępstw seksualnych na małoletnich. Istotnie trudno znaleźć jakiekolwiek rzetelne badania naukowe, które potwierdzałyby tę tezę.** Jak twierdzą m.in. autorzy raportu przygotowanego dla Departamentu Sprawiedliwości Kanady oraz dr Charles L. Scott, psychiatra z uniwersytetu UC Davis, nie ma dowodów na to, że oglądanie pornografii dziecięcej zmniejsza zahamowania moralne pedofila, rozbudza jego popęd seksualny lub w jakikolwiek inny sposób zachęca go do molestowania nieletnich.

Na chwilę obecną nie umiemy nawet oszacować, jaki odsetek posiadaczy dziecięcej pornografii dopuścił się wykorzystywania dzieci i czy jest to odsetek wyższy niż wśród pedofilów nie oglądających treści pornograficznych. Zresztą nawet gdyby stwierdzono statystyczną korelację między korzystaniem z pornografii dziecięcej a popełnianiem przestępstw seksualnych, należałoby jeszcze ustalić, czy to pornografia jest przyczyną przestępstw czy odwrotnie.

Pewnych wskazówek do rozstrzygnięcia tej kwestii może nam dostarczyć debata nad legalizacją „zwykłej” pornografii, która toczyła się (a niekiedy powraca) w krajach zachodnich. Obawy, że swobodny dostęp do treści erotycznych spowoduje nadmierne rozbudzenie popędu płciowego mężczyzn, niemoralne traktowanie kobiet, a w konsekwencji wzrost liczby przestępstw na tle seksualnym okazały się fałszywe: badania wykazują, że dekryminalizacji pornografii wizualnej w takich krajach jak Dania, Szwecja czy RFN nie towarzyszył wzrost ilości gwałtów. W Japonii, mimo lawinowego wzrostu ilości erotyki w latach 1972-1995, liczba ofiar gwałtów spadła trzykrotnie. Brak jest informacji o przypadkach odwrotnych.

Patrząc na sprawę obiektywnie, trudno zatem kategorycznie twierdzić, że dostępność wirtualnej pornografii dziecięcej stanowi zachętę do uprawiania pedofilii. Co więcej, nie jest wykluczone, że zezwolenie osobom o skłonnościach pedofilskich na korzystanie z takich materiałów spowoduje, że przynajmniej część z nich będzie zaspokajać swoje popędy poprzez nieszkodliwą społecznie masturbację. Można również liczyć na to, że dzięki powstaniu legalnej, „syntetycznej” alternatywy zmniejszy się liczba dzieci krzywdzonych podczas produkcji pedofilskich filmów z żywymi aktorami.

Po drugiej stronie pozostaje jeszcze jeden poważny argument, który nie padł w postępowaniu przed Sądem Najwyższym USA: Wirtualna pornografia dziecięca będzie pokazywana dzieciom przez pedofilów w celu zachęcenia ich do podjęcia czynności seksualnych i stworzenia wrażenia, że seks z osobą dorosłą jest czymś normalnym. Istotnie takie przypadki wydają się nie do uniknięcia, jednak nie jest jasne, jak to niebezpieczeństwo ma się do wyżej wymienionych potencjalnych zalet legalizacji „sztucznej” pornografii dziecięcej. Poza tym nie jest dobrą praktyką legislacyjną zakazywanie wytwarzania czy posiadania określonych treści tylko dlatego, że mogą one być narzędziem popełnienia przestępstwa (notabene jednym z wielu w arsenale pedofila). O wiele sprawiedliwiej jest karać za samo przestępstwo.

Myśl o pedofilu zaspokajającym się seksualnie przy filmie z udziałem dzieci — choćby była to całkowicie fikcyjna animacja komputerowa — wzbudza odrazę chyba u każdej zdrowej psychicznie osoby. Należy jednak pamiętać, że takie praktyki, choć ohydne dla postronnego obserwatora, same w sobie nie przynoszą nikomu szkody i jak na razie nie ma żadnych dowodów, że prowadzą do przestępczych zachowań.

Ponieważ zaś sprawa dotyka wolności słowa, nie wystarczą tutaj zdroworozsądkowe przypuszczenia czy słabe argumenty oparte na korelacji statystycznej. Szkodliwość musi być bezspornie wykazana — gdyby można było polegać na wyobrażeniach i domniemaniach, należałoby zakazać publikowania choćby Romea i Julii jako tekstu, który (co nietrudno wykazać) może nakłaniać młodych, niestabilnych emocjonalnie ludzi do samobójstwa w imię miłości, nie wspominając już o „dorosłej” pornografii (jakże łatwo było wieszczyć tutaj upadek wszelkiej moralności).

Fakt, iż dla zdecydowanej większości obywateli wirtualna pornografia dziecięca jest czymś obrzydliwym, nie może mieć tutaj znaczenia. Jak zauważył George Orwell, jeżeli wolność słowa ma cokolwiek oznaczać, to musi być to wolność mówienia rzeczy (i tworzenia treści), których inni ludzie nie aprobują. Treści powszechnie akceptowane nie potrzebują przecież prawnej ochrony.


