Poprawia ostrość
Kategorie: Wszystkie | Filozofia | Humor | Nauka | Polityka | Życie
RSS
środa, 17 października 2007
Dlaczego nie zagłosuję na PiS?

Jeżeli tak jak ja zaliczacie się do osób, które uważają, że w sposobie rządzenia naszym krajem należy wprowadzić zasadnicze zmiany, jesteście narażeni na pokusę oddania głosu na Prawo i Sprawiedliwość. Gdzieś w głowie każdego zaangażowanego politycznie obywatela o orientacji wolnościowej tli się bowiem przeczucie, że rządy Platformy Obywatelskiej — a już na pewno rządy wespół z LiD-em czy PSL-em — nie zapewnią Polsce odważnych, energicznych reform w kierunku wolnego rynku nie krępowanego setkami ustaw, zezwoleniami, urzędniczymi decyzjami i przywilejami rozmaitych grup interesów.

Bo czyż możemy się spodziewać radykalnego zerwania z labiryntem przepisów produkowanych niestrudzenie przez legislatorów w Ministerstwie Finansów i stworzenia od podstaw czegoś, co pozwoli przedsiębiorcy zrozumieć swoje obowiązki bez wielotygodniowych studiów nad stertami papieru, czy raczej czeka nas dalszy ciąg kosmetycznych poprawek w formie (o ironio) kolejnych ustaw pod przyjacielsko brzmiącymi nazwami typu „Ustawa o swobodzie działalności gospodarczej” czy „Ustawa o sprzyjaniu przedsiębiorczości”? Czy możemy liczyć na likwidację nieuzasadnionych przywilejów niektórych grup zawodowych, takich jak rolnicy czy górnicy, czy raczej będziemy świadkami albo całkowitego wycofania się z niegdysiejszych zapowiedzi, albo futurologicznych gestów w rodzaju zapisania w jakiejś ustawie wzrostu składki na KRUS na rok 2015? Komuś, kto obserwował poczynania naszych dotychczasowych rządów, trudno jest uwierzyć, że Platforma (a zwłaszcza Platforma obciążona bardziej populistycznymi koalicjantami) będzie w stanie przełamywać opory społeczne i tworzyć w Polsce nowy, wolnościowy porządek gospodarczy.

Tymczasem, co by nie mówić o ostatnich dwóch latach rządów, Prawo i Sprawiedliwość jest z pewnością najskuteczniejszą partią polityczną w historii III RP. PiS ma silne kierownictwo, bezwględnie przekonane o słuszności swojej wizji i zwarte szeregi posłów gotowych gorliwie odpierać ataki opozycji. PiS pokazał, że umie sprytnie rozgrywać koalicjantów, tak by nie przeszkadzali mu w realizacji swoich planów, a nawet „połknąć” ich elektorat. PiS udowodnił, że potrafi uodparniać swoich wyborców na argumenty opozycji, przekazując im gotowe, czytelne schematy myślenia (np. „Kto nie popiera naszych rozwiązań antykorupcyjnych, ten widocznie się czegoś boi”, „Oferowanie stanowisk ludziom niekompetentnym w zamian za poparcie rządu to rzecz zupełnie taka sama jak zwykłe negocjacje koalicyjne”). W ten sposób PiS skutecznie zamienia „miękki” elektorat na elektorat „twardy”, gotowy, jak żona mojego znajomego, nazwać Władysława Bartoszewskiego „zdrajcą” natychmiast po tym, jak skrytykował on politykę zagraniczną PiS-u.

Co prawda w kwestii polityki gospodarczej PiS stać jedynie na małe kroczki w kierunku liberalizacji (chyba największy to obniżenie składki rentowej), ale przynajmniej w „sztandarowych” punktach programu PiS-u możemy liczyć, że partia ta będzie realizować je ze zręcznością i determinacją. Być może za rządów PiS-u nie staniemy się tygrysem gospodarczym na miarę Irlandii, ale możemy oczekiwać zdecydowanej walki z korupcją, przestępczością czy korporacjami kontrolującymi dostęp do zawodów prawniczych. Mamy pewność, że rząd PiS-u będzie twardo bronił interesów Polski na arenie międzynarodowej: nie podpisze żadnej niekorzystnej umowy, choćby naciskały nań wszystkie pozostałe kraje Unii Europejskiej, zadba o dywersyfikację energetyczną, nie bojąc się pomruków putinowskiej Rosji. Krótko mówiąc, może nie zrobią tego, co byśmy chcieli najbardziej, ale przynajmniej zrobią COŚ. Ja jednak — mimo przekonania o skuteczności PiS-u, mimo niewiary w siłę przebicia Platformy — nie oddam w przyszłą niedzielę głosu na Prawo i Sprawiedliwość. Postaram się wyjaśnić, dlaczego.

1. Spirala penalizacji

Po pierwsze, walka z korupcją i inną przestępczością w wydaniu PiS opiera się na dwóch pomysłach: zwiększaniu kontroli nad obywatelami oraz zaostrzaniu kar. PiS zdaje się wyznawać prostą filozofię rodem z westernów: ludzie dzielą się na uczciwych obywateli i przestępców. Tych drugich należy neutralizować poprzez ścisłą kontrolę i odstraszać ostrymi karami. Polityka taka prowadzi do progresywnego zaostrzania sankcji i zaliczania coraz większej liczby czynów do kategorii przestępstw.

