Poprawia ostrość
Kategorie: Wszystkie | Filozofia | Humor | Nauka | Polityka | Życie
RSS
środa, 31 października 2007
Dzień Wszystkich Świętych — poradnik

Dzień Wszystkich Świętych to unikatowy polski wkład w dorobek kulturowy Europy. W trosce o integrację społeczną słabiej przystosowanych jednostek przedstawiam krótki poradnik właściwego zachowania w to tradycyjne polskie święto:

  1. Stojąc w godzinnym korku przy wjeździe do cmentarza, zamknięty w swoim blaszanym pudle w rzędzie innych blaszanych pudeł, zadumaj się na chwilę nad poczuciem wspólnoty i solidarności, jakie buduje nasza narodowa tradycja odwiedzania cmentarzy.
  2. Każde święto jest o wiele lepsze, jeśli jest spędzane wspólnie. Dowiedz się, w jakich godzinach wybiera się na cmentarz najwięcej osób i przyjedź w tym samym czasie, tak aby nic Cię nie ominęło.
  3. Wyruszając w podróż do dalej położonych nekropolii, wnosisz swój wkład w rozwój polskiego cmentarnictwa — każdy dzień wzmożonego ruchu na drogach to kilka nowych grobów.
  4. Unikaj najtańszych ozdób nagrobnych — artykuły made in china nie są poddawane należytej kontroli jakości i mogą zawierać substancje pogarszające cierpienie dusz w czyśćcu.
  5. Dobór odpowiednich kwiatów na nagrobek to złożona operacja, wymagająca znalezienia delikatnej równowagi między gustem kupującego a preferencjami zmarłego. W razie trudności w dojściu do kompromisu warto pamiętać, że ludzkie upodobania często ulegają zmianom w wyniku traumatycznych przeżyć takich jak śmierć.
  6. Niezależnie od wyznawanego światopoglądu, w dobrym tonie jest stanąć na chwilę nad każdym odwiedzonym grobem i zmówić modlitwę. Dopuszczalne jest również stanie w zadumie i myślenie o tym, jak bardzo nienawidzimy teściowej, o ile dla postronnego obserwatora będzie to wyglądać tak samo jak modlitwa.
  7. Wybierając znicze, koniecznie zwracaj uwagę na pojemność wkładów. Im dłuższy czas palenia znicza, tym większą światłość wiekuistą zapewniasz zmarłemu w zaświatach.
  8. Sens odwiedzania cmentarzy można zrozumieć za pomocą następującego przykładu: Jeśli Twój nieżyjący bliski był grabarzem, najbardziej odpowiednim miejscem do wspominania jego życia jest oczywiście cmentarz. Podobnie jeśli wykonywał jakikolwiek inny zawód.
  9. Dla katolików modlitwa nad grobem jest ważną czynnością wykonywaną w trosce o zmarłego. Jeżeli w Twoim otoczeniu są osoby niewierzące, dziel się z nimi dobrą nowiną: wszyscy zostaniemy po śmierci sprawiedliwie osądzeni, a długość kary będzie zależeć od naszych uczynków za życia oraz od tego, jak często naszemu potomstwu będzie się chciało zmawiać za nas Wieczny odpoczynek.
  10. Jeżeli na grobie przodków Twoich sąsiadów płonie więcej zniczy niż na grobie Twoich przodków, nie przejmuj się — nie chodzi o ilość, tylko o cenę.
  11. Jeżeli masz zastrzeżenia do estetyki nagrobka, którym opiekują się Twoi krewni lub znajomi, nie wahaj się im o tym powiedzieć. Nawet jeśli źle przyjmą Twoją krytykę, to czyż ostateczny efekt w postaci pięknie połyskującej płyty nagrobkowej nie jest tego wart?
  12. Jeżeli ktoś z Twoich krewnych lub znajomych nie zajmuje się należycie grobami swoich bliskich, daj mu taktownie do zrozumienia, iż w związku z tym najprawdopodobniej nigdy ich nie kochał.
  13. Jeśli miewasz wątpliwości co do istnienia życia pozagrobowego, pamiętaj, że utrata takiej wiary jest równoznaczna z uśmierceniem co najmniej 40 miliardów ludzi, którzy do tej pory odeszli z tego świata.
  14. Pamiętaj, że zaniedbując groby bliskich, narażasz się na to, że i Twoim grobem nikt nie będzie się zajmować — a nie ma nic gorszego niż spędzić wieczność pod brudnym lastryko.
  15. Pojawienie się specjalistycznych firm sprzątających nagrobki oznacza, że każdą, nawet najdalej położoną kamienną płytę możesz otoczyć opieką, troską i miłością.
02:16, cthinker , Humor
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 października 2007
Sprostowanie w kwestii odwiedzania cmentarzy

Środowiska blisko związane z Kościołem Katolickim zwróciły mi uwagę, iż w moim artykule pt. „Ile kosztują nas zmarli?” błędnie przedstawiłem stan rzeczy odnośnie środków, którymi osoba wierząca może skrócić pobyt w czyśćcu osoby zmarłej. Napisałem w tej kwestii co następuje:

Według doktryny Kościoła Katolickiego żyjący wierni mogą uzyskać dla pensjonariuszy czyśćca skrócenie kary poprzez modlitwę, zamówienie mszy za zmarłego lub otrzymanie odpustu od papieża. Rzecz jasna, żadna z tych czynności nie wymaga obecności na cmentarzu, czyszczenia nagrobka ani zakupu ozdób.

