Poprawia ostrość
Kategorie: Wszystkie | Filozofia | Humor | Nauka | Polityka | Życie
RSS
środa, 12 grudnia 2007
Paranormalny dzień

Wczoraj przeżyłem chyba moje dotychczas najbliższe spotkanie z czymś, co jedni nazywają „zdarzeniami o niewielkim prawdopodobieństwie”, a drudzy — „zjawiskami paranormalnymi”. Pomijając pewne doświadczenie z dzieciństwa, o którym może jeszcze kiedyś napiszę, a które wyjaśniam jednorazowym epizodem lunatyzmu, nie znajduję w swojej pamięci niczego tak dziwnego, jak to, co mnie spotkało wczorajszego dnia.

Gdy się wczoraj obudziłem — jak zwykle koło 11:30 — moją pierwszą myślą było jedno słowo, a właściwie nazwa: „Rozbrat”. Prawie od razu pomyślałem też o ulicy w Warszawie, która nosi tę nazwę. Leżąc niedobudzony w łóżku, zacząłem się zastanawiać, dlaczego na samym początku dnia mam w świadomości to słowo — czyżby nazwa „Rozbrat” występowała w moim śnie? Nie mogłem jednak przypomnieć sobie żadnego snu. Zacząłem więc roztrząsać samą nazwę: Co to właściwie znaczy „Rozbrat”? Skąd wzięła się tak osobliwa nazwa ulicy? Stwierdziwszy po chwili, że i na te pytania nie znajdę odpowiedzi, wstałem z łóżka i zacząłem przygotowywać się do swoich zajęć.

Po paru minutach zasiadłem do komputera z kubkiem mocnej herbaty, co jest częścią mojego porannego rytuału albo, jak kto woli, procedury „bootowania”. O moich wcześniejszych „przebudzeniowych” rozważaniach zdążyłem już zapomnieć — chciałem po prostu, jak to mam w zwyczaju, sprawdzić pocztę i wykonać szybką rundkę po serwisach informacyjnych. Jakież było moje zdziwienie, gdy na stronie głównej portalu Gazeta.pl, w dziale informacji z mojego miasta ujrzałem taki oto nagłówek:

Wrocław: Kolejny pożar przy ul. Rozbrat.

W pierwszej chwili osłupiałem. W kolejnej — zacząłem analizować sytuację:

  • Zaraz po przebudzeniu pojawia mi się w głowie, nie wiadomo skąd, myśl o ulicy Rozbrat w Warszawie. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek wcześniej obudził się z myślą o jakiejkolwiek ulicy, więc już samo to jest dla mnie dość dziwne.
  • Następnie — jak gdyby nigdy nic — rzucam okiem na wiadomości i od razu widzę informację o pożarze na ulicy Rozbrat. Nie jest to jednak ulica Rozbrat w Warszawie, ale mało znana ulica Rozbrat we Wrocławiu, o której istnieniu nawet nie wiedziałem.
  • Według informacji Gazety pożar wybuchł o godzinie 10:30, a więc na godzinę przed tym, jak się obudziłem. W pokoju, w którym śpię, nie ma radia ani telewizora. W mieszkaniu nie było nikogo oprócz mnie. Nie przypominam też sobie, abym wcześniej budził się lub wstawał z łóżka. Nie widać zatem, w jaki sposób — zakładając konwencjonalne zasady rządzące tym światem — nazwa „Rozbrat” mogłaby przeniknąć do mojej świadomości.
  • Wydaje się więc, że są dwie możliwości: Albo mamy do czynienia z wyjątkowym zbiegiem okoliczności, albo informacje mogą dostawać się do umysłu inaczej niż za pomocą tradycyjnie rozumianych zmysłów: wzroku, słuchu, dotyku, węchu i smaku* — innymi słowy, poznanie pozazmysłowe (ang. extrasensory perception) jest realne.

Na tym musiałem zakończyć swoją analizę, gdyż spieszyłem się na spotkanie w warsztacie samochodowym z moim przyjacielem Michałem, któremu dwa dni wcześniej zdefasonowałem tył auta podczas próby wykonania szczególnie widowiskowego manewru pt. „hamowanie w ostatniej chwili” (wtedy wydawał mi się to dobry pomysł). Po zakończeniu załatwiania formalności ubezpieczeniowych zaproponowałem Michałowi, że w ramach rekompensaty za stracony czas postawię mu obiad w mojej ulubionej meksykańskiej knajpie o nazwie „Mexico Bar”, która mieści się we Wrocławiu przy ul. Rzeźniczej (wskazówka: warto zamówić zestaw trzech różnych enchilad, zaznaczając, że ma być „na ostro”).

Gdy siedzieliśmy w restauracji, postanowiłem, że opowiem Michałowi o swoim „paranormalnym” doświadczeniu. Nie będę tu relacjonował dyskusji filozoficznej, która się po tym wywiązała, ale jednym z bardziej interesujących spostrzeżeń mojego przyjaciela było to, że zdarzenie, które mi się przytrafiło, może być nie mniej prawdopodobne niż wygrana w totolotka (w Dużym Lotku 1 do około 14 milionów), a przecież gdybym akurat wygrał w totolotka, pewnie nawet bym nie pomyślał, aby tłumaczyć ten fakt jakimiś tajemniczymi mechanizmami.