*) Warto zauważyć, że przepis o utrwalaniu treści pornograficznych z udziałem małoletniego (art. 202 par. 4 kodeksu karnego) nie dotyczy w zasadzie rejestrowania faktycznych czynności seksualnych z udziałem małoletniego. W takiej sytuacji sprawca odpowiadałby bowiem po prostu z zagrożonego o wiele wyższą karą art. 200 kk (obcowanie płciowe z małoletnim lub dopuszczenie się wobec niego innej czynności seksualnej) tak jak ewentualni współsprawcy czy pomocnicy. Art. 202 pozwala natomiast pociągnąć do odpowiedzialności karnej osoby utrwalające treści pornograficzne, w których czynności seksualne małoletniego są jedynie symulowane lub w których małoletni nie jest uczestnikiem czynności seksualnych (a jednynie np. ich obserwatorem).
**) W najnowszym badaniu przeprowadzonym w USA na grupie 155 mężczyzn skazanych za posiadanie lub rozpowszechnianie pornografii dziecięcej 85 procent badanych przyznało się do wykorzystania przynajmniej jednego dziecka. Jednak próbka nie była reprezentatywna — badano tylko osoby skazane i to takie, które dobrowolnie przystąpiły do programu terapeutycznego (można przypuszczać, że były to głównie osoby mające szczególnie duże problemy ze swoją pedofilią). Przede wszystkim zaś nie stwierdzono, czy pornografia była przyczyną molestowania czy też jej skutkiem albo okolicznością towarzyszącą.
środa, 16 stycznia 2008
Wielcy fotografowie — suplement

Jak zauważyłem, niektórzy czytelnicy nabrali mylnego przekonania, że komentarze przedstawione w poprzednim wpisie o wielkich fotografach w Internecie zostały naprawdę zamieszczone w jakimś serwisie fotograficznym. Niestety muszę tych czytelników rozczarować — tekst ma charakter satyryczny, co starałem się zaznaczyć, rozpoczynając go od słów: „Co by było, gdyby...”.

Jednak dla miłośników humoru z życia wziętego nic straconego. Kilogramów dobrej zabawy dostarcza bowiem przypadek klasycznej fotografii Henri'ego Cartier-Bressona, którą André Rabelo zamieścił na flickerowej grupie deleteme pod nazwą Mario's Bike.

Niestety zdjęcie szybko zostało wyrzucone z grupy głosami jej członków. Oto wybrane komentarze:

  • Gdy wszystko jest rozmyte, nie da się przekazać ruchu rowerzysty. Z drugiej strony, jeśli rowerzysta nie jest tematem zdjęcia, to co nim jest?
  • Dlaczego schody są takie „miękkie”? Poruszone zdjęcie?
  • Szare, rozmyte, małe, dziwnie skadrowane.
  • Wygląda na zaaranżowane, co nie musi być wadą. Jeżeli to była zaplanowana scena, niestety nie wyszła dobrze. Jeśli jesteś w stanie ściągnąć Maria, spróbuj jeszcze raz. Tym razem ustaw aparat na statywie i użyj najmniejszej możliwej przysłony, tak aby uzyskać najlepszą głębię ostrości. Może uda się osiągnąć ostre barierki, a Mario na rowerze będzie rozmyty. Jednak pierwszy plan musi być ostry. Bez tego to zdjęcie nigdy nie „zaskoczy”.
03:00, cthinker , Humor
Link Komentarze (1) »
sobota, 12 stycznia 2008
Wielcy fotografowie w Internecie

Co by było, gdyby wielcy fotografowie publikowali dzisiaj swoje zdjęcia na forach internetowych i fotoserwisach w rodzaju Flickera? Jakimi komentarzami zaszczyciliby ich znawcy fotografii recenzujący zdjęcia na tych witrynach?

Poniższy tekst przełożyłem na polski i opublikowałem za zgodą jego autora, Michaela Johnstona z bloga The Online Photographer. Oto link do wersji angielskiej.

Irving Penn

Hej stary, powiem szczerze -- nie wiem, co sobie myślałeś, kiedy robiłeś tę fotę! Miałeś ładną modelkę (choć nie najmłodszą, he he), ale złapałeś ją z zamkniętymi powiekami i to w niezbyt dobrej pozie. Największy problem to to, że MUSISZ TO SKADROWAĆ do kadru pionowego!!!! Tło jest za małe i za mocno naciągnięte, przez co widać zagięcie. Jeśli prześlesz mi plik, mogę Ci to poprawić i skadrować w Photoshopie. Jeżeli nie obchodzi Cię PROFESJONALIZM, uwierz mi, nigdy nie zdobędziesz pracy jako zawodowiec!!! Mam nadzieję, że za ostro Cię nie zjechałem! ;))) Mimo wszystko pozdrawiam, M.H.


Sam Abell

Cześć Sam, WYPASIONA scena! Szkoda, że nie udało Ci się wydobyć trochę więcej koloru z nieba. Odcienie niebieskiego powinny być nieco bardziej nasycone. Poza tym w fotografii stosuje się zasadę, że albo niebo albo ląd (jezioro?) musi przeważać. Nie dzieli się kadru tak w połowie. Następnym razem spróbuj lekko przechylić aparat, jak już złapiesz ostrość. Mimo to fajoska fotka. Jeśli możesz, obejrzyj moje zdjęcia i zostaw swoje komentarze. Tadek.


Garry Winogrand

Hej Garry. Całkiem nieźle, uchwyciłeś paru ludzi w fajnych pozach. Niestety od razu widać, że horyzont nie jest prosty. Wygląda bardzo nienaturalnie - jak zbocze góry! Mężczyznę z prawej trzeba by usunąć poprzez wykadrowanie. Czasami, zanim zrobi się zdjęcie, dobrze jest krzyknąć, żeby zwrócić na siebie uwagę ludzi. Gdybyś tak zrobił, byłoby lepiej widać ich twarze. Jerzy Wilczek.