Powyższe słowa pisałem na podstawie lektury anglojęzycznej Encyklopedii Katolickiej; niestety okazała się to być lektura zbyt pobieżna. Okazuje się bowiem, że użyte w tej encyklopedii słowo grant w odniesieniu do odpustu oznacza nie „udzielić”, ale „ustanowić”. Według doktryny Kościoła Katolickiego do uzyskania skrócenia kary wystarcza zatem otrzymanie odpustu ustanowionego przez papieża.

Ponadto, zwrócono mi uwagę, iż w Kościele Katolickim funkcjonuje odpust Coemeterii visitatio, za pomocą którego wierny może uzyskać skrócenie pobytu w czyśćcu wybranych osób pod warunkiem złożenia pobożnej wizyty na cmentarzu połączonej z modlitwą za zmarłych. Można w ten sposób załatwić dla swoich bliskich odpust częściowy (skrócenie kary o bliżej niesprecyzowany okres), a w dniach od 1 do 8 listopada teoretycznie nawet odpust zupełny (natychmiastowe zwolnienie z czyśćca i awans do nieba). Teoretycznie, bo otrzymanie odpustu zupełnego wymaga spełnienia „drobnego” warunku, jakim jest całkowity brak przywiązania do grzechu, nawet lekkiego...

W każdym razie nieprawdziwe jest moje stwierdzenie, że według Kościoła Katolickiego obecność na cmentarzu nie przyczynia się w ogóle do dobrobytu naszych zmarłych bliskich. Jednakże warto zauważyć, że spełnienie warunków odpustu Coemeterii visitatio nie wymaga obecności na tym cmentarzu, na którym pochowano naszych bliskich (zamiast tego możemy odwiedzić np. cmentarz najbliższy naszego miejsca zamieszkania), ani złożenia wizyty w dniu Wszystkich Świętych czy w Dniu Zadusznym (możemy to zrobić w innym dniu1). Nie ma też mowy o czyszczeniu czy dekorowaniu nagrobków.

Chciałbym w tym miejscu przeprosić wszystkich katolików, którzy po przeczytaniu mojego bloga powstrzymywali się od pobożnego nawiedzania cmentarzy, oraz pensjonariuszy czyśćca, których wyroki nie uległy przez to skróceniu w takim stopniu, w jakim mogłyby były.

Aby choć w części zrekompensować osobom poszkodowanym — żyjącym i nieżyjącym — skutki mojej niefrasobliwości, pragnę podzielić się mało znanym trikiem, który przekazał mi pewien znawca nauczania Kościoła. Otóż jeżeli chcecie, aby Wasza babcia albo Wasz ukochany wujek mieli krótszą odsiadkę w czyśćcu, odwiedźcie pobożnie jakikolwiek kościół w Dzień Zaduszny (2 listopada)2, zmawiając Ojcze nasz i Wyznanie wiary — załatwicie dla nich odpust częściowy3. Jeśli do tego odwiedzicie cmentarz, uzyskacie podwójny efekt odpustowy, dzięki czemu Wasza babcia być może wyjdzie z czyśćca szybciej niż babcia Waszych sąsiadów, którzy nie znają tego numeru. Pamiętajcie — przeczytaliście o tym na Autofokusie!


1 W dowolnym dniu roku — chociaż nie jest wykluczone, że uzyskamy większy odpust cząstkowy, gdy zjawimy się tam jednak w dniach 1–8 listopada, zwłaszcza jeśli dodatkowo przystąpimy do spowiedzi i komunii oraz zmówimy Ojcze nasz i Zdrowaś Mario. Jak wspomniałem wcześniej, idealni katolicy mogą uzyskać tych dniach odpust zupełny. Szczegóły w regulaminie promocji.
2 Nie macie czasu 2 listopada? Nie ma problemu! Wtajemniczeni wiedzą, że za wizytę w Dzień Zaduszny uznaje się wizytę złożoną od południa 1 listopada do północy 2 listopada — na wyświadczenie przysługi babci macie więc w sumie półtorej doby.
3 Skutek może być większy, jeżeli przystąpicie do spowiedzi i komunii oraz zmówicie Ojcze nasz i Zdrowaś Mario, a jeśli do tego jesteście zupełnie pozbawieni przywiązania do grzechu, to dostaniecie nawet odpust zupełny.
środa, 17 października 2007
Dlaczego nie zagłosuję na PiS?

Jeżeli tak jak ja zaliczacie się do osób, które uważają, że w sposobie rządzenia naszym krajem należy wprowadzić zasadnicze zmiany, jesteście narażeni na pokusę oddania głosu na Prawo i Sprawiedliwość. Gdzieś w głowie każdego zaangażowanego politycznie obywatela o orientacji wolnościowej tli się bowiem przeczucie, że rządy Platformy Obywatelskiej — a już na pewno rządy wespół z LiD-em czy PSL-em — nie zapewnią Polsce odważnych, energicznych reform w kierunku wolnego rynku nie krępowanego setkami ustaw, zezwoleniami, urzędniczymi decyzjami i przywilejami rozmaitych grup interesów.

Bo czyż możemy się spodziewać radykalnego zerwania z labiryntem przepisów produkowanych niestrudzenie przez legislatorów w Ministerstwie Finansów i stworzenia od podstaw czegoś, co pozwoli przedsiębiorcy zrozumieć swoje obowiązki bez wielotygodniowych studiów nad stertami papieru, czy raczej czeka nas dalszy ciąg kosmetycznych poprawek w formie (o ironio) kolejnych ustaw pod przyjacielsko brzmiącymi nazwami typu „Ustawa o swobodzie działalności gospodarczej” czy „Ustawa o sprzyjaniu przedsiębiorczości”? Czy możemy liczyć na likwidację nieuzasadnionych przywilejów niektórych grup zawodowych, takich jak rolnicy czy górnicy, czy raczej będziemy świadkami albo całkowitego wycofania się z niegdysiejszych zapowiedzi, albo futurologicznych gestów w rodzaju zapisania w jakiejś ustawie wzrostu składki na KRUS na rok 2015? Komuś, kto obserwował poczynania naszych dotychczasowych rządów, trudno jest uwierzyć, że Platforma (a zwłaszcza Platforma obciążona bardziej populistycznymi koalicjantami) będzie w stanie przełamywać opory społeczne i tworzyć w Polsce nowy, wolnościowy porządek gospodarczy.

