Poprawia ostrość
Kategorie: Wszystkie | Filozofia | Humor | Nauka | Polityka | Życie
RSS
czwartek, 14 czerwca 2007
Rozmowa z bezdomnym

„Chciałem od razu powiedzieć, że nie mam nic przeciwko bezdomnym. To są tacy sami ludzie jak my, tyle że nie mają domów. Osobiście spotkałem bardzo wielu kulturalnych bezdomnych, często z wyższym wykształceniem, i mogę stwierdzić z całą odpowiedzialnością, że są to tak samo dobrzy Amerykanie jak wy czy ja.”

Sierżant Murphy w Antygonie w Nowym Jorku Janusza Głowackiego

Paweł jest bezdomny. Cztery dni temu wyszedł z więzienia we Wrocławiu. Wpadliśmy na siebie nieopodal Hotelu Wrocław, gdy zastanawiałem się, czy jest szansa na zrobienie dobrego zdjęcia pewnego ciekawie oświetlonego placu budowy. Wystartował do mnie z typową historyjką ulicznego naciągacza, której słuchałem piąte przez dziesiąte. Wyszedłem z kryminału... nie mam gdzie mieszkać... nie proszę Cię o pieniądze... Z letargu wybiła mnie dopiero propozycja kupna serka topionego na stacji BP.

— Dlaczego akurat serek topiony? — mamroczę, osłupiały tą ostatnią frazą.

— Bo jest tańszy niż wędlina — wyjaśnia Paweł.

Nie chce mi się iść na tę stację i myślę sobie, że on pewnie o tym wie. Ze zniechęconą miną wyciągam portfel, żeby dać mu na odczepnego parę drobniaków. 1-0 dla niego. Jak na złość w portfelu tylko dwie pięćdziesięciogroszówki, reszta to banknoty, najdrobniejszy dziesiątak. Dwa razy 50 groszy to trochę za mało, a dziesięć złotych to trochę za dużo na serek topiony, więc zgadzam się przespacerować z nim na stację. Kupuję jedyny dostępny serek za 1,99 zł, zastanawiając się, czy po wyjściu ze sklepu znowu go zobaczę.

— Mówiłem Ci, nie oszukuję — mówi, przyjmując ode mnie serek — Mieszkam w śmietniku, chcesz, pokażę Ci.

Pytam, za co siedział. — Za kradzież 78 samochodów. Tyle mi przypięli. — A naprawdę było mniej czy więcej? — Nie no, więcej — odpowiada i patrzy na mnie jak na naiwniaka.

Zadaję kolejne pytania i dowiaduję się, że mój rozmówca przed czterema dniami zakończył 8-letnią odsiadkę. Bez zwolnienia warunkowego, bo należał do grypsujących1, a „dla takich nie ma warunku”. Gdy poszedł siedzieć, był na piątym roku budownictwa na Politechnice. Teraz nie ma gdzie się podziać, bo żona znalazła innego faceta.

Idziemy wspólnie — ja do samochodu, on do swojego śmietnika. Pytam go o pomoc, jaką dostaje od państwa. Mówi, że jako byłemu skazanemu przysługuje mu 23 zł miesięcznie. Z jadłodajni dla bezdomnych nie chce korzystać, bo słyszał, że można złapać wszy. Ale pomoże mu ksiądz Orzech z duszpasterstwa na Bujwida, który prowadzi jakiś ośrodek koło Obornik Śląskich.

— Nie chcę wracać do więzienia. Będę zajmować się kozami u Orzecha. Już do niego dzwoniłem. Powiedział, żebym przyjeżdżał.

Przyglądam mu się: niski, ogorzały, atletyczna budowa pasuje do opowieści o więzieniu. Dość schludny jak na bezdomnego — może przez cztery dni nie zdążył zarosnąć brudem. Sposób wysławiania się nie przeczy studenckiej przeszłości.

Mimo, że wyczuwam u niego niechęć do opowiadania o swojej przestępczej przeszłości, to jednak ciekawość zwycięża. Opowiada mi, że należał do zorganizowanej grupy złodziei samochodów, której szefem był 63-letni facet. Kradli klasowe auta na zamówienie. Skąd się brały zamówienia? Siatka powiązań szefa ze światkiem przestępczym.

Pytam go, jak wpadł.

— Był świadek koronny. Ufasz komuś, a potem on Cię wystawia.

Zaprasza mnie do śmietnika przy bloku, który ironicznie nazywa swoim mieszkaniem. Waham się, czy wejść. Jest ciemno, wokół nie ma nikogo — co, jeśli wyciągnie nóż? Co, jeśli w środku czeka jego kumpel? W końcu postanawiam zaufać, że nie zrobi mi krzywdy po tym, jak mu pomogłem. Pokazuje mi stary materac rozłożony za dwoma kubłami przy najdalszej ścianie śmietnika. Nie rzuca się w oczy. Zastanawiam się, jak można spać w takim smrodzie.

