Poprawia ostrość
Kategorie: Wszystkie | Filozofia | Humor | Nauka | Polityka | Życie
RSS
piątek, 20 lipca 2007
Dialog o ateizmie, wierze i prawdzie

Kwirytus: Drogi Filonie, znam cię nie od dzisiaj jako człowieka prawego i mądrego. Zawsze jednak chciałem zadać ci pytanie, dlaczego jesteś ateistą?

Filon: Kwirytusie, pozwól, że najpierw wyjaśnię, co mam na myśli, opisując siebie za pomocą słowa „ateista”. Otóż jestem człowiekiem pozbawionym przekonania o istnieniu Boga. Nie twierdzę natomiast, że Bóg na pewno nie istnieje — nie mogę bowiem wykazać, że Boga nie ma, podobnie jak nie mogę wykazać, że w sąsiedniej galaktyce nie istnieje planeta zamieszkana przez jednorożce. Nie mam jednak powodów, by sądzić, że taka planeta istnieje, tak samo jak nie mam powodów, by sądzić, że istnieje Bóg.

Najwyższa pora sprecyzować, co mam na myśli przez owego „Boga”, którego istnienia nie uznaję. Chodzi tu o jakiś rodzaj bytu osobowego, który stworzył nasz wszechświat, jest wszechmocny i wszechwiedzący, wpływa na nasz los, a od naszego zachowania wobec niego zależy nasze szczęście (doczesne lub w jakimś przyszłym życiu, które miałoby nastąpić po naszej śmierci). Myślę, Kwirytusie, że definicja ta obejmuje również Boga, którego istnienie ty uznajesz.

Kwirytus: Tak, Filonie, ale skoro pytasz mnie o moją wiarę, to muszę wyznać, że mam z nią pewien kłopot. Patrząc racjonalnie, nie mam dobrych powodów, aby sądzić, że Bóg istnieje, a tym bardziej uznawać szczegółowe stwierdzenia na jego temat głoszone przez Kościół Katolicki, w którym zostałem wychowany. W zasadzie jestem zdania, że żadna religia nie ma monopolu na prawdę o Bogu, a wypowiedzi Watykanu dotyczące antykoncepcji czy współżycia przedmałżeńskiego odbieram jako aroganckie. Jednak Bóg jest obecny od zawsze w moim życiu — gdy jestem w potrzebie, proszę go o pomoc, gdy jest piękny dzień, dziękuję mu za to. Po prostu wierzę w jakąś siłę wyższą.

Filon: Ściśle rzecz biorąc, wierzysz w siłę wyższą o charakterze osobowym, z którą możemy wchodzić w kontakt i która wywiera wpływ na nasz los. Ale zatrzymajmy się na chwilę nad pojęciem „wiary”, stwierdziłeś bowiem, że „wierzysz” w istnienie Boga, mimo że nie masz powodów, aby sądzić, że Bóg istnieje.

Większość ludzi zgodzi się, że powinniśmy dążyć do tego, aby nasze przekonania były spójne z rzeczywistością. Jeżeli na przykład spotkamy człowieka, który twierdzi, że jutro w totolotku wylosowane zostaną liczby: 2, 8, 12, 15, 23, 31 i 44, nie wolno nam bezkrytycznie uznać, że tak właśnie będzie. Winniśmy potraktować jego deklarację z daleko idącym sceptycyzmem, np. dokonując wiarygodnego sprawdzenia jego skuteczności w przewidywaniu wcześniejszych wyników. Tej samej krytycznej ocenie powinny podlegać także inne stwierdzenia — zapewnienia o skuteczności leków, doniesienia o skonstruowaniu perpetuum mobile, obietnice polityków itd.

I tu właśnie — jak zauważyłem — ludzie dzielą się na dwie grupy. Pierwsza grupa uważa, że w obszarze religii możemy sobie pozwolić na posiadanie przekonań bez uzasadnienia. Jeżeli np. religia mówi nam, że po śmierci nie umieramy, tylko idziemy do nieba lub piekła, nie musimy zastanawiać się nad tym, czy są na to wiarygodne dowody. Możemy uznać to za prawdę, bo „jest to kwestia wiary”, bo chcielibyśmy, aby tak było, albo dlatego, że takie przekonanie poprawia nam samopoczucie. Według tej koncepcji wolno nam więc uznawać pewne sądy, które mówią o rzeczywistości, ale nie są w ogóle wyprowadzone z tej rzeczywistości, a jedynie np. z naszych potrzeb psychologicznych.