Bill Brandt

Bill, problemem tego zdjęcia jest brak szczegółów w zacienionych obszarach. Są obiektywy, które dają więcej szczegółów w cieniach i lepszy kontrast. Najlepsze do tego są szkła firmy Leica. Jest ich parę typów, np. Elmarit, Summicron i Summilux. Nie wiem, który typ daje najwięcej detali w cieniach, ale zapytam się znajomego i na pewno dam Ci znać. Pamiętaj, że na zdjęciu muszą być widoczne oboje oczu, inaczej nie ma poczucia głębi. Jakim obiektywem to robiłeś? Poza tym, chyba brakuje szczegółów w światłach, zwłaszcza na ręce modelki. Adrian z Pomorza


Henri Cartier-Bresson

Bonjour Henri - bo chyba jesteś Francuzem albo przynajmniej znasz Francuzki. Świetnie to wychwyciłeś, podoba mi się kompozycja, no i ten czworonóg :) Kiedyś mieliśmy psa, który wyglądał trochę podobnie do tego na zdjęciu. Wadą tej fotki jest to, że twój autofocus wyostrzył nie to miejsce co trzeba - fotografowany mężczyzna jest dosyć nieostry! Aparat błędnie ustawił ostrość na te osoby w drzwiach, a twój obiekt jest rozmyty, co rozprasza uwagę widza. Zwykle najlepiej jest ustawiać ostrość na najbliższym obiekcie, zresztą najczęściej aparat sam wybierze najbliższy duży obiekt, ale niestety tutaj technika trochę zawiodła!! ale i tak niesamowite zdjęcie. pozdrawiam Edek


Keith Carter

Niezla proba. oczywiscie ostrosc jest na zlym koncu konia!! w kwadracie trudno sie komponuje wiec sie nie przejmuj. Czasami my fotografowie musimy cieszyc sie tym co nam sie uda sfogtografowac. Robson


William Eggleston

Przypadkowa fotka zrobiona jakimś pstrykaczem. Nawet bym nie brał pod uwagę prezentowania czegoś takiego. Jeżeli już chcesz pokazywać swoje zdjęcia na forum, to muszą to być zdjęcia czegoś niezwykłego albo z jakąś wizją artystyczną. Inaczej po prostu stracisz zainteresowanie swojej widowni. Jerzy S. [Nikon D200, zapasowy Nikon D70s, 17-35 f/2.8, 80-200 f/2.8, 8GB Microdrive (2), Photoshop CS2, Epson 2200]


Ralph Gibson

Hej Ralph, fajny pomysł i myślę, że miałeś fajną koncepcje. Ale ten cień za bardzo koncentruje uwage - trzeba bylo zrobic jeden krok w lewo. Jeśli wtedy tło byłoby zbyt kontrastowe, to można bylo chyba podejść krok do przodu?!?! Ale brawa za próbę i życze wiecej szczescia następnym razem ... pozdruffka -pitcherman


Edward Steichen

O wiele za ciemna ekspozycja i brak ostrości. Może będziesz się bronić, że specjalnie starałeś się zrobić nieostro, pytanie tylko po co?? Ja uważam, że zdjęcie ma być ostre. Polecam zapoznanie się z pracami innych osób na tym forum, żebyś zorientował się, jak powinno wyglądać dobre zdjęcie.


Alex Webb

Hej Alex, niestety nie widzę w tym zdjęciu wyraźnej kompozycji, a na dokładkę całkowicie zginęły Ci szczegóły w ciemnych obszarach. Zdecydowanie musisz kupić sobie aparat z większym zakresem dynamiki - powinieneś wypróbować Fuji S3, podobno ma najlepszą dynamikę ze wszystkich lustrzanek, ale trzeba wiedzieć, jak go używać. Pomogłoby również, gdybyś to dopalił fleszem. Daję Ci tylko dwie gwiazdki, ale podobają mi się niektóre Twoje inne foty, zagłosuj też na moje. Adam

00:46, cthinker , Humor
Link Komentarze (33) »
środa, 12 grudnia 2007
Paranormalny dzień

Wczoraj przeżyłem chyba moje dotychczas najbliższe spotkanie z czymś, co jedni nazywają „zdarzeniami o niewielkim prawdopodobieństwie”, a drudzy — „zjawiskami paranormalnymi”. Pomijając pewne doświadczenie z dzieciństwa, o którym może jeszcze kiedyś napiszę, a które wyjaśniam jednorazowym epizodem lunatyzmu, nie znajduję w swojej pamięci niczego tak dziwnego, jak to, co mnie spotkało wczorajszego dnia.

Gdy się wczoraj obudziłem — jak zwykle koło 11:30 — moją pierwszą myślą było jedno słowo, a właściwie nazwa: „Rozbrat”. Prawie od razu pomyślałem też o ulicy w Warszawie, która nosi tę nazwę. Leżąc niedobudzony w łóżku, zacząłem się zastanawiać, dlaczego na samym początku dnia mam w świadomości to słowo — czyżby nazwa „Rozbrat” występowała w moim śnie? Nie mogłem jednak przypomnieć sobie żadnego snu. Zacząłem więc roztrząsać samą nazwę: Co to właściwie znaczy „Rozbrat”? Skąd wzięła się tak osobliwa nazwa ulicy? Stwierdziwszy po chwili, że i na te pytania nie znajdę odpowiedzi, wstałem z łóżka i zacząłem przygotowywać się do swoich zajęć.

Po paru minutach zasiadłem do komputera z kubkiem mocnej herbaty, co jest częścią mojego porannego rytuału albo, jak kto woli, procedury „bootowania”. O moich wcześniejszych „przebudzeniowych” rozważaniach zdążyłem już zapomnieć — chciałem po prostu, jak to mam w zwyczaju, sprawdzić pocztę i wykonać szybką rundkę po serwisach informacyjnych. Jakież było moje zdziwienie, gdy na stronie głównej portalu Gazeta.pl, w dziale informacji z mojego miasta ujrzałem taki oto nagłówek:

Wrocław: Kolejny pożar przy ul. Rozbrat.