Przedstawię ten mechanizm na przykładzie prowadzenia samochodu po spożyciu alkoholu. Na początku przestępstwem jest po prostu spowodowanie po alkoholu wypadku z ofiarami. Niestety ofiar wypadków jest dużo, więc rządzący postanawiają zwiększyć efekt odstraszający. Od tej pory przestępstwem jest już sama jazda pod wpływem alkoholu, niezależnie od tego, czy ktokolwiek na niej ucierpi. Statystyki trochę się poprawiają, ale pojawiają się sygnały od policji, że wożenie podejrzanych kierowców na badania krwi nastręcza policji zbyt wiele trudności. „Musimy dać policji narzędzia do walki z pijanymi wariatami drogowymi” — mówią politycy i uchwalają nową definicję jazdy pod wpływem alkoholu. Od teraz pod wpływem alkoholu będzie ten, u kogo w wydychanym powietrzu alkomat wykaże stężenie alkoholu powyżej określonego limitu. Co prawda wiadomo, że stężenie w wydychanym powietrzu nie przekłada się dokładnie na stężenie we krwi, ale za to policja wreszcie otrzyma „narzędzia”. W odczuciu społecznym pijani kierowcy pozostają jednak dużym problemem, więc sięga się po kolejny pomysł — obligatoryjny zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych dla każdej osoby przyłapanej na prowadzeniu jakiegokolwiek pojazdu w stanie nietrzeźwości. W mediach pojawiają się sporadyczne doniesienia o przypadkach osób, które po wypiciu paru piw w pubie wsiadły na rower, żeby wrócić do domu, wskutek czego zostały ukarane zakazem prowadzenia pojazdów mechanicznych i wpisaniem do rejestru skazanych. Nieważne, że poruszały się wyłącznie po chodnikach — wszak według kodeksu drogowego chodnik jest częścią drogi!

Proces zaostrzania kar jest kontynuowany dopóty, dopóki istnieje problem pijanych kierowców, czyli tak naprawdę bez końca. Za każdą kolejną zmianą jest prosty argument: Porządni ludzie nigdy, ale to nigdy, nie prowadzą niczego po żadnej ilości alkoholu, więc nie mają się czego bać — a skoro tak, to nieważne, czy kara jest adekwatna do spowodowanych szkód — ważne, żeby odstraszała.

Już w tej chwili słychać o dalszych projektach PiS-u w temacie jazdy po spożyciu: Obligatoryjny przepadek pojazdu prowadzonego pod wpływem alkoholu na rzecz Skarbu Państwa, a w przypadku kierowania nie swoim pojazdem — grzywna o jego równowartości. (Cóż z tego, że kierowca dwuletniej corolli [45000 zł] będzie karany trzydziestokrotnie surowiej niż kierowca 8-letniego poloneza [1500 zł]?) Jeśli PiS utrzyma się przy władzy, z pewnością nieobce będą mu pomysły w rodzaju zmniejszenia dopuszczalnego stężenia alkoholu do 0 promili (bo przecież KAŻDA ilość alkoholu, nawet taka zawarta w czekoladce lub łyżce syropu, stanowi śmiertelne zagrożenie) czy wprowadzenie surowych kar dla osób postronnych, które dopuszczają do kierowania samochodem przez znajomych pod wpływem alkoholu albo nie donoszą na nich policji.

Spirala penalizacji to droga do nikąd. Mechanizm jest zawsze ten sam: Zaczyna się np. od delegalizacji posiadania narkotyków „żeby policja mogła łatwiej łapać dilerów sprzedających heroinę pod szkołami”, kończy się na wyrokach więzienia dla osiemnastolatków przyłapanych po raz drugi ze skrętem pod swoim blokiem. W efekcie coraz więcej obywateli trafia do więzień (w USA już prawie 1% populacji), tylko problem pozostaje bez zmian.

Ludzie nie dzielą się na uczciwych i nieuczciwych. Nie ma żadnej mitycznej kasty przestępców. W rzeczywistości są ludzie bardziej lub mniej odporni na pokusy: jeden da się skorumpować za 100 zł, inny dopiero za 100 000 zł, a jedynie nieliczni nie dadzą się kupić za żadną cenę. Skuteczna polityka polega nie na definiowaniu coraz to nowych kategorii przestępstw i wyznaczaniu absurdalnie surowych kar, ale na ograniczaniu potrzeby i sposobności do popełniania przestępstw. Jeżeli w ciągu ostatnich trzech lat liczba kradzieży samochodów spadła o 44%, to nie dzięki ściślejszej kontroli i surowszym karom, ale dlatego, że w tej chwili prawie każdy może sobie kupić za parę tysięcy złotych zupełnie sprawne auto z Niemiec. Jeżeli w szpitalach skończy się kiedykolwiek praktyka zanoszenia koperty do gabinetu ordynatora, to nie dzięki spektakularnym akcjom CBA, ale dzięki stworzeniu sprawnego, rynkowego systemu ochrony zdrowia.