Druga grupa ludzi — do której się zaliczam — uważa natomiast, że nie wolno stosować podwójnych standardów poznawczych. Stwierdzenia religijne są takimi samymi zdaniami, jak wszelkie inne twierdzenia o świecie. Innymi słowy, osoba twierdząca, że wie coś na temat Boga czy życia po śmierci, „gra w tę samą grę” co każda inna osoba, która twierdzi, że wie coś o świecie. Musi być w stanie uzasadnić swój sąd za pomocą spójnego rozumowania opartego na wiarygodnych dowodach. Nie może stwierdzić, że „jest to kwestia wiary”, tak jak konstruktor mostu nie może powołać się na swoją niczym nie popartą wiarę, że most ów się nie zawali. Zatem np. stwierdzenie o tym, że po śmierci spotka nas „sąd ostateczny”, należy poddać tak samo ostrej weryfikacji co stwierdzenie, że w przyszłym roku Europę dotknie klęska powodzi.

Dwie drogi, które właśnie opisałem, tworzą pierwsze skrzyżowanie w naszej dyskusji. Dlatego chciałbym cię teraz zapytać, Kwirytusie, którą z tych dróg podążasz?

Kwirytus: Zastawiłeś na mnie, Filonie, zręczną pułapkę. Ale sprawa wydaje się bardziej skomplikowana, niż to przedstawiłeś. Otóż nie jestem w stanie mieć przekonania, które zupełnie abstrahuje od postrzeganej przeze mnie rzeczywistości. Gdybym był w stanie tego dokonać, pewnie uwierzyłbym sobie, że jestem najprzystojniejszym mężczyzną na świecie albo że w moim ogródku zakopany jest brylant wielkości lodówki — przyznasz, Filonie, że nadzwyczaj miło byłoby mieć takie przekonania.

W przypadku religii źródłem moich przekonań są moje doświadczenia na tym świecie — choćby przypadki cudów czy moje poczucie kontaktu z Bogiem podczas modlitwy. Zgodzę się, że nie są to miażdżące dowody i raczej nie próbowałbym cię za ich pomocą do wiary przekonywać. Jednak myślę, że wiara polega właśnie na tym, że patrząc na takie przesłanki, mamy wybór, czy je uznamy czy nie.

Filon: Zastanawiam się, co masz na myśli, mówiąc o „wyborze”. Wygląda na to, że uznajesz konieczność uzasadniania swoich przekonań, a jednak sugerujesz, że w przypadku religii potrzeba czegoś jeszcze, jakiegoś aktu woli. Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale przyznajesz w ten sposób, że dowody na istnienie Boga, którymi dysponujesz, są niewystarczające. Przyznajesz, że gdybyś miał równie słabe dowody na jakiekolwiek inne stwierdzenie o świecie — dajmy na to, że spluwanie przez lewe ramię chroni przed pechem albo że codzienne spożywanie kory sosnowej wydłuża życie — to nie uznałbyś tego stwierdzenia za prawdę. Gdy jednak masz do czynienia ze stwierdzeniem religijnym, pozwalasz sobie (celowo?) na pewną łatwowierność, przymykasz oko na braki w rzekomych „dowodach”, nazywając to „wyborem”.

Zgodzę się z tobą, Kwirytusie, że jest to wybór: Ty twierdzisz, że jest to wybór między wiarą a niewiarą, między przyjęciem Boga a jego odrzuceniem. Ja twierdzę, że jest to wybór między prawdą a nieprawdą. Każdy człowiek może albo badać wszelkie stwierdzenia o świecie, który go otacza, z jednakową rzetelnością, albo w przypadku niektórych stwierdzeń pozwalać sobie na niedbalstwo po to, by poczuć się dobrze lub osiągnąć jakąś inną korzyść.