W pierwszej chwili osłupiałem. W kolejnej — zacząłem analizować sytuację:

  • Zaraz po przebudzeniu pojawia mi się w głowie, nie wiadomo skąd, myśl o ulicy Rozbrat w Warszawie. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek wcześniej obudził się z myślą o jakiejkolwiek ulicy, więc już samo to jest dla mnie dość dziwne.
  • Następnie — jak gdyby nigdy nic — rzucam okiem na wiadomości i od razu widzę informację o pożarze na ulicy Rozbrat. Nie jest to jednak ulica Rozbrat w Warszawie, ale mało znana ulica Rozbrat we Wrocławiu, o której istnieniu nawet nie wiedziałem.
  • Według informacji Gazety pożar wybuchł o godzinie 10:30, a więc na godzinę przed tym, jak się obudziłem. W pokoju, w którym śpię, nie ma radia ani telewizora. W mieszkaniu nie było nikogo oprócz mnie. Nie przypominam też sobie, abym wcześniej budził się lub wstawał z łóżka. Nie widać zatem, w jaki sposób — zakładając konwencjonalne zasady rządzące tym światem — nazwa „Rozbrat” mogłaby przeniknąć do mojej świadomości.
  • Wydaje się więc, że są dwie możliwości: Albo mamy do czynienia z wyjątkowym zbiegiem okoliczności, albo informacje mogą dostawać się do umysłu inaczej niż za pomocą tradycyjnie rozumianych zmysłów: wzroku, słuchu, dotyku, węchu i smaku* — innymi słowy, poznanie pozazmysłowe (ang. extrasensory perception) jest realne.

Na tym musiałem zakończyć swoją analizę, gdyż spieszyłem się na spotkanie w warsztacie samochodowym z moim przyjacielem Michałem, któremu dwa dni wcześniej zdefasonowałem tył auta podczas próby wykonania szczególnie widowiskowego manewru pt. „hamowanie w ostatniej chwili” (wtedy wydawał mi się to dobry pomysł). Po zakończeniu załatwiania formalności ubezpieczeniowych zaproponowałem Michałowi, że w ramach rekompensaty za stracony czas postawię mu obiad w mojej ulubionej meksykańskiej knajpie o nazwie „Mexico Bar”, która mieści się we Wrocławiu przy ul. Rzeźniczej (wskazówka: warto zamówić zestaw trzech różnych enchilad, zaznaczając, że ma być „na ostro”).

Gdy siedzieliśmy w restauracji, postanowiłem, że opowiem Michałowi o swoim „paranormalnym” doświadczeniu. Nie będę tu relacjonował dyskusji filozoficznej, która się po tym wywiązała, ale jednym z bardziej interesujących spostrzeżeń mojego przyjaciela było to, że zdarzenie, które mi się przytrafiło, może być nie mniej prawdopodobne niż wygrana w totolotka (w Dużym Lotku 1 do około 14 milionów), a przecież gdybym akurat wygrał w totolotka, pewnie nawet bym nie pomyślał, aby tłumaczyć ten fakt jakimiś tajemniczymi mechanizmami.

Po obiedzie spotkało mnie kolejne dość niecodzienne zdarzenie. Jechaliśmy z Michałem w pewne miejsce, a nasza trasa przewidywała skręt w lewo w ulicę Sokolą. Michał prowadził samochód, a ja wypatrywałem Sokolej. W pewnym momencie wydało mi się, że to już właściwe skrzyżowanie, i poleciłem Michałowi skręcenie w lewo. Spojrzałem na tabliczkę z nazwą ulicy: „ul. Trawna”. „Kurczę, pomyliłem się; Sokola jest chyba następna” — pomyślałem, jednak widząc, że Michał już zatrzymał się do skrętu, uznałem, że ulicą Trawną też jakoś dojedziemy na miejsce. Gdy samochód pokonywał zakręt, dla pewności rzuciłem jeszcze okiem na tablicę z nazwą ulicy. Napis brzmiał: „ul. Sokola”.

W tym momencie zacząłem czuć się jak we śnie. Przecież senne doświadczenia charakteryzują się właśnie takim brakiem „trwałości” — patrzymy we śnie na zapisaną kartkę i widzimy na niej jedną rzecz; za chwilę spoglądamy ponownie, a zapisana treść już zdążyła się zmienić. Oczywiście każdemu zdarzyło się źle odczytać nazwę ulicy, jednak mój przypadek był dziwny o tyle, że oczekiwałem na nazwę „Sokola”, a mimo to jej nie rozpoznałem (łatwiejszy do wytłumaczenia byłby przypadek odwrotny: gdyby mój mózg doszukał się oczekiwanej nazwy „Sokola” tam, gdzie jej nie było). Poza tym: dlaczego u licha jakaś „Trawna”? Próbując odnaleźć jakiś związek z wydarzeniami sprzed południa, puściłem wodze fantazji i pomyślałem, że może to przywidzenie jest jakimś komunikatem, że na owej ulicy Trawnej (która, jak sprawdziłem, we Wrocławiu jest, ale gdzie indziej) zdarzyło się albo zdarzy jakieś nieszczęście porównywalne z porannym pożarem na ulicy Rozbrat. Innymi słowy, w mojej głowie zakiełkowała zupełnie fantastyczna hipoteza, że jestem żywą wersją bohatera serialu „Zdarzyło się jutro”. Przyznaję tu ze wstydem, że w pierwszej kolejności pomyślałem nie o setkach istnień, które mógłbym uratować, ale o milionie dolarów, który niechybnie wypłaciłaby mi fundacja Jamesa Randi’ego po zweryfikowaniu moich zdolności paranormalnych.

Z lekko przyspieszonym tętnem otworzyłem na swojej komórce stronę Gazety. Żadnych informacji o ulicy Trawnej. „Może jutro?” — pomyślałem trochę zawiedziony.