Tymczasem, co by nie mówić o ostatnich dwóch latach rządów, Prawo i Sprawiedliwość jest z pewnością najskuteczniejszą partią polityczną w historii III RP. PiS ma silne kierownictwo, bezwględnie przekonane o słuszności swojej wizji i zwarte szeregi posłów gotowych gorliwie odpierać ataki opozycji. PiS pokazał, że umie sprytnie rozgrywać koalicjantów, tak by nie przeszkadzali mu w realizacji swoich planów, a nawet „połknąć” ich elektorat. PiS udowodnił, że potrafi uodparniać swoich wyborców na argumenty opozycji, przekazując im gotowe, czytelne schematy myślenia (np. „Kto nie popiera naszych rozwiązań antykorupcyjnych, ten widocznie się czegoś boi”, „Oferowanie stanowisk ludziom niekompetentnym w zamian za poparcie rządu to rzecz zupełnie taka sama jak zwykłe negocjacje koalicyjne”). W ten sposób PiS skutecznie zamienia „miękki” elektorat na elektorat „twardy”, gotowy, jak żona mojego znajomego, nazwać Władysława Bartoszewskiego „zdrajcą” natychmiast po tym, jak skrytykował on politykę zagraniczną PiS-u.

Co prawda w kwestii polityki gospodarczej PiS stać jedynie na małe kroczki w kierunku liberalizacji (chyba największy to obniżenie składki rentowej), ale przynajmniej w „sztandarowych” punktach programu PiS-u możemy liczyć, że partia ta będzie realizować je ze zręcznością i determinacją. Być może za rządów PiS-u nie staniemy się tygrysem gospodarczym na miarę Irlandii, ale możemy oczekiwać zdecydowanej walki z korupcją, przestępczością czy korporacjami kontrolującymi dostęp do zawodów prawniczych. Mamy pewność, że rząd PiS-u będzie twardo bronił interesów Polski na arenie międzynarodowej: nie podpisze żadnej niekorzystnej umowy, choćby naciskały nań wszystkie pozostałe kraje Unii Europejskiej, zadba o dywersyfikację energetyczną, nie bojąc się pomruków putinowskiej Rosji. Krótko mówiąc, może nie zrobią tego, co byśmy chcieli najbardziej, ale przynajmniej zrobią COŚ. Ja jednak — mimo przekonania o skuteczności PiS-u, mimo niewiary w siłę przebicia Platformy — nie oddam w przyszłą niedzielę głosu na Prawo i Sprawiedliwość. Postaram się wyjaśnić, dlaczego.

1. Spirala penalizacji

Po pierwsze, walka z korupcją i inną przestępczością w wydaniu PiS opiera się na dwóch pomysłach: zwiększaniu kontroli nad obywatelami oraz zaostrzaniu kar. PiS zdaje się wyznawać prostą filozofię rodem z westernów: ludzie dzielą się na uczciwych obywateli i przestępców. Tych drugich należy neutralizować poprzez ścisłą kontrolę i odstraszać ostrymi karami. Polityka taka prowadzi do progresywnego zaostrzania sankcji i zaliczania coraz większej liczby czynów do kategorii przestępstw.

Przedstawię ten mechanizm na przykładzie prowadzenia samochodu po spożyciu alkoholu. Na początku przestępstwem jest po prostu spowodowanie po alkoholu wypadku z ofiarami. Niestety ofiar wypadków jest dużo, więc rządzący postanawiają zwiększyć efekt odstraszający. Od tej pory przestępstwem jest już sama jazda pod wpływem alkoholu, niezależnie od tego, czy ktokolwiek na niej ucierpi. Statystyki trochę się poprawiają, ale pojawiają się sygnały od policji, że wożenie podejrzanych kierowców na badania krwi nastręcza policji zbyt wiele trudności. „Musimy dać policji narzędzia do walki z pijanymi wariatami drogowymi” — mówią politycy i uchwalają nową definicję jazdy pod wpływem alkoholu. Od teraz pod wpływem alkoholu będzie ten, u kogo w wydychanym powietrzu alkomat wykaże stężenie alkoholu powyżej określonego limitu. Co prawda wiadomo, że stężenie w wydychanym powietrzu nie przekłada się dokładnie na stężenie we krwi, ale za to policja wreszcie otrzyma „narzędzia”. W odczuciu społecznym pijani kierowcy pozostają jednak dużym problemem, więc sięga się po kolejny pomysł — obligatoryjny zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych dla każdej osoby przyłapanej na prowadzeniu jakiegokolwiek pojazdu w stanie nietrzeźwości. W mediach pojawiają się sporadyczne doniesienia o przypadkach osób, które po wypiciu paru piw w pubie wsiadły na rower, żeby wrócić do domu, wskutek czego zostały ukarane zakazem prowadzenia pojazdów mechanicznych i wpisaniem do rejestru skazanych. Nieważne, że poruszały się wyłącznie po chodnikach — wszak według kodeksu drogowego chodnik jest częścią drogi!

Proces zaostrzania kar jest kontynuowany dopóty, dopóki istnieje problem pijanych kierowców, czyli tak naprawdę bez końca. Za każdą kolejną zmianą jest prosty argument: Porządni ludzie nigdy, ale to nigdy, nie prowadzą niczego po żadnej ilości alkoholu, więc nie mają się czego bać — a skoro tak, to nieważne, czy kara jest adekwatna do spowodowanych szkód — ważne, żeby odstraszała.

