Poprawia ostrość
Kategorie: Wszystkie | Filozofia | Humor | Nauka | Polityka | Życie
RSS
niedziela, 11 listopada 2007
O satyrze i ranieniu cudzych uczuć

Moje sprostowanie w kwestii odpustów kościelnych doczekało się ciekawego komentarza ze strony Profeta, wiernego czytelnika tego bloga:

(...) o ile w pierwotnej wypowiedzi udało Ci się uniknąć ironii w odniesieniu do wiary, tym razem Twoja wypowiedź ma cechy wielkiej polewki... Na przyszłość zatem lepiej się maskuj, bo niebezpiecznie ocierasz się o możliwość zranienia cudzych uczuć. A przecież sam domagasz się uszanowania swoich poglądów, choćby w zakresie bezsensu odwiedzania grobów zmarłych krewnych.

Zacznę od kwestii najprostszej, czyli od ostatniego zdania, w którym Profet zarzuca mi, iż pokpiwając z katolickich wierzeń, traktuję innych inaczej, niż sam chcę być traktowany. Mamy tu chyba do czynienia z jakimś nieporozumieniem. Nigdy nie oczekiwałem i nie oczekuję, aby ktokolwiek powstrzymywał się od komentowania moich poglądów w sposób ironiczny, prześmiewczy czy nawet złośliwy. Ależ proszę bardzo: krytykujcie, obalajcie i wyśmiewajcie moje koncepcje! Jedyne „uszanowanie”, jakiego się domagam, to zaakceptowanie faktu, iż dopóki mnie nie przekonacie, będę postępować zgodnie ze swoimi poglądami.

Oczywiście fakt, iż mnie samemu nie przeszkadza cięta krytyka, nie przesądza o tym, że wolno mi nią „częstować” inne osoby, które mogą być przecież bardziej wrażliwe lub mniej przywykłe do takiej formy dyskursu. Jednak niewątpliwie nietrafny jest zarzut, że pozwalam sobie na więcej, niż pozwalam innym.

Przed napisaniem niniejszej odpowiedzi długo zastanawiałem się, o co właściwie chodzi z tym „zranieniem uczuć”, o które według Profeta niebezpiecznie się otarłem. Przypomnę, że w moim tekście posługuję się ironią — ostatnie dwa akapity mojego wpisu mają bowiem strukturę szczerych przeprosin połączonych z poradą dla katolickich czytelników (wszystkie zawarte w niej informacje są zresztą prawdziwe i zostały dokładnie sprawdzone), które po dokładniejszej lekturze okazują się być pretekstem do przedstawienia nauki Kościoła o odpustach w niezbyt korzystnym świetle. W moim tekście piszę o „regulaminie promocji”, „wyroku”, „odsiadce”, „robieniu przysługi babci”, przez co uwydatniam pewne cechy odpustów (m.in. ich biurokratyczność, arbitralność i niesprawiedliwość). Celowo tworzę pewną karykaturę, dzięki której czytelnik może łatwiej zauważyć, że coś tu nie gra, a tekst staje się barwniejszy i bardziej przykuwający uwagę. Z kolei ironia, będąca rodzajem kamuflażu, wymusza na czytelniku większą uwagę, bardziej angażuje go w samodzielne myślenie.

Powyższe chwyty retoryczne nie są więc bezużytecznymi ozdobnikami — pozwalają mi one skuteczniej dotrzeć do czytelnika z moimi argumentami.

Oczywiście można również powiedzieć, że wyśmiewam pewną katolicką doktrynę, ale od kiedy to autorowi nie wolno śmiać się z pewnych poglądów, sposobów postępowania czy obyczajów, które uważa za błędne czy szkodliwe? Czy Profet jest zwolennikiem wizji świata, w którym nie wolno nagrać programu satyrycznego pokazującego absurdalność polityki rządu, ponieważ mogłoby to urazić zagorzałych sympatyków rządzącego ugrupowania? Czy według niego dziennikarz sportowy nie ma prawa w swoim artykule ironizować na temat słabej gry Wisły Kraków, gdyż mógłby tym sprawić przykrość najwierniejszym kibicom tego klubu? Czy Profet uważa, że satyra jest gatunkiem niemoralnym?