Nie od dziś wiadomo, że ludzie często przejawiają skłonność do bezkrytycznego albo niedostatecznie krytycznego przyjmowania pewnych sądów. Dzieje się tak np. wówczas, gdy przekonania te poprawiają im samopoczucie. Gdyby w tej chwili, Kwirytusie, podeszła do mnie piękna kobieta i oświadczyła, że jestem podobny do Brada Pitta, zapewniam cię, że nie miałbym szczególnej ochoty kwestionować tej opinii. Być może nawet przyznałbym, że mam w sobie coś z tego aktora.

Inny powód bezkrytycznego myślenia to przynależność do grupy o skrystalizowanych przekonaniach. Na przykład osoba, która wrosła w środowisko nacechowane nieufnością do innych grup etnicznych (np. poglądy takie ma jej rodzina albo większość przyjaciół), będzie mieć często skłonność do pobieżnego zapoznawania się z faktami w tym temacie i uproszczonego interpretowania ich w „jedynie słusznym” kierunku. Będzie ona na przykład zadowalać się pewnymi argumentami mającymi świadczyć o zagrożeniu, jakie stanowią inne narodowości, mimo że, gdyby zechciała spojrzeć na rzecz obiektywnie, dostrzegłaby w tych argumentach luki. Postępowanie takie wynika z przeczucia, że zakwestionowanie „starego” sposobu myślenia mogłoby się spotkać z niezrozumieniem i dezaprobatą grupy, to zaś mogłoby prowadzić do bolesnego poczucia osamotnienia.

Chcę podkreślić, że osoby, o których tutaj mówię, nie są hipokrytami. Hipokrytami są bowiem osoby, które uważają jedno, a publicznie głoszą drugie. Tu zaś mówimy o osobach, które naprawdę uważają to, co głoszą, a jedynie nie patrzą na niektóre swoje przekonania zbyt krytycznym okiem, ponieważ instynktownie czują, że nie przyjdzie im z tego żadna korzyść — ani psychologiczna, ani materialna, ani społeczna.1

Kończąc mój wywód, chcę powiedzieć, że wszyscy jesteśmy podatni na „samoprzekupstwo” zniechęcające nas do krytycznej refleksji nad własnymi przekonaniami; uważam jednak, że zawsze powinniśmy robić, co w naszej mocy, aby dążyć do prawdy, nawet jeśli jest to prawda dla nas niewygodna.


1Trzeba tu zauważyć, że analiza Filona dotyczy tylko osób, które są generalnie zdolne do krytycznej oceny stwierdzeń o świecie, a jedynie w niektórych przypadkach niechętnie z tej zdolności korzystają. U wielu osób krytyczne myślenie stoi natomiast generalnie na niskim poziomie. Jest to poziom, który pozwala im wierzyć w astrologię, homeopatię, bioenergoterapię czy rozmaite teorie spiskowe. Osoby te nie mogłyby zakwestionować stwierdzeń religijnych nawet, gdyby chciały, ponieważ po prostu nie umieją tego zrobić.
czwartek, 05 lipca 2007
Kilka słów o sobie

Pozwolą Państwo, że się przedstawię. Jestem kontrolerem biletów komunikacji miejskiej. Do obsługiwanych przeze mnie linii autobusowych należą 144, 135 i K, a tramwajowych — 10 i 17. Moja średnia liczba wypisanych mandatów w przeliczeniu na godzinę pracy wynosi 2,4, co według oficjalnych statystyk jest jednym z najlepszych wyników w mieście.

Dlaczego wybrałem właśnie taką ścieżkę kariery? Ponieważ zawód kontrolera to elastyczne godziny pracy, świadomość wnoszenia niemałego wkładu w życie miasta, codzienny kontakt z ludźmi z różnych ścieżek życiowych, możliwość ciągłego rozwoju intelektualnego i kształtowania pozytywnych cech charakteru, a niekiedy i dreszczyk emocji.

W swojej pracy kieruję się niezmiennie zasadami skuteczności i kultury osobistej. Wykonując czynności służbowe, staram się opierać przede wszystkim na zaskoczeniu i przewadze psychologicznej, a unikać środków przymusu bezpośredniego, zwłaszcza wobec pasażerów, których atletycznie zbudowana sylwetka każe liczyć się z możliwością niepotrzebnej eskalacji konfliktu.