Już w tej chwili słychać o dalszych projektach PiS-u w temacie jazdy po spożyciu: Obligatoryjny przepadek pojazdu prowadzonego pod wpływem alkoholu na rzecz Skarbu Państwa, a w przypadku kierowania nie swoim pojazdem — grzywna o jego równowartości. (Cóż z tego, że kierowca dwuletniej corolli [45000 zł] będzie karany trzydziestokrotnie surowiej niż kierowca 8-letniego poloneza [1500 zł]?) Jeśli PiS utrzyma się przy władzy, z pewnością nieobce będą mu pomysły w rodzaju zmniejszenia dopuszczalnego stężenia alkoholu do 0 promili (bo przecież KAŻDA ilość alkoholu, nawet taka zawarta w czekoladce lub łyżce syropu, stanowi śmiertelne zagrożenie) czy wprowadzenie surowych kar dla osób postronnych, które dopuszczają do kierowania samochodem przez znajomych pod wpływem alkoholu albo nie donoszą na nich policji.

Spirala penalizacji to droga do nikąd. Mechanizm jest zawsze ten sam: Zaczyna się np. od delegalizacji posiadania narkotyków „żeby policja mogła łatwiej łapać dilerów sprzedających heroinę pod szkołami”, kończy się na wyrokach więzienia dla osiemnastolatków przyłapanych po raz drugi ze skrętem pod swoim blokiem. W efekcie coraz więcej obywateli trafia do więzień (w USA już prawie 1% populacji), tylko problem pozostaje bez zmian.

Ludzie nie dzielą się na uczciwych i nieuczciwych. Nie ma żadnej mitycznej kasty przestępców. W rzeczywistości są ludzie bardziej lub mniej odporni na pokusy: jeden da się skorumpować za 100 zł, inny dopiero za 100 000 zł, a jedynie nieliczni nie dadzą się kupić za żadną cenę. Skuteczna polityka polega nie na definiowaniu coraz to nowych kategorii przestępstw i wyznaczaniu absurdalnie surowych kar, ale na ograniczaniu potrzeby i sposobności do popełniania przestępstw. Jeżeli w ciągu ostatnich trzech lat liczba kradzieży samochodów spadła o 44%, to nie dzięki ściślejszej kontroli i surowszym karom, ale dlatego, że w tej chwili prawie każdy może sobie kupić za parę tysięcy złotych zupełnie sprawne auto z Niemiec. Jeżeli w szpitalach skończy się kiedykolwiek praktyka zanoszenia koperty do gabinetu ordynatora, to nie dzięki spektakularnym akcjom CBA, ale dzięki stworzeniu sprawnego, rynkowego systemu ochrony zdrowia.

2. Psucie systemu prawnego

Działacze Prawa i Sprawiedliwości nie wierzą w skuteczność rozwiązań systemowych. Wierzą natomiast w silną władzę dla właściwych ludzi — niepodatnych na złe wpływy, czystych moralnie herosów z genami patriotyzmu. Takim ludziom trzeba stwarzać jak najszersze możliwości, tak aby „prawo nie było dla nich przeszkodą”, jak powiedział Jarosław Kaczyński.

Dlatego według PiS-u jest w porządku, jeśli minister sprawiedliwości — polityk rządu — jest jednocześnie prokuratorem generalnym nadzorującym władzę sądowniczą. Jest w porządku, gdy minister Ziobro osobiście steruje śledztwami bezpośrednio podległego mu zespołu prokuratorów w Prokuraturze Krajowej. Jest w porządku, gdy za pomocą konferencji prasowych wywiera nacisk na prokuratorów, mówiąc im, wobec kogo mają zastosować areszt tymczasowy, a w jakiej sprawie nie powinni w ogóle wszczynać śledztwa.

Politycy PiS-u nie wątpią również w słuszność proponowanych przez siebie zmian w ustawie o Trybunale Konstytucyjnym. Według projektu PiS Trybunał miałby rozpatrywać każdą sprawę w pełnym składzie (co zmniejszyłoby liczbę rozpatrywanych spraw) oraz miałby obowiązek rozpatrywać sprawy w kolejności ich zgłaszania (co umożliwiłoby łatwe zablokowanie prac Trybunału na długie lata poprzez złożenie np. 100 lipnych wniosków na dowolny temat). Po takim „zhakowaniu” ustawy Trybunał Konstytucyjny już więcej nie przeszkadzałby patriotycznym, uczciwym politykom PiS-u w uchwalaniu takich ustaw, jakie uważają za stosowne.

Przeświadczony o własnej szlachetności PiS nie ma oporów przed demolowaniem systemowych mechanizmów, które „krępują mu ręce”, ale jednocześnie chronią nas wszystkich przed nadużyciami takimi jak upolitycznianie sądownictwa czy łamanie naszych konstytucyjnych praw. Jest to ogromne zagrożenie dla obywateli. Nawet jeżeli ktoś uważa, że politycy PiS-u są rzeczywiście prawi i sprawiedliwi, to powinien pamiętać, że nie będą oni przecież rządzić wiecznie. Możemy być pewni, że z dziur w prawie lekkomyślnie stworzonych przez PiS skwapliwie skorzysta następna, być może mniej uczciwa ekipa — bo jaki polityk lubi mieć związane ręce?

3. Jakość etyczna kadr

Czy ktoś przypomina sobie choćby jedną sytuację, w której poseł PiS-u wygłosiłby opinię niezgodną z linią partii? Odkąd pamiętam, każdy działacz Prawa i Sprawiedliwości w każdym programie telewizyjnym mówił zawsze to samo. A więc albo wszyscy politycy PiS-u myślą to samo (co pozwalałoby domniemywać, że nie myślą w ogóle), albo myślą jedno, a mówią drugie.