Załóżmy na chwilę, że Profet tak nie uważa, a jego celem nie jest wpisanie na indeks sztuk Moliera i serialu The Simpsons. O co zatem może mu chodzić?

Być może według Profeta „zakaz kpin” powinien dotyczyć tylko pewnego zbioru poglądów, do którego należą poglądy religijne. Zastanówmy się, czy taki zbiór można sensownie zdefiniować. Czy rzeczywiście niektóre przekonania zasługują na szczególne traktowanie?

Jest niezaprzeczalnym faktem, iż ludzie przywiązują się do pewnych przekonań bardziej niż do innych. Jestem przekonany zarówno o tym, że Ziemia jest okrągła, jak i o tym, że mój przyjaciel żyje. Jednak ten drugi fakt ma o niebo większy wpływ na moje emocje niż pierwszy. Gdyby ktoś kiedyś musiał uświadomić mi, że to przekonanie jest błędne, z pewnością oczekiwałbym, że zrobi to w sposób szczególnie delikatny.

Sytuacji, w których uznajemy konieczność zachowania szczególnie delikatnej formy, jest wiele: oczekujemy jej od lekarza, informującego nas o ciężkiej chorobie, i od przyjaciela, który chce nam powiedzieć, że nasza córka wcale nie ma talentu muzycznego. Wszelkie szyderstwa w takich przypadkach uznamy za niedopuszczalne.

Czy podobnie może być w przypadku niektórych przekonań religijnych? Wydaje się, że tak. Wiele osób jest przypuszczalnie bardzo przywiązanych do przekonania o istnieniu życia po śmierci. Osoby takie mogą autentycznie radować się wizją przyszłości, w której nie tylko same nie umrą, ale także spotkają się z bliskimi, którzy od nich odeszli. Kto wie — być może intelektualne drwiny z koncepcji życia pozagrobowego mogą zostać przez te osoby odebrane tak, jak gdyby ktoś pozbawiał ich nadziei i jeszcze robił sobie z tego okazję do żartów? Coś jak gdyby lekarz po obejrzeniu wyników nowych badań informował o nich pełnego nadziei pacjenta w następujący sposób: „Oczywiście zachęcam Pana, tak jak wszystkich pacjentów, aby nadal wierzył Pan w swoje wyzdrowienie. Przy okazji może Pan również wmówić sobie, że wygra Pan w totolotka — to naprawdę poprawia samopoczucie”.

Podobnie mogą istnieć ludzie, którzy naprawdę czerpią radość z faktu, iż za pomocą odpustu uzyskali skrócenie pobytu w czyśćcu dla swoich zmarłych rodziców. Sugerowanie im w sposób ironiczny, że ich radość jest oparta na dziwacznej, wręcz groteskowej doktrynie, może istotnie zostać odebrane jako nieczułe grubiaństwo. Być może gdybym w moim tekście poprzestał na wypisaniu suchej listy problematycznych punktów koncepcji odpustów, a nie posłużyłbym się ironią ani hiperbolą, osoby takie byłyby co prawda zawiedzione, że ich wizja świata nie jest tak spójna albo tak prawdopodobna, jak im się wydawało, ale przynajmniej nie poczułyby się dodatkowo wyszydzone przez wrogiego im, przemądrzałego autora.

Trzeba w tym miejscu zauważyć, że zranione uczucia mogą wystąpić jedynie u takich osób, które po przeczytaniu mojego tekstu nabiorą istotnych wątpliwości co do słuszności swoich dotychczasowych przekonań. Stuprocentowy katolik całkowicie przekonany o tym, że takie rzeczy jak czyściec i odpusty istnieją i rządzą się zasadami określonymi w dokumentach Kościoła, nie przejmie się przecież w ogóle moimi zastrzeżeniami — co najwyżej przyzna, że doktryna odpustów jest dziwna, ale prawdziwa.