Ustaliliśmy z Michałem, że musimy pojechać na Rozbrat. Może tam czeka mnie dalszy ciąg onirycznych doświadczeń w stylu Davida Lyncha? Zajeżdżamy na miejsce. Rozbrat to krótka, ciemna ulica z zaniedbanymi poniemieckimi czynszówkami. Kroczymy chodnikiem, rozglądamy się wokół, wchodzimy na podwórze jednej z kamienic. Żadnych oznak czegokolwiek dziwnego. Nie udaje nam się nawet dostrzec śladów niedawnego pożaru. Zbliżamy się do końca ulicy. Na ścianie budynku widać podświetlany szyld. Patrzę i... nie wierzę własnym oczom: „Mexico Bar”! Przecież właśnie w „Mexico Barze” opowiadałem Michałowi o moich proroczych myślach na temat ulicy Rozbrat. Czy to nie dziwne, że kiedy wreszcie dotarłem na tę ulicę, znalazłem się przy kolejnej, nie znanej mi filii tego samego lokalu?**

Przez mgnienie oka doznałem uczucia — znanego różnej maści mistykom, teoretykom spisku i wszystkim innym, którzy mają poczucie kontaktu z jakąś nieodkrytą przez ogół populacji prawdą — że wszystko jest ze sobą powiązane, że między światem naszych myśli a światem zewnętrznym istnieją związki, o których nie śniło się fizykom. Jakże łatwo w głowie pojawiają się takie hipotezy! Jakże łatwo przechodzimy od jednostkowych przypadków do prób formułowania ogólnych zasad rządzących wszechświatem.

Dzisiaj byłem na ulicy Trawnej, tak kontrolnie. Żadnych powodów do interwencji. Fizyka się trzyma.


*) W rzeczywistości zmysłów jest znacznie więcej niż 5 (czujemy m.in. temperaturę i różne doznania wewnątrz naszego ciała), ale nie ma to tutaj znaczenia.
**) Formalnie lokal znajduje się przy ul. Sępa Szarzyńskiego, ale ten odcinek Sępa Szarzyńskiego tworzy jedną linię z ulicą Rozbrat.
03:12, cthinker , Życie
Link Komentarze (1) »
niedziela, 11 listopada 2007
O satyrze i ranieniu cudzych uczuć

Moje sprostowanie w kwestii odpustów kościelnych doczekało się ciekawego komentarza ze strony Profeta, wiernego czytelnika tego bloga:

(...) o ile w pierwotnej wypowiedzi udało Ci się uniknąć ironii w odniesieniu do wiary, tym razem Twoja wypowiedź ma cechy wielkiej polewki... Na przyszłość zatem lepiej się maskuj, bo niebezpiecznie ocierasz się o możliwość zranienia cudzych uczuć. A przecież sam domagasz się uszanowania swoich poglądów, choćby w zakresie bezsensu odwiedzania grobów zmarłych krewnych.

Zacznę od kwestii najprostszej, czyli od ostatniego zdania, w którym Profet zarzuca mi, iż pokpiwając z katolickich wierzeń, traktuję innych inaczej, niż sam chcę być traktowany. Mamy tu chyba do czynienia z jakimś nieporozumieniem. Nigdy nie oczekiwałem i nie oczekuję, aby ktokolwiek powstrzymywał się od komentowania moich poglądów w sposób ironiczny, prześmiewczy czy nawet złośliwy. Ależ proszę bardzo: krytykujcie, obalajcie i wyśmiewajcie moje koncepcje! Jedyne „uszanowanie”, jakiego się domagam, to zaakceptowanie faktu, iż dopóki mnie nie przekonacie, będę postępować zgodnie ze swoimi poglądami.

Oczywiście fakt, iż mnie samemu nie przeszkadza cięta krytyka, nie przesądza o tym, że wolno mi nią „częstować” inne osoby, które mogą być przecież bardziej wrażliwe lub mniej przywykłe do takiej formy dyskursu. Jednak niewątpliwie nietrafny jest zarzut, że pozwalam sobie na więcej, niż pozwalam innym.

Przed napisaniem niniejszej odpowiedzi długo zastanawiałem się, o co właściwie chodzi z tym „zranieniem uczuć”, o które według Profeta niebezpiecznie się otarłem. Przypomnę, że w moim tekście posługuję się ironią — ostatnie dwa akapity mojego wpisu mają bowiem strukturę szczerych przeprosin połączonych z poradą dla katolickich czytelników (wszystkie zawarte w niej informacje są zresztą prawdziwe i zostały dokładnie sprawdzone), które po dokładniejszej lekturze okazują się być pretekstem do przedstawienia nauki Kościoła o odpustach w niezbyt korzystnym świetle. W moim tekście piszę o „regulaminie promocji”, „wyroku”, „odsiadce”, „robieniu przysługi babci”, przez co uwydatniam pewne cechy odpustów (m.in. ich biurokratyczność, arbitralność i niesprawiedliwość). Celowo tworzę pewną karykaturę, dzięki której czytelnik może łatwiej zauważyć, że coś tu nie gra, a tekst staje się barwniejszy i bardziej przykuwający uwagę. Z kolei ironia, będąca rodzajem kamuflażu, wymusza na czytelniku większą uwagę, bardziej angażuje go w samodzielne myślenie.

Powyższe chwyty retoryczne nie są więc bezużytecznymi ozdobnikami — pozwalają mi one skuteczniej dotrzeć do czytelnika z moimi argumentami.

Oczywiście można również powiedzieć, że wyśmiewam pewną katolicką doktrynę, ale od kiedy to autorowi nie wolno śmiać się z pewnych poglądów, sposobów postępowania czy obyczajów, które uważa za błędne czy szkodliwe? Czy Profet jest zwolennikiem wizji świata, w którym nie wolno nagrać programu satyrycznego pokazującego absurdalność polityki rządu, ponieważ mogłoby to urazić zagorzałych sympatyków rządzącego ugrupowania? Czy według niego dziennikarz sportowy nie ma prawa w swoim artykule ironizować na temat słabej gry Wisły Kraków, gdyż mógłby tym sprawić przykrość najwierniejszym kibicom tego klubu? Czy Profet uważa, że satyra jest gatunkiem niemoralnym?