Przedstawię teraz pokrótce techniki operacyjne, dzięki którym mogę pochwalić się tytułem jednego z najskuteczniejszych kontrolerów w mieście. Przede wszystkim prezencja: „Studencki” wygląd rzadko bywa kojarzony z zawodem kontrolera, co po wejściu do pojazdu umożliwia mi spokojny ogląd sytuacji i wytypowanie potencjalnych celów. Statystyki pokazują, że pasażerowie spodziewają się kontroli raczej ze strony osób w średnim wieku, o niezadbanej, „nikotynowej” cerze, noszących niemarkową odzież. Najlepsi w kontrolerskim fachu umieją obracać te stereotypy na swoją korzyść.

Akcję kontrolną każdorazowo rozpoczynam od kobiet i osób starszych zajmujących miejsca siedzące, gdyż są najspokojniejsi i najmniej ruchliwi, a ponadto często zdarza się, że zapominają zabrać ze sobą swój bilet okresowy. Badania naukowe dowodzą, że sprawność pamięci ulega znacznemu osłabieniu po 60. roku życia — pasażerowie w podeszłym wieku są więc naturalnymi kandydatami do kontroli. Co się tyczy kobiet, koncentruję się na tych, których elegancki ubiór wskazuje, że mogą posiadać kilka torebek przeznaczonych do strojów w różnych tonacjach kolorystycznych. Istnieje wówczas znaczne prawdopodobieństwo, że bilet uprawniający do przejazdu został nieświadomie pozostawiony w torebce, którą pasażerka nosiła poprzedniego dnia. Liczy się tu doświadczenie i umiejętność szybkiej oceny, czy noszony przez pasażerkę płaszcz jest wysokogatunkowym artykułem zakupionym w Hexeline czy Monnari (wysokie prawdopodobieństwo posiadania dwóch lub więcej torebek) czy też tanią chińską podróbką z placu przy Zielińskiego (niskie prawdopodobieństwo). Nie trzeba dodawać, że przydają się tu okresowe wizyty w damskich salonach odzieżowych.

Nieodłącznym elementem każdej kontroli jest rozmowa. To od niej w głównej mierze zależy, czy postawiony przed widmem zapłacenia kary pasażer rzuci w nas stekiem wulgaryzmów czy posłusznie udostępni nam swoje dane osobowe. Bez przesady można powiedzieć, że jest tyle sposóbów prowadzenia rozmowy z pasażerem, jak wielu jest kontrolerów. Jedni powołują się na konkretne paragrafy uchwał i regulaminów, inni podpierają się autorytetem organów ścigania, jeszcze inni starają się apelować do resztek uczciwości pasażera-gapowicza.

Osobiście lubię łączyć rozmowę z elementem zaskoczenia, stosując metodę „na rozmownego pasażera”, którą poznałem na kursie doszkalającym w Bydgoszczy. Nie jest to technika łatwa — wymaga bowiem znajomości psychologii i wrodzonej „smykałki” do kontaktów z ludźmi. Jej celem jest wprowadzenie kontrolowanego pasażera w taki stan psychiczny, aby w fazie wymierzania kary zawiodły jego wrodzone mechanizmy obrony, tj. negacja, agresja i ucieczka. Osiąga się to poprzez taktyczne przybranie roli współpasażera i umiejętne prowadzenie rozmowy z kontrolowanym pasażerem, tak aby w momencie ujawnienia się kontrolera pasażer był nie tylko w najwyższym stopniu zaskoczony, ale także olśniony urokiem osobistym i przebiegłością kontrolera.

Rozmowę można zacząć od rzucenia luźnej uwagi skierowanej niby to w powietrze. Dobrze sprawdzają się tu pospolite komentarze na temat spóźniających się tramwajów, tłoku, wyjątkowo niekorzystnej pogody itp. Tego typu wypowiedzi pełnią funkcję „lodołamaczy”, a jednocześnie wzbudzają w pasażerach fałszywe poczucie bezpieczeństwa, tworząc mylne wrażenie, że autor tych komentarzy jest po prostu kolejnym narzekającym użytkownikiem komunikacji miejskiej. Gdy któryś pasażer zareaguje na zagajenie, należy przede wszystkim wsłuchać się w jego odpowiedź, gdyż może ona zawierać ważne wskazówki pozwalające właściwie obrać dalszy kierunek rozmowy.