Po obiedzie spotkało mnie kolejne dość niecodzienne zdarzenie. Jechaliśmy z Michałem w pewne miejsce, a nasza trasa przewidywała skręt w lewo w ulicę Sokolą. Michał prowadził samochód, a ja wypatrywałem Sokolej. W pewnym momencie wydało mi się, że to już właściwe skrzyżowanie, i poleciłem Michałowi skręcenie w lewo. Spojrzałem na tabliczkę z nazwą ulicy: „ul. Trawna”. „Kurczę, pomyliłem się; Sokola jest chyba następna” — pomyślałem, jednak widząc, że Michał już zatrzymał się do skrętu, uznałem, że ulicą Trawną też jakoś dojedziemy na miejsce. Gdy samochód pokonywał zakręt, dla pewności rzuciłem jeszcze okiem na tablicę z nazwą ulicy. Napis brzmiał: „ul. Sokola”.

W tym momencie zacząłem czuć się jak we śnie. Przecież senne doświadczenia charakteryzują się właśnie takim brakiem „trwałości” — patrzymy we śnie na zapisaną kartkę i widzimy na niej jedną rzecz; za chwilę spoglądamy ponownie, a zapisana treść już zdążyła się zmienić. Oczywiście każdemu zdarzyło się źle odczytać nazwę ulicy, jednak mój przypadek był dziwny o tyle, że oczekiwałem na nazwę „Sokola”, a mimo to jej nie rozpoznałem (łatwiejszy do wytłumaczenia byłby przypadek odwrotny: gdyby mój mózg doszukał się oczekiwanej nazwy „Sokola” tam, gdzie jej nie było). Poza tym: dlaczego u licha jakaś „Trawna”? Próbując odnaleźć jakiś związek z wydarzeniami sprzed południa, puściłem wodze fantazji i pomyślałem, że może to przywidzenie jest jakimś komunikatem, że na owej ulicy Trawnej (która, jak sprawdziłem, we Wrocławiu jest, ale gdzie indziej) zdarzyło się albo zdarzy jakieś nieszczęście porównywalne z porannym pożarem na ulicy Rozbrat. Innymi słowy, w mojej głowie zakiełkowała zupełnie fantastyczna hipoteza, że jestem żywą wersją bohatera serialu „Zdarzyło się jutro”. Przyznaję tu ze wstydem, że w pierwszej kolejności pomyślałem nie o setkach istnień, które mógłbym uratować, ale o milionie dolarów, który niechybnie wypłaciłaby mi fundacja Jamesa Randi’ego po zweryfikowaniu moich zdolności paranormalnych.

Z lekko przyspieszonym tętnem otworzyłem na swojej komórce stronę Gazety. Żadnych informacji o ulicy Trawnej. „Może jutro?” — pomyślałem trochę zawiedziony.

Ustaliliśmy z Michałem, że musimy pojechać na Rozbrat. Może tam czeka mnie dalszy ciąg onirycznych doświadczeń w stylu Davida Lyncha? Zajeżdżamy na miejsce. Rozbrat to krótka, ciemna ulica z zaniedbanymi poniemieckimi czynszówkami. Kroczymy chodnikiem, rozglądamy się wokół, wchodzimy na podwórze jednej z kamienic. Żadnych oznak czegokolwiek dziwnego. Nie udaje nam się nawet dostrzec śladów niedawnego pożaru. Zbliżamy się do końca ulicy. Na ścianie budynku widać podświetlany szyld. Patrzę i... nie wierzę własnym oczom: „Mexico Bar”! Przecież właśnie w „Mexico Barze” opowiadałem Michałowi o moich proroczych myślach na temat ulicy Rozbrat. Czy to nie dziwne, że kiedy wreszcie dotarłem na tę ulicę, znalazłem się przy kolejnej, nie znanej mi filii tego samego lokalu?**

Przez mgnienie oka doznałem uczucia — znanego różnej maści mistykom, teoretykom spisku i wszystkim innym, którzy mają poczucie kontaktu z jakąś nieodkrytą przez ogół populacji prawdą — że wszystko jest ze sobą powiązane, że między światem naszych myśli a światem zewnętrznym istnieją związki, o których nie śniło się fizykom. Jakże łatwo w głowie pojawiają się takie hipotezy! Jakże łatwo przechodzimy od jednostkowych przypadków do prób formułowania ogólnych zasad rządzących wszechświatem.

Dzisiaj byłem na ulicy Trawnej, tak kontrolnie. Żadnych powodów do interwencji. Fizyka się trzyma.


*) W rzeczywistości zmysłów jest znacznie więcej niż 5 (czujemy m.in. temperaturę i różne doznania wewnątrz naszego ciała), ale nie ma to tutaj znaczenia.
**) Formalnie lokal znajduje się przy ul. Sępa Szarzyńskiego, ale ten odcinek Sępa Szarzyńskiego tworzy jedną linię z ulicą Rozbrat.
03:12, cthinker , Życie
Link Komentarze (1) »
O autorze

Tomasz Szynalski

E-mail: "t" + nazwisko + "małpa" + "gmail.com"

Moje zdjęcia na Flickerze