Załóżmy na chwilę, że Profet tak nie uważa, a jego celem nie jest wpisanie na indeks sztuk Moliera i serialu The Simpsons. O co zatem może mu chodzić?

Być może według Profeta „zakaz kpin” powinien dotyczyć tylko pewnego zbioru poglądów, do którego należą poglądy religijne. Zastanówmy się, czy taki zbiór można sensownie zdefiniować. Czy rzeczywiście niektóre przekonania zasługują na szczególne traktowanie?

Jest niezaprzeczalnym faktem, iż ludzie przywiązują się do pewnych przekonań bardziej niż do innych. Jestem przekonany zarówno o tym, że Ziemia jest okrągła, jak i o tym, że mój przyjaciel żyje. Jednak ten drugi fakt ma o niebo większy wpływ na moje emocje niż pierwszy. Gdyby ktoś kiedyś musiał uświadomić mi, że to przekonanie jest błędne, z pewnością oczekiwałbym, że zrobi to w sposób szczególnie delikatny.

Sytuacji, w których uznajemy konieczność zachowania szczególnie delikatnej formy, jest wiele: oczekujemy jej od lekarza, informującego nas o ciężkiej chorobie, i od przyjaciela, który chce nam powiedzieć, że nasza córka wcale nie ma talentu muzycznego. Wszelkie szyderstwa w takich przypadkach uznamy za niedopuszczalne.

Czy podobnie może być w przypadku niektórych przekonań religijnych? Wydaje się, że tak. Wiele osób jest przypuszczalnie bardzo przywiązanych do przekonania o istnieniu życia po śmierci. Osoby takie mogą autentycznie radować się wizją przyszłości, w której nie tylko same nie umrą, ale także spotkają się z bliskimi, którzy od nich odeszli. Kto wie — być może intelektualne drwiny z koncepcji życia pozagrobowego mogą zostać przez te osoby odebrane tak, jak gdyby ktoś pozbawiał ich nadziei i jeszcze robił sobie z tego okazję do żartów? Coś jak gdyby lekarz po obejrzeniu wyników nowych badań informował o nich pełnego nadziei pacjenta w następujący sposób: „Oczywiście zachęcam Pana, tak jak wszystkich pacjentów, aby nadal wierzył Pan w swoje wyzdrowienie. Przy okazji może Pan również wmówić sobie, że wygra Pan w totolotka — to naprawdę poprawia samopoczucie”.

Podobnie mogą istnieć ludzie, którzy naprawdę czerpią radość z faktu, iż za pomocą odpustu uzyskali skrócenie pobytu w czyśćcu dla swoich zmarłych rodziców. Sugerowanie im w sposób ironiczny, że ich radość jest oparta na dziwacznej, wręcz groteskowej doktrynie, może istotnie zostać odebrane jako nieczułe grubiaństwo. Być może gdybym w moim tekście poprzestał na wypisaniu suchej listy problematycznych punktów koncepcji odpustów, a nie posłużyłbym się ironią ani hiperbolą, osoby takie byłyby co prawda zawiedzione, że ich wizja świata nie jest tak spójna albo tak prawdopodobna, jak im się wydawało, ale przynajmniej nie poczułyby się dodatkowo wyszydzone przez wrogiego im, przemądrzałego autora.

Trzeba w tym miejscu zauważyć, że zranione uczucia mogą wystąpić jedynie u takich osób, które po przeczytaniu mojego tekstu nabiorą istotnych wątpliwości co do słuszności swoich dotychczasowych przekonań. Stuprocentowy katolik całkowicie przekonany o tym, że takie rzeczy jak czyściec i odpusty istnieją i rządzą się zasadami określonymi w dokumentach Kościoła, nie przejmie się przecież w ogóle moimi zastrzeżeniami — co najwyżej przyzna, że doktryna odpustów jest dziwna, ale prawdziwa.

Jakie wnioski wyłaniają się z powyższych rozważań? Na pewno kwestia zranionych uczuć wymaga uwzględnienia podczas pisania tekstów polemizujących z przekonaniami, do których niektórzy ludzie mogą być emocjonalnie przywiązani. Nie można jednak z góry zrezygnować ze stosowania środków retorycznych takich jak sarkazm czy hiperbola. Korzystanie z takich chwytów, o ile nie są obliczone wyłącznie na znieważenie odbiorcy, nie jest zwykłą złośliwością — środki te zmuszają czytelnika do myślenia i ułatwiają mu zauważenie błędów tkwiących w pewnych przekonaniach czy postawach.

Jak to zwykle bywa w kwestiach związanych z etyką, każdy przypadek wymaga osobnego rozważenia. Z jednej strony należy wziąć pod uwagę liczbę czytelników, którzy mogą poczuć się urażeni danym tekstem, oraz to, jak bardzo może on wpłynąć na ich emocje. Z drugiej strony należy oszacować, na ile nacechowany retorycznie, wyrazisty tekst może ułatwić czytelnikom dojście do pewnych słusznych wniosków. Nie bez znaczenia jest też korzyść społeczna wynikająca ze zwalczania określonego błędnego poglądu (nie wszystkie błędne poglądy są tak samo warte zwalczania). Widać od razu, że wybór prawie nigdy nie będzie oczywisty, a dokonać go musi autor tekstu.