Szybkie przejście od tematu tłoku do uskarżania się na codzienne dojazdy do pracy wskazuje na przykład, że mamy do czynienia z pasażerem znerwicowanym, pozbawionym kontroli nad własnym życiem, oczekującym zrozumienia i pomocy od innych. W takim przypadku najlepszym wariantem będzie przybranie współczującego wyrazu twarzy i zadawanie pytań o kolejne obszary jego opłakanego życia. Dobrym pomysłem jest podzielenie się swoimi problemami (wg trójkąta Zdrowie - Praca - Rodzina), tak aby pasażer poczuł, że rozmawia z osobą podobną sobie. Nie wolno jednak z tym przesadzić — pasażer nie może odczuć, że próbujemy go przelicytować, a już tym bardziej, że jego nieszczęścia nie dorównują naszym. W takim wypadku reakcja pasażera na kontrolę może być nieprzewidywalna, a skutek rozmowy — odwrotny do zamierzonego.

Oczywiście może się zdarzyć, że żaden pasażer nie zareaguje na naszą luźno rzuconą uwagę. Co należy wówczas robić? Przede wszystkim należy zachować spokój. Większość tak zwanych przeciętnych zjadaczy chleba podróżuje komunikacją miejską w stanie zobojętnienia spowodowanego monotonią ich pozbawionego wyzwań życia i nie zawsze ma ochotę na nawiązywanie znajomości. W takiej sytuacji możemy przejąć inicjatywę, zwracając się do takiego odrętwiałego pasażera z konkretnym pytaniem, np. o trasę autobusu, w którym się aktualnie znajdujemy. O ile pasażer w ogóle reaguje na bodźce (uwaga na informatyków po pracy!), powinniśmy uzyskać odpowiedź, co pozwoli nam zadać kolejne pytanie i kontynuować rozmowę.

Rzecz jasna, rozmowa z różnymi typami pasażerów będzie przebiegać według różnych schematów. Ze studentem porozmawiamy o zbliżającej się sesji lub o planowanym koncercie gwiazdy muzyki młodzieżowej, z młodą matką — o radościach i troskach związanych z wychowywaniem potomstwa, a z mężczyzną w sile wieku — o ostatnich wydarzeniach ze świata sportu. Pamiętamy przy tym o zasadzie, aby zaczynać od tzw. tematów ogólnych, a dopiero potem przechodzić do tematów osobistych: sytuacji rodzinnej, zawodowej czy stanu zdrowia — chyba że zauważymy, że nasz rozmówca należy do osób szczególnie wylewnych (tzw. typ „serce na dłoni”).

Podczas rozmowy dzielimy się informacjami ze swojego życia, ale — uwaga — tylko na tyle, aby pasażer nie odniósł wrażenia, że ma do czynienia z osobą skrytą i niegodną zaufania. Obowiązuje tutaj reguła, że nie powinniśmy mówić o sobie dłużej niż przez 20 procent całkowitego czasu rozmowy. Istnieją po temu dwa powody. Po pierwsze, im dłużej pasażer mówi o sobie, tym więcej użytecznych informacji uzyskujemy. Na przykład, pasażer może napomknąć, na którym przystanku zamierza wysiąść, co pozwoli nam odpowiednio wybrać moment kontroli.

Po drugie, większość pasażerów jest wstrząśniętych możliwością nieskrępowanego opowiedzenia o sobie i swoich problemach bez narażania się na krytykę i tzw. „dobre rady”. Jest to dla nich unikatowe przeżycie, którego zwykle nie mają szansy doświadczyć, rozmawiając ze swoim małżonkiem lub innymi członkami rodziny. Gdy minie pierwotne zdziwienie, między pasażerem a kontrolerem wytwarza się specyficzna więź emocjonalna. Pasażer chce wierzyć, że spotkał osobę, która jest w stanie go wysłuchać i zrozumieć, i za wszelką cenę stara się tę iluzoryczną relację utrzymać. Nietrudno zauważyć, że taki stan rzeczy pozwala znacznie skuteczniej kontrolować sytuację w czasie akcji.