Można twierdzić, że wybiórcze i nieobiektywne prezentowanie faktów, tak by zapewnić jak najlepszy wizerunek swojej partii, jest postępowaniem charakterystycznym dla wszystkich polityków. Jednak to politycy Prawa i Sprawiedliwości wprowadzili w tej dziedzinie nową jakość. Nigdy wcześniej na polskiej scenie politycznej nie mieliśmy ugrupowania złożonego z ludzi, którzy nigdy nie ważą się głosić swojego zdania, a jedynie oficjalne stanowisko partii — ludzi, którzy z kamienną twarzą przed kamerami są gotowi wmawiać wszystkim coś, o czym sami wiedzą, że jest absurdalne.

I tak Jarosławowi Kaczyńskiemu w debacie z Donaldem Tuskiem bez problemu przechodzą przez gardło słowa: „Jeżeli atakuje Pan Zbigniewa Ziobro i Mariusza Kamińskiego, to popiera Pan korupcję”. Jacek Kurski może z trybuny sejmowej bez mrugnięcia powieką wychwalać swoją partię za coś, przeciwko czemu głosował razem z połową swojego klubu (cytat ze stenogramu PDF: Prawo i Sprawiedliwość zaczęło walczyć o przywrócenie kultury poczucia wspólnoty i godności … Temu służy przywrócenie jednolitego umundurowania dla dzieci i młodzieży w szkołach podstawowych i gimnazjalnych). Następnie poseł brnie w kolejne kłamstwa: najpierw zaprzecza, jakoby w swojej wypowiedzi przypisał jakąkolwiek zasługę PiS-owi (Wyraźnie mówiłem o tym, że takie rzeczy jak mundurki ... zdarzyły się za rządów PiS, nie precyzując, jak było w szczegółach), a dalej tłumaczy, że głosowanie przeciwko mundurkom było skutkiem „pomyłki posła prowadzącego” (mimo że PiS głosował w ten sposób dwukrotnie — w Sejmie i w Senacie).

Wreszcie szef CBA Mariusz Kamiński może prosto w oczy mówić, że nadanie w TVP1, w porze emisji „Klanu”, najsmakowitszych kąsków z podsłuchanych rozmów podejrzanej o korupcję posłanki PO Beaty Sawickiej na kilka dni przed wyborami nie ma na celu wsparcia kampanii PiS-u, a jedynie obronę funkcjonariuszy CBA przed oskarżeniami (co jest powodem absurdalnym, gdyż nikt — nawet Platforma — nie oskarżał CBA o nieprawidłowe działanie).

Oczywiście można powiedzieć, że wszyscy politycy naginają fakty do swoich potrzeb. Jest to jednak argument słaby. Owszem — większość posłów Platformy, nie wyłączając Donalda Tuska, można od czasu do czasu przyłapać na celowym używaniu „lipnych” argumentów czy nieobiektywnym prezentowaniu faktów. Jednak każdy, kto obserwuje naszą politykę, dobrze wie, że nawet przodujący spin doctor Platformy, Bronisław Komorowski, ledwie zahacza o poziom manipulacji intelektualnej przeciętnego posła PiS-u, nie mówiąc już o rywalizacji z prawdziwymi mistrzami w tym fachu jak np. Tadeusz Cymański czy Jacek Kurski. Co więcej, w Platformie daje się zauważyć także takich posłów, którym moralność nie pozwala manipulować prawdą — moim zdaniem do takiej „etycznej elity” należą Bogdan Zdrojewski i Jarosław Gowin. Tymczasem przez ostatnie dwa lata nie zaobserwowałem żadnego posła PiS, który mówiłby o rzeczach tak, jak się one mają. Pomyślmy: Brudziński? Kuchciński? Karski? Dudziński? Putra? Lipiński? Szczypińska? Szkoda gadać.

Mogę się tylko zastanawiać, co dzieje się z umysłami i sumieniami ludzi, którzy dzień w dzień myślą jedno, a mówią drugie. Sądzę jednak, że nic dobrego. I to jest trzeci powód, dla którego w niedzielę nie zagłosuję na Prawo i Sprawiedliwość.

niedziela, 14 października 2007
Ile kosztują nas zmarli?
Święto Wszystkich Kamiennych Płyt

Jest taki dzień w roku, kiedy każdy Polak odkłada na bok swoje zajęcia i wsiada w samochód, pociąg, tramwaj lub autobus po to, aby wyruszyć w specjalne miejsca oznaczone kamiennymi płytami, pod którymi w drewnianych prostopadłościennych pudłach zakopano dawno temu szczątki bliskich mu osób. Czasami oznacza to godzinę stania w tramwaju wypełnionym po brzegi śmierdzącymi ludźmi, czasem mozolne posuwanie się po krajowych drogach w sznurze ślimaczących się pojazdów, a czasem półtoragodzinną jazdę w niezmiennym rytmie sprzęgło-jedynka-gaz-hamulec-sprzęgło-luz za sprawą gigantycznego korka, który zaczyna się już na 5 kilometrów od miejsca docelowego, zwanego „cmentarzem”. Wszystko to odbywa się oczywiście w towarzystwie licznych stróżów prawa udających, że jakakolwiek regulacja ruchu jest w stanie zapewnić sprawny i bezpieczny dojazd dziesiątkom tysięcy kierowców, którzy zapragnęli znaleźć się w tym samym miejscu o tym samym czasie.