Jakie wnioski wyłaniają się z powyższych rozważań? Na pewno kwestia zranionych uczuć wymaga uwzględnienia podczas pisania tekstów polemizujących z przekonaniami, do których niektórzy ludzie mogą być emocjonalnie przywiązani. Nie można jednak z góry zrezygnować ze stosowania środków retorycznych takich jak sarkazm czy hiperbola. Korzystanie z takich chwytów, o ile nie są obliczone wyłącznie na znieważenie odbiorcy, nie jest zwykłą złośliwością — środki te zmuszają czytelnika do myślenia i ułatwiają mu zauważenie błędów tkwiących w pewnych przekonaniach czy postawach.

Jak to zwykle bywa w kwestiach związanych z etyką, każdy przypadek wymaga osobnego rozważenia. Z jednej strony należy wziąć pod uwagę liczbę czytelników, którzy mogą poczuć się urażeni danym tekstem, oraz to, jak bardzo może on wpłynąć na ich emocje. Z drugiej strony należy oszacować, na ile nacechowany retorycznie, wyrazisty tekst może ułatwić czytelnikom dojście do pewnych słusznych wniosków. Nie bez znaczenia jest też korzyść społeczna wynikająca ze zwalczania określonego błędnego poglądu (nie wszystkie błędne poglądy są tak samo warte zwalczania). Widać od razu, że wybór prawie nigdy nie będzie oczywisty, a dokonać go musi autor tekstu.

Chciałbym zatem, aby obrońcy uczuć religijnych mieli świadomość, że stosowanie środków satyrycznych wiąże się z obiektywnymi korzyściami i nie można z góry założyć, że korzyści te są mniej ważne niż straty emocjonalne pewnej grupy odbiorców. Po drugie, powinni oni rozumieć, że pewne przekonania mogą zasługiwać na większą ochronę przed satyrą dlatego, że są wyznawane przed dużą liczbę ludzi, że mają duży wpływ na samopoczucie tych ludzi, albo że zwalczanie ich nie ma większego sensu — ale z pewnością nie dlatego, że są przekonaniami religijnymi. Gdyby w Polsce mieszkała duża grupa ludzi przekonanych, że noszenie nakrycia głowy z folii aluminiowej pozwala odbierać telepatycznie wskazówki emitowane z kosmosu przez odległą cywilizację, a przekonanie to byłoby dla nich przedmiotem silnej identyfikacji i źródłem wielkiej radości, wówczas uczucia tej grupy należałoby brać pod uwagę podczas pisania tekstów tak samo jak dzisiaj trzeba brać pod uwagę uczucia katolików.

Co zatem z moim wpisem o odpustach, który tak się nie spodobał Profetowi? Po zakończeniu przedstawionych tu rozważań przeczytałem go wiele razy i nie wydaje mi się, aby moje groteskowe potraktowanie tematu mogło sprawić istotną przykrość czytelnikom przywiązanym emocjonalnie do katolickiej wizji czyśćca i odpustów (zresztą iluż takich się znajdzie?), a jeżeli nawet, to interes skuteczności przekazu usprawiedliwia danie drobnego „prztyczka w nos” pewnym osobom. Dlatego tekst pozostanie niezmieniony. Jest to moja suwerenna decyzja i zastrzegam sobie prawo do podejmowania podobnych decyzji w przyszłości. A do osób wierzących apeluję, aby nie obrażali się na moją satyrę, gdyż nie stosuję jej po to, by kogokolwiek urazić, lecz po to, by w dobrej wierze krytykować przekonania, które szczerze uważam za błędne.

O autorze

Tomasz Szynalski

E-mail: "t" + nazwisko + "małpa" + "gmail.com"

Moje zdjęcia na Flickerze