2. Psucie systemu prawnego

Działacze Prawa i Sprawiedliwości nie wierzą w skuteczność rozwiązań systemowych. Wierzą natomiast w silną władzę dla właściwych ludzi — niepodatnych na złe wpływy, czystych moralnie herosów z genami patriotyzmu. Takim ludziom trzeba stwarzać jak najszersze możliwości, tak aby „prawo nie było dla nich przeszkodą”, jak powiedział Jarosław Kaczyński.

Dlatego według PiS-u jest w porządku, jeśli minister sprawiedliwości — polityk rządu — jest jednocześnie prokuratorem generalnym nadzorującym władzę sądowniczą. Jest w porządku, gdy minister Ziobro osobiście steruje śledztwami bezpośrednio podległego mu zespołu prokuratorów w Prokuraturze Krajowej. Jest w porządku, gdy za pomocą konferencji prasowych wywiera nacisk na prokuratorów, mówiąc im, wobec kogo mają zastosować areszt tymczasowy, a w jakiej sprawie nie powinni w ogóle wszczynać śledztwa.

Politycy PiS-u nie wątpią również w słuszność proponowanych przez siebie zmian w ustawie o Trybunale Konstytucyjnym. Według projektu PiS Trybunał miałby rozpatrywać każdą sprawę w pełnym składzie (co zmniejszyłoby liczbę rozpatrywanych spraw) oraz miałby obowiązek rozpatrywać sprawy w kolejności ich zgłaszania (co umożliwiłoby łatwe zablokowanie prac Trybunału na długie lata poprzez złożenie np. 100 lipnych wniosków na dowolny temat). Po takim „zhakowaniu” ustawy Trybunał Konstytucyjny już więcej nie przeszkadzałby patriotycznym, uczciwym politykom PiS-u w uchwalaniu takich ustaw, jakie uważają za stosowne.

Przeświadczony o własnej szlachetności PiS nie ma oporów przed demolowaniem systemowych mechanizmów, które „krępują mu ręce”, ale jednocześnie chronią nas wszystkich przed nadużyciami takimi jak upolitycznianie sądownictwa czy łamanie naszych konstytucyjnych praw. Jest to ogromne zagrożenie dla obywateli. Nawet jeżeli ktoś uważa, że politycy PiS-u są rzeczywiście prawi i sprawiedliwi, to powinien pamiętać, że nie będą oni przecież rządzić wiecznie. Możemy być pewni, że z dziur w prawie lekkomyślnie stworzonych przez PiS skwapliwie skorzysta następna, być może mniej uczciwa ekipa — bo jaki polityk lubi mieć związane ręce?

3. Jakość etyczna kadr

Czy ktoś przypomina sobie choćby jedną sytuację, w której poseł PiS-u wygłosiłby opinię niezgodną z linią partii? Odkąd pamiętam, każdy działacz Prawa i Sprawiedliwości w każdym programie telewizyjnym mówił zawsze to samo. A więc albo wszyscy politycy PiS-u myślą to samo (co pozwalałoby domniemywać, że nie myślą w ogóle), albo myślą jedno, a mówią drugie.

Można twierdzić, że wybiórcze i nieobiektywne prezentowanie faktów, tak by zapewnić jak najlepszy wizerunek swojej partii, jest postępowaniem charakterystycznym dla wszystkich polityków. Jednak to politycy Prawa i Sprawiedliwości wprowadzili w tej dziedzinie nową jakość. Nigdy wcześniej na polskiej scenie politycznej nie mieliśmy ugrupowania złożonego z ludzi, którzy nigdy nie ważą się głosić swojego zdania, a jedynie oficjalne stanowisko partii — ludzi, którzy z kamienną twarzą przed kamerami są gotowi wmawiać wszystkim coś, o czym sami wiedzą, że jest absurdalne.

I tak Jarosławowi Kaczyńskiemu w debacie z Donaldem Tuskiem bez problemu przechodzą przez gardło słowa: „Jeżeli atakuje Pan Zbigniewa Ziobro i Mariusza Kamińskiego, to popiera Pan korupcję”. Jacek Kurski może z trybuny sejmowej bez mrugnięcia powieką wychwalać swoją partię za coś, przeciwko czemu głosował razem z połową swojego klubu (cytat ze stenogramu PDF: Prawo i Sprawiedliwość zaczęło walczyć o przywrócenie kultury poczucia wspólnoty i godności … Temu służy przywrócenie jednolitego umundurowania dla dzieci i młodzieży w szkołach podstawowych i gimnazjalnych). Następnie poseł brnie w kolejne kłamstwa: najpierw zaprzecza, jakoby w swojej wypowiedzi przypisał jakąkolwiek zasługę PiS-owi (Wyraźnie mówiłem o tym, że takie rzeczy jak mundurki ... zdarzyły się za rządów PiS, nie precyzując, jak było w szczegółach), a dalej tłumaczy, że głosowanie przeciwko mundurkom było skutkiem „pomyłki posła prowadzącego” (mimo że PiS głosował w ten sposób dwukrotnie — w Sejmie i w Senacie).

Wreszcie szef CBA Mariusz Kamiński może prosto w oczy mówić, że nadanie w TVP1, w porze emisji „Klanu”, najsmakowitszych kąsków z podsłuchanych rozmów podejrzanej o korupcję posłanki PO Beaty Sawickiej na kilka dni przed wyborami nie ma na celu wsparcia kampanii PiS-u, a jedynie obronę funkcjonariuszy CBA przed oskarżeniami (co jest powodem absurdalnym, gdyż nikt — nawet Platforma — nie oskarżał CBA o nieprawidłowe działanie).