Chciałbym zatem, aby obrońcy uczuć religijnych mieli świadomość, że stosowanie środków satyrycznych wiąże się z obiektywnymi korzyściami i nie można z góry założyć, że korzyści te są mniej ważne niż straty emocjonalne pewnej grupy odbiorców. Po drugie, powinni oni rozumieć, że pewne przekonania mogą zasługiwać na większą ochronę przed satyrą dlatego, że są wyznawane przed dużą liczbę ludzi, że mają duży wpływ na samopoczucie tych ludzi, albo że zwalczanie ich nie ma większego sensu — ale z pewnością nie dlatego, że są przekonaniami religijnymi. Gdyby w Polsce mieszkała duża grupa ludzi przekonanych, że noszenie nakrycia głowy z folii aluminiowej pozwala odbierać telepatycznie wskazówki emitowane z kosmosu przez odległą cywilizację, a przekonanie to byłoby dla nich przedmiotem silnej identyfikacji i źródłem wielkiej radości, wówczas uczucia tej grupy należałoby brać pod uwagę podczas pisania tekstów tak samo jak dzisiaj trzeba brać pod uwagę uczucia katolików.

Co zatem z moim wpisem o odpustach, który tak się nie spodobał Profetowi? Po zakończeniu przedstawionych tu rozważań przeczytałem go wiele razy i nie wydaje mi się, aby moje groteskowe potraktowanie tematu mogło sprawić istotną przykrość czytelnikom przywiązanym emocjonalnie do katolickiej wizji czyśćca i odpustów (zresztą iluż takich się znajdzie?), a jeżeli nawet, to interes skuteczności przekazu usprawiedliwia danie drobnego „prztyczka w nos” pewnym osobom. Dlatego tekst pozostanie niezmieniony. Jest to moja suwerenna decyzja i zastrzegam sobie prawo do podejmowania podobnych decyzji w przyszłości. A do osób wierzących apeluję, aby nie obrażali się na moją satyrę, gdyż nie stosuję jej po to, by kogokolwiek urazić, lecz po to, by w dobrej wierze krytykować przekonania, które szczerze uważam za błędne.

środa, 31 października 2007
Dzień Wszystkich Świętych — poradnik

Dzień Wszystkich Świętych to unikatowy polski wkład w dorobek kulturowy Europy. W trosce o integrację społeczną słabiej przystosowanych jednostek przedstawiam krótki poradnik właściwego zachowania w to tradycyjne polskie święto:

  1. Stojąc w godzinnym korku przy wjeździe do cmentarza, zamknięty w swoim blaszanym pudle w rzędzie innych blaszanych pudeł, zadumaj się na chwilę nad poczuciem wspólnoty i solidarności, jakie buduje nasza narodowa tradycja odwiedzania cmentarzy.
  2. Każde święto jest o wiele lepsze, jeśli jest spędzane wspólnie. Dowiedz się, w jakich godzinach wybiera się na cmentarz najwięcej osób i przyjedź w tym samym czasie, tak aby nic Cię nie ominęło.
  3. Wyruszając w podróż do dalej położonych nekropolii, wnosisz swój wkład w rozwój polskiego cmentarnictwa — każdy dzień wzmożonego ruchu na drogach to kilka nowych grobów.
  4. Unikaj najtańszych ozdób nagrobnych — artykuły made in china nie są poddawane należytej kontroli jakości i mogą zawierać substancje pogarszające cierpienie dusz w czyśćcu.
  5. Dobór odpowiednich kwiatów na nagrobek to złożona operacja, wymagająca znalezienia delikatnej równowagi między gustem kupującego a preferencjami zmarłego. W razie trudności w dojściu do kompromisu warto pamiętać, że ludzkie upodobania często ulegają zmianom w wyniku traumatycznych przeżyć takich jak śmierć.
  6. Niezależnie od wyznawanego światopoglądu, w dobrym tonie jest stanąć na chwilę nad każdym odwiedzonym grobem i zmówić modlitwę. Dopuszczalne jest również stanie w zadumie i myślenie o tym, jak bardzo nienawidzimy teściowej, o ile dla postronnego obserwatora będzie to wyglądać tak samo jak modlitwa.
  7. Wybierając znicze, koniecznie zwracaj uwagę na pojemność wkładów. Im dłuższy czas palenia znicza, tym większą światłość wiekuistą zapewniasz zmarłemu w zaświatach.
  8. Sens odwiedzania cmentarzy można zrozumieć za pomocą następującego przykładu: Jeśli Twój nieżyjący bliski był grabarzem, najbardziej odpowiednim miejscem do wspominania jego życia jest oczywiście cmentarz. Podobnie jeśli wykonywał jakikolwiek inny zawód.
  9. Dla katolików modlitwa nad grobem jest ważną czynnością wykonywaną w trosce o zmarłego. Jeżeli w Twoim otoczeniu są osoby niewierzące, dziel się z nimi dobrą nowiną: wszyscy zostaniemy po śmierci sprawiedliwie osądzeni, a długość kary będzie zależeć od naszych uczynków za życia oraz od tego, jak często naszemu potomstwu będzie się chciało zmawiać za nas Wieczny odpoczynek.
  10. Jeżeli na grobie przodków Twoich sąsiadów płonie więcej zniczy niż na grobie Twoich przodków, nie przejmuj się — nie chodzi o ilość, tylko o cenę.
  11. Jeżeli masz zastrzeżenia do estetyki nagrobka, którym opiekują się Twoi krewni lub znajomi, nie wahaj się im o tym powiedzieć. Nawet jeśli źle przyjmą Twoją krytykę, to czyż ostateczny efekt w postaci pięknie połyskującej płyty nagrobkowej nie jest tego wart?
  12. Jeżeli ktoś z Twoich krewnych lub znajomych nie zajmuje się należycie grobami swoich bliskich, daj mu taktownie do zrozumienia, iż w związku z tym najprawdopodobniej nigdy ich nie kochał.
  13. Jeśli miewasz wątpliwości co do istnienia życia pozagrobowego, pamiętaj, że utrata takiej wiary jest równoznaczna z uśmierceniem co najmniej 40 miliardów ludzi, którzy do tej pory odeszli z tego świata.
  14. Pamiętaj, że zaniedbując groby bliskich, narażasz się na to, że i Twoim grobem nikt nie będzie się zajmować — a nie ma nic gorszego niż spędzić wieczność pod brudnym lastryko.
  15. Pojawienie się specjalistycznych firm sprzątających nagrobki oznacza, że każdą, nawet najdalej położoną kamienną płytę możesz otoczyć opieką, troską i miłością.
02:16, cthinker , Humor
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 października 2007
Sprostowanie w kwestii odwiedzania cmentarzy