— Materac dostałem od ludzi z bloku. A wyobraź sobie, wczoraj poprosiłem jednego faceta o coś do jedzenia, a on przynosi mi trzy piwa. Mówię mu, że chciałem coś zjeść, a on się śmieje i mówi, że mi nie wierzy.

Trochę z ciekawości, a trochę z chęci zweryfikowania jego historii proszę go, aby opowiedział mi, jak pokonywał zabezpieczenia kradzionych samochodów.

— Otwarcie takiego mercedesa zajmowało mi tyle, co nic. O, już bym był w środku — chwali się — Potem odpalenie to kilkanaście sekund. Pytam o autoalarm, blokadę skrzyni biegów, immobilizer. Zapewnia mnie, że to żaden problem. — Alarm wyłączasz, przykładając do maski paralizator. Tam jest takie napięcie, że wszystko przepala. Blokadę otwierasz ruską gaśnicą. Chcesz, możemy się tak umówić, że jak skroję Twoją furę w półtorej minuty, to stawiasz mi dobry obiad.

Postanawiam nie przyjąć zakładu i pytam go o rodziców. — Rodzice są w Kudowie, ale nie dadzą mi dachu nad głową. Mówią, że ich skrzywdziłem, i mają rację. — Wiesz — wspomina jakby nie na temat — jak przynosiłem do domu co miesiąc po 20 tysięcy, to żona była cacy. A teraz nie chce mnie znać. Chodź, zrobię ci kanapkę z tym serem. Chleb już mam.

Zamiast odpowiadać, zadaję mu pytanie, dlaczego nocuje w śmietniku, a nie pojedzie od razu do księdza Orzecha.

— Orzech powiedział, żebym przyjechał, a ja nie mam pieniędzy na bilet. Do Obornik kosztuje coś koło 7 zł.

Wyjmuję z portfela dwadzieścia złotych i mówię, żeby podszedł. Mimo wszystko nie chcę dokonywać tej transakcji w głębi jego „mieszkania”.

— Nie pomagaj mi, jesteś studentem — oponuje, sugerując się chyba moim młodym wyglądem.

— Już od jakiegoś czasu nie jestem. Będziesz miał na bilet i kupisz sobie jak człowiek coś do jedzenia. Tylko pojedź do Orzecha, niech Ci pomoże stanąć na nogi. — Widzę lekkie zakłopotanie, gdy przyjmuje ode mnie pieniądze.

— W środę Orzech będzie spowiadać. Ja tam będę. Przyjdź, powiem Orzechowi, że mi pomogłeś.

Rozważam, czy zdradzić się, że nie wierzę w Boga. Coś mnie przed tym powstrzymuje — chyba poczucie, że tak jak większość „zwykłych Polaków” nie zrozumiałby mojej niewiary. Mówię mu, że nie potrzebuję, żeby chwalił mnie przed księdzem, że dwadzieścia złotych to żadna wielka pomoc. Przez chwilę nalega. Zastanawiam się, dlaczego chce, żebym spełnił tę dziwną prośbę.

— Dlaczego mi pomogłeś? — pyta w końcu.

— Bo chcesz żyć uczciwie. Poza tym też studiowałem na Politechnice — to tylko najłatwiej strawna część prawdy. Nie umiem bez sztucznego patosu przekazać, że chcę przynajmniej w skromnym zakresie uczestniczyć w budowaniu świata, w którym ludzie, zanim umrą, troszczą się o siebie nawzajem; że — jak pisze Sam Harris w swoim ateistycznym manifeście End of Faith — miłość do innych daje szczęście nam samym. Po raz kolejny namawia mnie na wspólny posiłek.

— Wiesz co, będę musiał spadać — stać mnie tylko na taki wykręt. Myślę sobie, że taki człowiek jak on może potrzebować towarzystwa tak samo jak pieniędzy, ale przecież i tak poświęciłem mu sporo uwagi...

Żegnamy się uściskiem dłoni, jakimś innym niż zwykły, chyba takim dla „grypsujących”. Życzę mu powodzenia. Jest serdeczny, zdrabnia moje imię.

Odchodząc, czuję się dobrze. Zastanawiam się, kto zrobił na mojej pomocy lepszy interes — ja czy Paweł. Może jest tak, że na świecie jest wielu ludzi gotowych do pomocy. Może obdarowujemy naszych bliźnich właśnie wtedy, gdy przełamujemy swój opór i prosimy ich o pomoc?


1 „Grypsujący” to subkultura więzienna z określoną hierarchią i określonymi zasadami, do których należy brak współpracy z klawiszami (strażnikami). Ci, którzy nie grypsują, są „frajerami”, co wiąże się z gorszym traktowaniem przez grypsujących.
14:06, cthinker , Życie
Link Dodaj komentarz »
O autorze

Tomasz Szynalski

E-mail: "t" + nazwisko + "małpa" + "gmail.com"

Moje zdjęcia na Flickerze