Oczywiście można powiedzieć, że wszyscy politycy naginają fakty do swoich potrzeb. Jest to jednak argument słaby. Owszem — większość posłów Platformy, nie wyłączając Donalda Tuska, można od czasu do czasu przyłapać na celowym używaniu „lipnych” argumentów czy nieobiektywnym prezentowaniu faktów. Jednak każdy, kto obserwuje naszą politykę, dobrze wie, że nawet przodujący spin doctor Platformy, Bronisław Komorowski, ledwie zahacza o poziom manipulacji intelektualnej przeciętnego posła PiS-u, nie mówiąc już o rywalizacji z prawdziwymi mistrzami w tym fachu jak np. Tadeusz Cymański czy Jacek Kurski. Co więcej, w Platformie daje się zauważyć także takich posłów, którym moralność nie pozwala manipulować prawdą — moim zdaniem do takiej „etycznej elity” należą Bogdan Zdrojewski i Jarosław Gowin. Tymczasem przez ostatnie dwa lata nie zaobserwowałem żadnego posła PiS, który mówiłby o rzeczach tak, jak się one mają. Pomyślmy: Brudziński? Kuchciński? Karski? Dudziński? Putra? Lipiński? Szczypińska? Szkoda gadać.

Mogę się tylko zastanawiać, co dzieje się z umysłami i sumieniami ludzi, którzy dzień w dzień myślą jedno, a mówią drugie. Sądzę jednak, że nic dobrego. I to jest trzeci powód, dla którego w niedzielę nie zagłosuję na Prawo i Sprawiedliwość.

niedziela, 14 października 2007
Ile kosztują nas zmarli?
Święto Wszystkich Kamiennych Płyt

Jest taki dzień w roku, kiedy każdy Polak odkłada na bok swoje zajęcia i wsiada w samochód, pociąg, tramwaj lub autobus po to, aby wyruszyć w specjalne miejsca oznaczone kamiennymi płytami, pod którymi w drewnianych prostopadłościennych pudłach zakopano dawno temu szczątki bliskich mu osób. Czasami oznacza to godzinę stania w tramwaju wypełnionym po brzegi śmierdzącymi ludźmi, czasem mozolne posuwanie się po krajowych drogach w sznurze ślimaczących się pojazdów, a czasem półtoragodzinną jazdę w niezmiennym rytmie sprzęgło-jedynka-gaz-hamulec-sprzęgło-luz za sprawą gigantycznego korka, który zaczyna się już na 5 kilometrów od miejsca docelowego, zwanego „cmentarzem”. Wszystko to odbywa się oczywiście w towarzystwie licznych stróżów prawa udających, że jakakolwiek regulacja ruchu jest w stanie zapewnić sprawny i bezpieczny dojazd dziesiątkom tysięcy kierowców, którzy zapragnęli znaleźć się w tym samym miejscu o tym samym czasie.

W Święto Wszystkich Kamiennych Płyt (a co bardziej przewidujący nawet wcześniej) każdy Polak obowiązkowo zaopatruje się w kwiaty oraz specjalne świece w szklanych słoikach zwane „zniczami”, które w odpowiednim czasie postawi na kamiennych płytach z wyrytymi nazwiskami swoich nieżyjących bliskich. Wiąże się to z niemałym kosztem, gdyż powszechnie przyjmuje się, że przynajmniej jeden z tych rekwizytów musi znaleźć się na płycie z nazwiskiem każdej osoby, z którą był spokrewniony.

Jednak koszt kilkudziesięciu złotych poniesiony na zakup ozdób to tylko drobny element całego przedsięwzięcia. Dla każdego Polaka jest bowiem oczywiste, że zanim na kamiennej płycie znajdą się kwiaty i specjalne świece, musi ona odpowiednio się prezentować. Na ocenę prezencji składają się: czystość i gładkość powierzchni, ich właściwe wypoziomowanie (sprawdza się, czy któraś strona płyty nie osiada w głąb gruntu), czytelność napisów oraz schludność obszaru wokół płyty. Dlatego każdy Polak w przeddzień dnia, w którym musi znaleźć się przy kamiennych płytach z nazwiskami swoich najbliższych, przyjeżdża w te same miejsca, aby przygotować je do właściwego przyjazdu. Za pomocą szmatki, detergentu i wiaderka z wodą szoruje kamień, martwiąc się tym, że czyszczone powierzchnie mogą ulec do jutra zabrudzeniu. Usuwa liście, które nagromadziły się w okolicy pomnika, specjalnie przywiezionymi w tym celu grabkami. Rzecz jasna, bardziej majętni Polacy nie zajmują się czyszczeniem sami, a wynajmują w tym celu specjalizowanych usługodawców, którzy wykonują te konieczne czynności za stosownym wynagrodzeniem.

Ile to kosztuje?

Udekorowanie tego nagrobka kosztowało co najmniej 80 zł. Któż z nas nie chciałby być po śmierci tak kochany przez bliskich?