W Święto Wszystkich Kamiennych Płyt (a co bardziej przewidujący nawet wcześniej) każdy Polak obowiązkowo zaopatruje się w kwiaty oraz specjalne świece w szklanych słoikach zwane „zniczami”, które w odpowiednim czasie postawi na kamiennych płytach z wyrytymi nazwiskami swoich nieżyjących bliskich. Wiąże się to z niemałym kosztem, gdyż powszechnie przyjmuje się, że przynajmniej jeden z tych rekwizytów musi znaleźć się na płycie z nazwiskiem każdej osoby, z którą był spokrewniony.

Jednak koszt kilkudziesięciu złotych poniesiony na zakup ozdób to tylko drobny element całego przedsięwzięcia. Dla każdego Polaka jest bowiem oczywiste, że zanim na kamiennej płycie znajdą się kwiaty i specjalne świece, musi ona odpowiednio się prezentować. Na ocenę prezencji składają się: czystość i gładkość powierzchni, ich właściwe wypoziomowanie (sprawdza się, czy któraś strona płyty nie osiada w głąb gruntu), czytelność napisów oraz schludność obszaru wokół płyty. Dlatego każdy Polak w przeddzień dnia, w którym musi znaleźć się przy kamiennych płytach z nazwiskami swoich najbliższych, przyjeżdża w te same miejsca, aby przygotować je do właściwego przyjazdu. Za pomocą szmatki, detergentu i wiaderka z wodą szoruje kamień, martwiąc się tym, że czyszczone powierzchnie mogą ulec do jutra zabrudzeniu. Usuwa liście, które nagromadziły się w okolicy pomnika, specjalnie przywiezionymi w tym celu grabkami. Rzecz jasna, bardziej majętni Polacy nie zajmują się czyszczeniem sami, a wynajmują w tym celu specjalizowanych usługodawców, którzy wykonują te konieczne czynności za stosownym wynagrodzeniem.

Ile to kosztuje?

Udekorowanie tego nagrobka kosztowało co najmniej 80 zł. Któż z nas nie chciałby być po śmierci tak kochany przez bliskich?

Dwie lub trzy wizyty na cmentarzu w okresie święta Wszystkich Kamiennych Płyt to nie wszystkie okazje, przy których każdy Polak winien rzucić swoje zajęcia i zawitać do kamiennych płyt z nazwiskami swoich najbliższych. Do dni, w których ta czynność jest obowiązkowa, należą również: dzień urodzin zmarłego, rocznica ślubu (jeśli zmarły był naszym małżonkiem) oraz Wigilia Bożego Narodzenia. Ponadto należy dbać o konserwowanie kamiennych płyt nie rzadziej niż co dwa miesiące, tak aby nie nabrały one nieestetycznego wyglądu, co mogłoby nas narazić na znalezienie się na językach krewnych, którzy mogą przecież odwiedzić obsługiwaną przez nas kamienną płytę, aby wypełnić swój obowiązek zapalenia na niej znicza.

W praktyce można przyjąć, że kamienne płyty naszych bliskich, zlokalizowane w pobliżu naszego miejsca zamieszkania winniśmy odwiedzać nie rzadziej niż 8 razy w roku, przy czym na ogół 1-2 płyty (z nazwiskami naszych najbliższych krewnych — małżonka, rodziców, dzieci, rodzeństwa) powinniśmy nie tylko ozdabiać, ale także utrzymywać w schludnym stanie. Koszt zakupu ozdób na kilka kamiennych płyt przy sześciu „rutynowych” wizytach to nie mniej niż 30 zł, zaś przy dwóch „większych” wizytach (z okazji święta Wszystkich Kamiennych Płyt i np. Wigilii) — nie mniej niż 100 zł. Sam koszt ozdób w skali roku to zatem co najmniej 380 zł. Do tego należy doliczyć koszt dojazdów. Jeżeli do cmentarza nie mamy zbyt daleko, a poruszamy się samochodem, będzie to powiedzmy 10 zł za jeden dojazd, czyli 80 zł na rok. W dobrym tonie byłby też wyjazd, przynajmniej raz w roku, do kamiennej płyty położonej nieco dalej od naszego domu. Załóżmy, że koszt takiego wyjazdu wyniesie około 200 zł razem z koniecznymi z tej okazji ozdobami.

Jeżeli zatem przyzwoicie wypełniamy nasz powszechnie uznawany, społeczny obowiązek, to kamienne płyty znaczące miejsca, w których kiedyś złożono ciała naszych krewnych, pochłaniają rocznie co najmniej 660 zł i co najmniej kilkanaście godzin naszego czasu. Oznacza to, że normalny, przystosowany do życia w społeczeństwie Polak wydaje miesięcznie co najmniej 55 zł i poświęca co najmniej godzinę swojego czasu tylko po to, aby utrzymywać estetyczny wygląd specjalnego miejsca, w którym znajduje się tablica z nazwiskiem jego matki, brata czy innej niegdyś bliskiej mu osoby.

Jaki ma to sens?

Spróbujmy teraz dokonać rzeczy właściwie w Polsce niedopuszczalnej, czyli zastanowić się, jaki sens ma utrzymywanie i ozdabianie takiej kamiennej płyty. Przychodzi mi do głowy kilka potencjalnych uzasadnień:

Grób jest miejscem, do którego mogą przyjść krewni, aby wspominać zmarłego, a nawet „porozmawiać” z nim. Odpowiedź na ten argument jest oczywista aż do bólu: Żeby wspominać zmarłą osobę czy z nią „rozmawiać”, nie musimy znajdować się w jednym konkretnym miejscu, w sąsiedztwie tablicy z jej nazwiskiem. Być może w pobliżu takiej tablicy jest to odrobinę łatwiejsze, ale czy takie ułatwienie dla nas i dla krewnych zmarłego jest warte 55 zł i godzinę pracy miesięcznie, zwłaszcza że o wiele skuteczniejszym wyzwalaczem wspomnień jest przeglądanie pamiątek po zmarłym, jego zdjęć czy choćby przebywanie w miejscach związanych z jego życiem?