Znakomicie, jeśli pasażer, z którym rozmawiamy, poprosi nas o pomoc, np. we wskazaniu przystanku, na którym powinien wysiąść. To właśnie w takich sytuacjach najłatwiej jest zaskarbić sobie jego zaufanie. (Uwaga: Jeżeli pasażer poprosi nas o sprzedanie biletu przejazdowego, informujemy go, że niestety nie mamy.) Wykonanie prostej przysługi usypia czujność pasażera i sprawia, że w chwili, gdy wyciągniemy legitymację służbową, czuje się on bezradny i pokonany przez osobę przewyższającą go sprytem i inteligencją.

Cel techniki „na rozmownego pasażera” można zatem podsumować następująco: Chodzi o to, aby w momencie skontrolowania biletu pasażer widział w kontrolerze „troskliwego ojca”, który wykazuje rzeczywiste zainteresowanie jego życiem, a jednocześnie zawsze wyprzedza go intelektualnie o kilka kroków. Wszelki opór wobec tak wykreowanej postaci kontrolera musi mu się jawić jako tyleż niegodziwy, co bezcelowy.

Przedstawiona technika operacyjna odznacza się znakomitą skutecznością. Stosując ją w praktyce, wielokrotnie miałem okazję obserwować zdziwienie malujące się na twarzy pasażerów, którzy nie spodziewali się, że miła, życiowa rozmowa, w której od 15 minut uczestniczą, jest w istocie niebezpieczną grą w kotka i myszkę z kontrolerem biletów.

W swojej praktyce zawodowej miałem okazję przekonać się, że szczególnie podatne na działanie tej metody są samotne kobiety po trzydziestce, a więc praktycznie pozbawione szans na uregulowanie swojego życia osobistego. Wieloletni brak zainteresowania ze strony mężczyzn powoduje, że kobiety takie żyją w świecie własnych fantazji romantycznych. Poddane działaniu techniki „na rozmownego pasażera” wyobrażają sobie, że przypadkowe spotkanie w tramwaju z czarującym, wpatrzonym w nie mężczyzną jest zrządzeniem losu, które zakończy się stanięciem na ślubnym kobiercu, a nie okazaniem legitymacji służbowej i koniecznością wniesienia opłaty dodatkowej w kasie przewoźnika.

Zawód kontrolera biletów nie należy do łatwych. Od swoich adeptów wymaga on specyficznego połączenia umiejętności interpersonalnych, spostrzegawczości i zdolności do strategicznego myślenia. Nie przez przypadek wielu kontrolerów po przejściu na emeryturę kontynuuje karierę w zarządach największych przedsiębiorstw, w siłach zbrojnych czy w najwyższych organach administracji publicznej.

Praca w terenie to tylko jeden z obowiązków kontrolera. Wiele czasu pochłania ciągłe pogłębianie wiedzy fachowej poprzez udział w sympozjach krajowych i międzynarodowych czy lekturę czasopism branżowych. Wymóg ciągłego doskonalenia kwalifikacji stwarza konieczność prowadzenia dokładnych statystyk skuteczności poszczególnych technik i przygotowywania na ich podstawie okresowych analiz rzutujących na codzienną pracę kontrolera.

Jednak zawód kontrolera to nie tylko trudne wyzwania i osobiste poświęcenie — to również prestiż, przygoda i ogromna satysfakcja. Wyraz twarzy załamanego pasażera, który został złapany na jeździe bez biletu tuż przed swoim przystankiem docelowym, jego drżąca ręka sięgająca po wymięty dokument tożsamości, atmosfera poruszenia i niepokoju wśród współpasażerów — to powody do dumy każdego kontrolera biletów.

Do zobaczenia w tramwajach i autobusach!

00:27, cthinker , Humor
Link Komentarze (3) »
O autorze

Tomasz Szynalski

E-mail: "t" + nazwisko + "małpa" + "gmail.com"

Moje zdjęcia na Flickerze