Dwie lub trzy wizyty na cmentarzu w okresie święta Wszystkich Kamiennych Płyt to nie wszystkie okazje, przy których każdy Polak winien rzucić swoje zajęcia i zawitać do kamiennych płyt z nazwiskami swoich najbliższych. Do dni, w których ta czynność jest obowiązkowa, należą również: dzień urodzin zmarłego, rocznica ślubu (jeśli zmarły był naszym małżonkiem) oraz Wigilia Bożego Narodzenia. Ponadto należy dbać o konserwowanie kamiennych płyt nie rzadziej niż co dwa miesiące, tak aby nie nabrały one nieestetycznego wyglądu, co mogłoby nas narazić na znalezienie się na językach krewnych, którzy mogą przecież odwiedzić obsługiwaną przez nas kamienną płytę, aby wypełnić swój obowiązek zapalenia na niej znicza.

W praktyce można przyjąć, że kamienne płyty naszych bliskich, zlokalizowane w pobliżu naszego miejsca zamieszkania winniśmy odwiedzać nie rzadziej niż 8 razy w roku, przy czym na ogół 1-2 płyty (z nazwiskami naszych najbliższych krewnych — małżonka, rodziców, dzieci, rodzeństwa) powinniśmy nie tylko ozdabiać, ale także utrzymywać w schludnym stanie. Koszt zakupu ozdób na kilka kamiennych płyt przy sześciu „rutynowych” wizytach to nie mniej niż 30 zł, zaś przy dwóch „większych” wizytach (z okazji święta Wszystkich Kamiennych Płyt i np. Wigilii) — nie mniej niż 100 zł. Sam koszt ozdób w skali roku to zatem co najmniej 380 zł. Do tego należy doliczyć koszt dojazdów. Jeżeli do cmentarza nie mamy zbyt daleko, a poruszamy się samochodem, będzie to powiedzmy 10 zł za jeden dojazd, czyli 80 zł na rok. W dobrym tonie byłby też wyjazd, przynajmniej raz w roku, do kamiennej płyty położonej nieco dalej od naszego domu. Załóżmy, że koszt takiego wyjazdu wyniesie około 200 zł razem z koniecznymi z tej okazji ozdobami.

Jeżeli zatem przyzwoicie wypełniamy nasz powszechnie uznawany, społeczny obowiązek, to kamienne płyty znaczące miejsca, w których kiedyś złożono ciała naszych krewnych, pochłaniają rocznie co najmniej 660 zł i co najmniej kilkanaście godzin naszego czasu. Oznacza to, że normalny, przystosowany do życia w społeczeństwie Polak wydaje miesięcznie co najmniej 55 zł i poświęca co najmniej godzinę swojego czasu tylko po to, aby utrzymywać estetyczny wygląd specjalnego miejsca, w którym znajduje się tablica z nazwiskiem jego matki, brata czy innej niegdyś bliskiej mu osoby.

Jaki ma to sens?

Spróbujmy teraz dokonać rzeczy właściwie w Polsce niedopuszczalnej, czyli zastanowić się, jaki sens ma utrzymywanie i ozdabianie takiej kamiennej płyty. Przychodzi mi do głowy kilka potencjalnych uzasadnień:

Grób jest miejscem, do którego mogą przyjść krewni, aby wspominać zmarłego, a nawet „porozmawiać” z nim. Odpowiedź na ten argument jest oczywista aż do bólu: Żeby wspominać zmarłą osobę czy z nią „rozmawiać”, nie musimy znajdować się w jednym konkretnym miejscu, w sąsiedztwie tablicy z jej nazwiskiem. Być może w pobliżu takiej tablicy jest to odrobinę łatwiejsze, ale czy takie ułatwienie dla nas i dla krewnych zmarłego jest warte 55 zł i godzinę pracy miesięcznie, zwłaszcza że o wiele skuteczniejszym wyzwalaczem wspomnień jest przeglądanie pamiątek po zmarłym, jego zdjęć czy choćby przebywanie w miejscach związanych z jego życiem?

Przychodzenie na grób, utrzymywanie go w czystości i stawianie na nim ozdób jest formą okazania miłości zmarłemu. No cóż, jeżeli mój nieżyjący ojciec żyje gdzieś w zaświatach (w co oczywiście z braku dowodów nie wierzę) i domaga się ode mnie polerowania kamiennej płyty z jego personaliami i stawiania na niej kwiatów jako dowodu miłości, to chciałbym go w tym miejscu serdecznie poklepać po plecach i powiedzieć, że chyba postradał rozum. ;-) Ludzie wysuwający ten argument zdają się uważać nie tylko, że zmarli żyją i nas widzą (o czym jest przekonana większość Polaków), ale także, że zależy im na tym, aby kamienne płyty z ich nazwiskami były utrzymywane w miłym dla oka stanie. Odważę się zasugerować, że rozumni mieszkańcy zaświatów nie mieliby wobec nas tak powierzchownych i próżnych oczekiwań. Jeżeli tak uznamy, to pośmiertne oczekiwania estetyczne naszego zmarłego wuja musimy określić jako nierozumne — dlaczego więc mielibyśmy je spełniać? W końcu jeżeli nasz żyjący i całkiem zdrowy wuj wyrazi życzenie, abyśmy co miesiąc na ławce przed jego blokiem składali wieniec, to jego prośbę skwitujemy najwyżej uśmiechem.