Przychodzenie na grób, utrzymywanie go w czystości i stawianie na nim ozdób jest formą okazania miłości zmarłemu. No cóż, jeżeli mój nieżyjący ojciec żyje gdzieś w zaświatach (w co oczywiście z braku dowodów nie wierzę) i domaga się ode mnie polerowania kamiennej płyty z jego personaliami i stawiania na niej kwiatów jako dowodu miłości, to chciałbym go w tym miejscu serdecznie poklepać po plecach i powiedzieć, że chyba postradał rozum. ;-) Ludzie wysuwający ten argument zdają się uważać nie tylko, że zmarli żyją i nas widzą (o czym jest przekonana większość Polaków), ale także, że zależy im na tym, aby kamienne płyty z ich nazwiskami były utrzymywane w miłym dla oka stanie. Odważę się zasugerować, że rozumni mieszkańcy zaświatów nie mieliby wobec nas tak powierzchownych i próżnych oczekiwań. Jeżeli tak uznamy, to pośmiertne oczekiwania estetyczne naszego zmarłego wuja musimy określić jako nierozumne — dlaczego więc mielibyśmy je spełniać? W końcu jeżeli nasz żyjący i całkiem zdrowy wuj wyrazi życzenie, abyśmy co miesiąc na ławce przed jego blokiem składali wieniec, to jego prośbę skwitujemy najwyżej uśmiechem.

Warto tu zauważyć, że argument okazywania miłości ma również wymiar szantażu emocjonalnego. Sugeruje on bowiem, że jeśli nie sprzątamy i nie ozdabiamy grobu osoby zmarłej, to znaczy, że nigdy jej nie kochaliśmy.

Zmarłym „należy się” coś od nas w zamian za miłość, którą nas obdarzali. Innymi słowy, jeżeli nie czyścimy i nie ozdabiamy grobu osoby zmarłej, okazujemy jej niewdzięczność. „Babcia tak cię kochała, a ty nawet nie postawisz jej świeczki?” — powie ojciec dziecku, które nie ma ochoty jechać na cmentarz. Jest to wariant przedstawionego powyżej argumentu z okazywaniem miłości. Tak jak poprzedniego argumentu można próbować go bronić jedynie przy metafizycznym założeniu, że zmarli żyją i nas obserwują, a my możemy wpływać na ich samopoczucie. W przeciwnym razie nie można mówić o niewdzięczności, ponieważ nie ma osoby, która mogłaby ją odczuwać. Nawet jednak przy takiej wizji rzeczywistości pozostaje pytanie, dlaczego nasi zmarli bliscy mieliby się od nas domagać tak powierzchownej rzeczy jak dbanie o estetykę kawałka granitu, i dlaczego mielibyśmy ich w tej sprawie słuchać?*

Religia katolicka wymaga dbania o groby bliskich. Argument ten jest wynikiem powszechnej nieznajomości rzeczywistego nauczania Kościoła Katolickiego wśród polskich „wiernych”. W żadnym oficjalnym dokumencie Kościół Katolicki nie nakłada na wiernych obowiązku dbania o groby osób bliskich ani odwiedzania tych grobów. Dzień Wszystkich Świętych, jak wskazuje sama nazwa, jest uroczystością ku czci wszystkich znanych i nieznanych świętych, którzy dostąpili tzw. widzenia uszczęśliwiającego (visio beatifica), czyli bezpośredniego postrzegania Boga w niebie. W uroczystości tej chodzi więc o oddanie hołdu nie „szeregowym” nieboszczykom, ale tym bohaterom, którzy poprzez przestrzeganie przykazań Boga dostali się do nieba, gdzie są bardzo, bardzo szczęśliwi. Następujące po niej święto (2 listopada) to tzw. Dzień Zaduszny, czyli dzień modlitwy za zmarłych wiernych, którzy pokutują w czyśćcu za swoje grzechy, oczekując na dostanie się do nieba. Według doktryny Kościoła Katolickiego żyjący wierni mogą uzyskać dla pensjonariuszy czyśćca skrócenie kary poprzez modlitwę, zamówienie mszy za zmarłego lub otrzymanie odpustu. Jednak żadna z tych czynności nie wymaga odwiedzania grobów bliskich, pielęgnowania ich ani stawiania na nich ozdób. (Szczegóły dotyczące odpustów w sprostowaniu do tego akapitu.)

Ludzie potrzebują udawać, że robią coś dla osób, które żyją w ich pamięci. Możemy przypuszczać, że po odejściu osoby, którą darzyliśmy uczuciem, nadal potrzebujemy jakoś wyrazić to uczucie, znaleźć dlań jakieś ujście. Stawiając na grobie kwiaty, czujemy się trochę tak, jakbyśmy wręczali je zmarłemu. W rezultacie czujemy się nieco lepiej. Jeśli przyjmiemy tę teorię, możemy powiedzieć, że poświęcanie czasu i pieniędzy na dbanie o grób osoby bliskiej nie jest czynnością bezsensowną — jej sensem jest bowiem poprawa stanu psychicznego osoby, która tym grobem się opiekuje. Co możemy odpowiedzieć na taki argument?