Środowiska blisko związane z Kościołem Katolickim zwróciły mi uwagę, iż w moim artykule pt. „Ile kosztują nas zmarli?” błędnie przedstawiłem stan rzeczy odnośnie środków, którymi osoba wierząca może skrócić pobyt w czyśćcu osoby zmarłej. Napisałem w tej kwestii co następuje:

Według doktryny Kościoła Katolickiego żyjący wierni mogą uzyskać dla pensjonariuszy czyśćca skrócenie kary poprzez modlitwę, zamówienie mszy za zmarłego lub otrzymanie odpustu od papieża. Rzecz jasna, żadna z tych czynności nie wymaga obecności na cmentarzu, czyszczenia nagrobka ani zakupu ozdób.

Powyższe słowa pisałem na podstawie lektury anglojęzycznej Encyklopedii Katolickiej; niestety okazała się to być lektura zbyt pobieżna. Okazuje się bowiem, że użyte w tej encyklopedii słowo grant w odniesieniu do odpustu oznacza nie „udzielić”, ale „ustanowić”. Według doktryny Kościoła Katolickiego do uzyskania skrócenia kary wystarcza zatem otrzymanie odpustu ustanowionego przez papieża.

Ponadto, zwrócono mi uwagę, iż w Kościele Katolickim funkcjonuje odpust Coemeterii visitatio, za pomocą którego wierny może uzyskać skrócenie pobytu w czyśćcu wybranych osób pod warunkiem złożenia pobożnej wizyty na cmentarzu połączonej z modlitwą za zmarłych. Można w ten sposób załatwić dla swoich bliskich odpust częściowy (skrócenie kary o bliżej niesprecyzowany okres), a w dniach od 1 do 8 listopada teoretycznie nawet odpust zupełny (natychmiastowe zwolnienie z czyśćca i awans do nieba). Teoretycznie, bo otrzymanie odpustu zupełnego wymaga spełnienia „drobnego” warunku, jakim jest całkowity brak przywiązania do grzechu, nawet lekkiego...

W każdym razie nieprawdziwe jest moje stwierdzenie, że według Kościoła Katolickiego obecność na cmentarzu nie przyczynia się w ogóle do dobrobytu naszych zmarłych bliskich. Jednakże warto zauważyć, że spełnienie warunków odpustu Coemeterii visitatio nie wymaga obecności na tym cmentarzu, na którym pochowano naszych bliskich (zamiast tego możemy odwiedzić np. cmentarz najbliższy naszego miejsca zamieszkania), ani złożenia wizyty w dniu Wszystkich Świętych czy w Dniu Zadusznym (możemy to zrobić w innym dniu1). Nie ma też mowy o czyszczeniu czy dekorowaniu nagrobków.

Chciałbym w tym miejscu przeprosić wszystkich katolików, którzy po przeczytaniu mojego bloga powstrzymywali się od pobożnego nawiedzania cmentarzy, oraz pensjonariuszy czyśćca, których wyroki nie uległy przez to skróceniu w takim stopniu, w jakim mogłyby były.

Aby choć w części zrekompensować osobom poszkodowanym — żyjącym i nieżyjącym — skutki mojej niefrasobliwości, pragnę podzielić się mało znanym trikiem, który przekazał mi pewien znawca nauczania Kościoła. Otóż jeżeli chcecie, aby Wasza babcia albo Wasz ukochany wujek mieli krótszą odsiadkę w czyśćcu, odwiedźcie pobożnie jakikolwiek kościół w Dzień Zaduszny (2 listopada)2, zmawiając Ojcze nasz i Wyznanie wiary — załatwicie dla nich odpust częściowy3. Jeśli do tego odwiedzicie cmentarz, uzyskacie podwójny efekt odpustowy, dzięki czemu Wasza babcia być może wyjdzie z czyśćca szybciej niż babcia Waszych sąsiadów, którzy nie znają tego numeru. Pamiętajcie — przeczytaliście o tym na Autofokusie!


1 W dowolnym dniu roku — chociaż nie jest wykluczone, że uzyskamy większy odpust cząstkowy, gdy zjawimy się tam jednak w dniach 1–8 listopada, zwłaszcza jeśli dodatkowo przystąpimy do spowiedzi i komunii oraz zmówimy Ojcze nasz i Zdrowaś Mario. Jak wspomniałem wcześniej, idealni katolicy mogą uzyskać tych dniach odpust zupełny. Szczegóły w regulaminie promocji.
2 Nie macie czasu 2 listopada? Nie ma problemu! Wtajemniczeni wiedzą, że za wizytę w Dzień Zaduszny uznaje się wizytę złożoną od południa 1 listopada do północy 2 listopada — na wyświadczenie przysługi babci macie więc w sumie półtorej doby.
3 Skutek może być większy, jeżeli przystąpicie do spowiedzi i komunii oraz zmówicie Ojcze nasz i Zdrowaś Mario, a jeśli do tego jesteście zupełnie pozbawieni przywiązania do grzechu, to dostaniecie nawet odpust zupełny.
 
1 , 2
O autorze

Tomasz Szynalski

E-mail: "t" + nazwisko + "małpa" + "gmail.com"

Moje zdjęcia na Flickerze