Warto tu zauważyć, że argument okazywania miłości ma również wymiar szantażu emocjonalnego. Sugeruje on bowiem, że jeśli nie sprzątamy i nie ozdabiamy grobu osoby zmarłej, to znaczy, że nigdy jej nie kochaliśmy.

Zmarłym „należy się” coś od nas w zamian za miłość, którą nas obdarzali. Innymi słowy, jeżeli nie czyścimy i nie ozdabiamy grobu osoby zmarłej, okazujemy jej niewdzięczność. „Babcia tak cię kochała, a ty nawet nie postawisz jej świeczki?” — powie ojciec dziecku, które nie ma ochoty jechać na cmentarz. Jest to wariant przedstawionego powyżej argumentu z okazywaniem miłości. Tak jak poprzedniego argumentu można próbować go bronić jedynie przy metafizycznym założeniu, że zmarli żyją i nas obserwują, a my możemy wpływać na ich samopoczucie. W przeciwnym razie nie można mówić o niewdzięczności, ponieważ nie ma osoby, która mogłaby ją odczuwać. Nawet jednak przy takiej wizji rzeczywistości pozostaje pytanie, dlaczego nasi zmarli bliscy mieliby się od nas domagać tak powierzchownej rzeczy jak dbanie o estetykę kawałka granitu, i dlaczego mielibyśmy ich w tej sprawie słuchać?*

Religia katolicka wymaga dbania o groby bliskich. Argument ten jest wynikiem powszechnej nieznajomości rzeczywistego nauczania Kościoła Katolickiego wśród polskich „wiernych”. W żadnym oficjalnym dokumencie Kościół Katolicki nie nakłada na wiernych obowiązku dbania o groby osób bliskich ani odwiedzania tych grobów. Dzień Wszystkich Świętych, jak wskazuje sama nazwa, jest uroczystością ku czci wszystkich znanych i nieznanych świętych, którzy dostąpili tzw. widzenia uszczęśliwiającego (visio beatifica), czyli bezpośredniego postrzegania Boga w niebie. W uroczystości tej chodzi więc o oddanie hołdu nie „szeregowym” nieboszczykom, ale tym bohaterom, którzy poprzez przestrzeganie przykazań Boga dostali się do nieba, gdzie są bardzo, bardzo szczęśliwi. Następujące po niej święto (2 listopada) to tzw. Dzień Zaduszny, czyli dzień modlitwy za zmarłych wiernych, którzy pokutują w czyśćcu za swoje grzechy, oczekując na dostanie się do nieba. Według doktryny Kościoła Katolickiego żyjący wierni mogą uzyskać dla pensjonariuszy czyśćca skrócenie kary poprzez modlitwę, zamówienie mszy za zmarłego lub otrzymanie odpustu. Jednak żadna z tych czynności nie wymaga odwiedzania grobów bliskich, pielęgnowania ich ani stawiania na nich ozdób. (Szczegóły dotyczące odpustów w sprostowaniu do tego akapitu.)

Ludzie potrzebują udawać, że robią coś dla osób, które żyją w ich pamięci. Możemy przypuszczać, że po odejściu osoby, którą darzyliśmy uczuciem, nadal potrzebujemy jakoś wyrazić to uczucie, znaleźć dlań jakieś ujście. Stawiając na grobie kwiaty, czujemy się trochę tak, jakbyśmy wręczali je zmarłemu. W rezultacie czujemy się nieco lepiej. Jeśli przyjmiemy tę teorię, możemy powiedzieć, że poświęcanie czasu i pieniędzy na dbanie o grób osoby bliskiej nie jest czynnością bezsensowną — jej sensem jest bowiem poprawa stanu psychicznego osoby, która tym grobem się opiekuje. Co możemy odpowiedzieć na taki argument?

Po pierwsze, zauważmy, iż za pomocą argumentu potrzeby psychicznej możemy uzasadnić fakt, iż sami zajmujemy się nagrobkiem, jednak nie możemy tym argumentem przekonać osoby, która nie ma potrzeby wyrażać w ten sposób swojej miłości do zmarłego. W tym ujęciu opieka nad grobami nie jest przecież żadnym uniwersalnym imperatywem moralnym, a jedynie pewną techniką poprawiającą samopoczucie. Możemy — a nawet winniśmy — stosować ją, jeśli jest skuteczna, jednak nie mamy prawa krytykować osób, które jej nie stosują i np. w ogóle nie odwiedzają grobów swoich bliskich. Być może osoby te wcale nie muszą poprawiać sobie samopoczucia albo czynią to w inny sposób — nie nasza to sprawa.

Po drugie, możemy wątpić, czy dekorowanie granitowej płyty jest aby na pewno jedynym sposobem na wyrażenie swojego niewygasłego uczucia do osoby zmarłej. Zamiast wykonywać czynność, z której nikt oprócz nas nie ma pożytku, możemy przecież dokończyć jakieś sensowne dzieło rozpoczęte przez zmarłego albo zatroszczyć się o kogoś, kto został podobnie jak my osamotniony jego odejściem.