Po pierwsze, zauważmy, iż za pomocą argumentu potrzeby psychicznej możemy uzasadnić fakt, iż sami zajmujemy się nagrobkiem, jednak nie możemy tym argumentem przekonać osoby, która nie ma potrzeby wyrażać w ten sposób swojej miłości do zmarłego. W tym ujęciu opieka nad grobami nie jest przecież żadnym uniwersalnym imperatywem moralnym, a jedynie pewną techniką poprawiającą samopoczucie. Możemy — a nawet winniśmy — stosować ją, jeśli jest skuteczna, jednak nie mamy prawa krytykować osób, które jej nie stosują i np. w ogóle nie odwiedzają grobów swoich bliskich. Być może osoby te wcale nie muszą poprawiać sobie samopoczucia albo czynią to w inny sposób — nie nasza to sprawa.

Po drugie, możemy wątpić, czy dekorowanie granitowej płyty jest aby na pewno jedynym sposobem na wyrażenie swojego niewygasłego uczucia do osoby zmarłej. Zamiast wykonywać czynność, z której nikt oprócz nas nie ma pożytku, możemy przecież dokończyć jakieś sensowne dzieło rozpoczęte przez zmarłego albo zatroszczyć się o kogoś, kto został podobnie jak my osamotniony jego odejściem.

Należy zajmować się grobami bliskich, ponieważ taka jest konwencja społeczna (tradycja). Można argumentować, że opieka nad nagrobkami jest konwencją, czyli czynnością, której wykonanie bądź niewykonanie komunikuje coś innego, niż można odczytać z samej treści czynności. Na przykład, jeżeli mówię sąsiadowi „Dzień dobry”, to nie wyrażam w ten sposób swojej oceny dotychczasowego przebiegu dnia, lecz fakt, iż rozpoznaję mojego sąsiada i jestem z nim w dobrych stosunkach. To, że czynię to akurat za pomocą słów „Dzień dobry”, nie ma racjonalnego uzasadnienia — jest po prostu wynikiem utrwalonego zwyczaju. Jeżeli natomiast nie powitam mojego sąsiada, spotkawszy go na klatce schodowej, zakomunikuję w ten sposób fakt, iż mam do niego jakąś urazę.

Analogicznie można by argumentować, że nie dbając o nagrobki osób bliskich, wyrażam nie tylko prosty fakt, iż nie lubię marnotrawić pieniędzy i czasu albo że estetyka kamiennej płyty nie jest dla mnie istotna. Swoim brakiem zainteresowania komunikuję, siłą konwencji, coś o wiele bardziej doniosłego, np. „mój zmarły wuj w ogóle mnie nie obchodził”, „mam głęboki żal do mojego zmarłego wuja”, „jestem zimnym egocentrykiem, który nie odczuwa przywiązania do innych ludzi” czy „jestem nonszalanckim ekscentrykiem”. To, jak konkretnie mój bezwiedny komunikat zostanie odczytany, zależy oczywiście od jego odbiorcy. Widać przy tym wyraźnie, że każdy z przedstawionych komunikatów jest mniej lub bardziej szkodliwy dla moich relacji z rodziną i znajomymi — prezentuję się bowiem w najlepszym wypadku jako nieszkodliwy dziwak, a w najgorszym jako niemalże psychopata.

Wobec konwencji możemy zająć dwa skrajne stanowiska. Najprostszą odpowiedzią byłoby zadeklarowanie, że robimy to, co uważamy za słuszne, i nic nas nie obchodzi, co inni sobie pomyślą o naszych motywach. Postawa taka kusi swoją prostotą, jednak nie jest to raczej prostota szlachetna. Człowiek, który odmawia witania znajomych formułką „Dzień dobry” czy podawania im ręki (co racjonalnie można zrozumieć, gdyż czynności te nie pełnią same w sobie żadnej funkcji praktycznej), skazuje ich na zastanawianie się, czy może czymś go nie urazili. Jest więc człowiekem, który wprowadza do relacji z innymi ludźmi niepotrzebne nieporozumienia.

Z drugiej strony postawa pełnej zgodności z konwencjami społecznymi również wydaje się nieoptymalna moralnie. Możemy sobie wyobrazić społeczeństwo, w którym szacunek do swojego plemienia komunikuje się poprzez udział w plemiennym sporcie, jakim jest torturowanie członków innego plemienia. Widać wyraźnie, że powinniśmy odmówić udziału w tym zwyczaju, nawet jeśli wprowadzi to niemałe zamieszanie w nasze relacje ze współplemieńcami.

Na uwagę zasługuje zatem postawa pośrednia: Należy komunikować się swoim słowem i zachowaniem w sposób ogólnie przyjęty (czyli tak, aby ludzie nie wyciągali błędnych wniosków na nasz temat), chyba że wiąże się to ze znacznym kosztem. Innymi słowy, powinniśmy każdorazowo ocenić rozmiary nieporozumienia i zestawić je z korzyściami, które uzyskujemy, zachowując się niezgodnie z konwencją.

W przypadku opieki nad nagrobkami na jednej szali mamy zaoszczędzone pieniądze i czas, które możemy spożytkować w jakimś wartościowym celu, zaś na drugiej szali — ryzyko, że nasi krewni i znajomi zostaną wprowadzeni w błąd co do naszego stosunku do zmarłego krewnego bądź co do naszego stosunku do ludzi w ogóle.


* Oczywiście wszystko da się uzasadnić przy odpowiednim dopasowaniu założeń metafizycznych. Jeżeli np. założę, że samopoczucie mojego ojca w zaświatach zależy tylko od jednego bodźca (estetyki jego nagrobka), opieka nad grobem stanie się jedynym sposobem poprawienia jego losu, a zatem czynnością wysoce pożądaną moralnie. Jednak osoby wierzące w życie pozagrobowe z jakiegoś powodu nie uznają takiego założenia za prawdopodobne.
O autorze

Tomasz Szynalski

E-mail: "t" + nazwisko + "małpa" + "gmail.com"

Moje zdjęcia na Flickerze