Należy zajmować się grobami bliskich, ponieważ taka jest konwencja społeczna (tradycja). Można argumentować, że opieka nad nagrobkami jest konwencją, czyli czynnością, której wykonanie bądź niewykonanie komunikuje coś innego, niż można odczytać z samej treści czynności. Na przykład, jeżeli mówię sąsiadowi „Dzień dobry”, to nie wyrażam w ten sposób swojej oceny dotychczasowego przebiegu dnia, lecz fakt, iż rozpoznaję mojego sąsiada i jestem z nim w dobrych stosunkach. To, że czynię to akurat za pomocą słów „Dzień dobry”, nie ma racjonalnego uzasadnienia — jest po prostu wynikiem utrwalonego zwyczaju. Jeżeli natomiast nie powitam mojego sąsiada, spotkawszy go na klatce schodowej, zakomunikuję w ten sposób fakt, iż mam do niego jakąś urazę.

Analogicznie można by argumentować, że nie dbając o nagrobki osób bliskich, wyrażam nie tylko prosty fakt, iż nie lubię marnotrawić pieniędzy i czasu albo że estetyka kamiennej płyty nie jest dla mnie istotna. Swoim brakiem zainteresowania komunikuję, siłą konwencji, coś o wiele bardziej doniosłego, np. „mój zmarły wuj w ogóle mnie nie obchodził”, „mam głęboki żal do mojego zmarłego wuja”, „jestem zimnym egocentrykiem, który nie odczuwa przywiązania do innych ludzi” czy „jestem nonszalanckim ekscentrykiem”. To, jak konkretnie mój bezwiedny komunikat zostanie odczytany, zależy oczywiście od jego odbiorcy. Widać przy tym wyraźnie, że każdy z przedstawionych komunikatów jest mniej lub bardziej szkodliwy dla moich relacji z rodziną i znajomymi — prezentuję się bowiem w najlepszym wypadku jako nieszkodliwy dziwak, a w najgorszym jako niemalże psychopata.

Wobec konwencji możemy zająć dwa skrajne stanowiska. Najprostszą odpowiedzią byłoby zadeklarowanie, że robimy to, co uważamy za słuszne, i nic nas nie obchodzi, co inni sobie pomyślą o naszych motywach. Postawa taka kusi swoją prostotą, jednak nie jest to raczej prostota szlachetna. Człowiek, który odmawia witania znajomych formułką „Dzień dobry” czy podawania im ręki (co racjonalnie można zrozumieć, gdyż czynności te nie pełnią same w sobie żadnej funkcji praktycznej), skazuje ich na zastanawianie się, czy może czymś go nie urazili. Jest więc człowiekem, który wprowadza do relacji z innymi ludźmi niepotrzebne nieporozumienia.

Z drugiej strony postawa pełnej zgodności z konwencjami społecznymi również wydaje się nieoptymalna moralnie. Możemy sobie wyobrazić społeczeństwo, w którym szacunek do swojego plemienia komunikuje się poprzez udział w plemiennym sporcie, jakim jest torturowanie członków innego plemienia. Widać wyraźnie, że powinniśmy odmówić udziału w tym zwyczaju, nawet jeśli wprowadzi to niemałe zamieszanie w nasze relacje ze współplemieńcami.

Na uwagę zasługuje zatem postawa pośrednia: Należy komunikować się swoim słowem i zachowaniem w sposób ogólnie przyjęty (czyli tak, aby ludzie nie wyciągali błędnych wniosków na nasz temat), chyba że wiąże się to ze znacznym kosztem. Innymi słowy, powinniśmy każdorazowo ocenić rozmiary nieporozumienia i zestawić je z korzyściami, które uzyskujemy, zachowując się niezgodnie z konwencją.

W przypadku opieki nad nagrobkami na jednej szali mamy zaoszczędzone pieniądze i czas, które możemy spożytkować w jakimś wartościowym celu, zaś na drugiej szali — ryzyko, że nasi krewni i znajomi zostaną wprowadzeni w błąd co do naszego stosunku do zmarłego krewnego bądź co do naszego stosunku do ludzi w ogóle.


* Oczywiście wszystko da się uzasadnić przy odpowiednim dopasowaniu założeń metafizycznych. Jeżeli np. założę, że samopoczucie mojego ojca w zaświatach zależy tylko od jednego bodźca (estetyki jego nagrobka), opieka nad grobem stanie się jedynym sposobem poprawienia jego losu, a zatem czynnością wysoce pożądaną moralnie. Jednak osoby wierzące w życie pozagrobowe z jakiegoś powodu nie uznają takiego założenia za prawdopodobne.
czwartek, 20 września 2007
Wyznania fotoamatora

Jakiś czas temu zacząłem fotografować. Właściwie sam nie wiem czemu, bo zwykle idę na przekór trendom, a nie da się ukryć, że fotografia cyfrowa przeżywa obecnie wielki boom. Prawie każdy ma aparat cyfrowy, a patrząc na wycieczki młodych ludzi chodzące po górskich szlakach, widzimy groteskowo wyglądające łańcuszki facetów z lustrzankami na szyi. Mówiąc, że fotografujemy, jesteśmy dziś mniej więcej tak samo oryginalni jak wtedy, gdy mówimy, że lubimy słuchać muzyki.

Zdaję sobie sprawę, że nie mam wrodzonego polotu do artystycznej kompozycji. Każde udane ujęcie okupuję wieloma próbami, podczas gdy dziewczyny z ASP, kiedy je poprosić, potrafią wziąć do ręki aparat, przymierzyć i trzasnąć fotkę, w którą mogę się wpatrywać przez wiele minut. Jestem natomiast gotów włożyć sporo wysiłku i poświęcić sporo czasu, aby uzyskać dobry efekt.

Jedno z moich najciekawszych zdjęć (poniżej) zrobiłem pod jakąś popegeerowską wsią 40 km na zachód od Wrocławia, w niemal zupełnych ciemnościach, obok pola, z którego dobiegały odgłosy niezidentyfikowanych dzikich zwierząt. Czułem się znakomicie, wykonując zdjęcie po zdjęciu na długim czasie naświetlania, za każdym razem lekko korygując ustawienie aparatu na statywie, tak aby w końcu uzyskać właściwą kompozycję. Byłem podekscytowany tym, że za pomocą aparatu wydobywam z całkowitej ciemności tyle kształtów i kolorów, że moim głównym źródłem światła jest lampa sodowa oświetlająca oddalone o kilometr gospodarstwo. W tym momencie nie było dla mnie ważne, że jutrzejszego dnia na Flickerze pojawi się 50 zdjęć, z których każde będzie lepsze niż jakiekolwiek zdjęcie mojego autorstwa.

Nie mam więc zamiaru przejmować się rywalizacją z najlepszymi fotografikami na świecie czy nawet najlepszymi fotografikami we Wrocławiu. Prawdopodobnie nie mam predyspozycji, by im dorównać, tak jak nie mam szans zostać mistrzem świata w pływaniu. Liczyć się będzie dla mnie to, że biorąc do ręki mojego Nikona czuję się jak połączenie myśliwego z malarzem, oraz to, że moje zdjęcia są coraz lepsze. I w tym duchu chciałbym zaprosić Szanownych Czytelników do obejrzenia wybranych zdjęć z mojego trzydniowego wypadu do Pragi.

Prezentacja zdjęć na Flickerze

02:08, cthinker , Życie
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 września 2007
Nowy sposób walki z nadmierną prędkością?

...albo promocji szybkiego czytania

01:28, cthinker , Humor
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 lipca 2007
Dialog o ateizmie, wierze i prawdzie

Kwirytus: Drogi Filonie, znam cię nie od dzisiaj jako człowieka prawego i mądrego. Zawsze jednak chciałem zadać ci pytanie, dlaczego jesteś ateistą?

Filon: Kwirytusie, pozwól, że najpierw wyjaśnię, co mam na myśli, opisując siebie za pomocą słowa „ateista”. Otóż jestem człowiekiem pozbawionym przekonania o istnieniu Boga. Nie twierdzę natomiast, że Bóg na pewno nie istnieje — nie mogę bowiem wykazać, że Boga nie ma, podobnie jak nie mogę wykazać, że w sąsiedniej galaktyce nie istnieje planeta zamieszkana przez jednorożce. Nie mam jednak powodów, by sądzić, że taka planeta istnieje, tak samo jak nie mam powodów, by sądzić, że istnieje Bóg.

Najwyższa pora sprecyzować, co mam na myśli przez owego „Boga”, którego istnienia nie uznaję. Chodzi tu o jakiś rodzaj bytu osobowego, który stworzył nasz wszechświat, jest wszechmocny i wszechwiedzący, wpływa na nasz los, a od naszego zachowania wobec niego zależy nasze szczęście (doczesne lub w jakimś przyszłym życiu, które miałoby nastąpić po naszej śmierci). Myślę, Kwirytusie, że definicja ta obejmuje również Boga, którego istnienie ty uznajesz.

Kwirytus: Tak, Filonie, ale skoro pytasz mnie o moją wiarę, to muszę wyznać, że mam z nią pewien kłopot. Patrząc racjonalnie, nie mam dobrych powodów, aby sądzić, że Bóg istnieje, a tym bardziej uznawać szczegółowe stwierdzenia na jego temat głoszone przez Kościół Katolicki, w którym zostałem wychowany. W zasadzie jestem zdania, że żadna religia nie ma monopolu na prawdę o Bogu, a wypowiedzi Watykanu dotyczące antykoncepcji czy współżycia przedmałżeńskiego odbieram jako aroganckie. Jednak Bóg jest obecny od zawsze w moim życiu — gdy jestem w potrzebie, proszę go o pomoc, gdy jest piękny dzień, dziękuję mu za to. Po prostu wierzę w jakąś siłę wyższą.

Filon: Ściśle rzecz biorąc, wierzysz w siłę wyższą o charakterze osobowym, z którą możemy wchodzić w kontakt i która wywiera wpływ na nasz los. Ale zatrzymajmy się na chwilę nad pojęciem „wiary”, stwierdziłeś bowiem, że „wierzysz” w istnienie Boga, mimo że nie masz powodów, aby sądzić, że Bóg istnieje.

Większość ludzi zgodzi się, że powinniśmy dążyć do tego, aby nasze przekonania były spójne z rzeczywistością. Jeżeli na przykład spotkamy człowieka, który twierdzi, że jutro w totolotku wylosowane zostaną liczby: 2, 8, 12, 15, 23, 31 i 44, nie wolno nam bezkrytycznie uznać, że tak właśnie będzie. Winniśmy potraktować jego deklarację z daleko idącym sceptycyzmem, np. dokonując wiarygodnego sprawdzenia jego skuteczności w przewidywaniu wcześniejszych wyników. Tej samej krytycznej ocenie powinny podlegać także inne stwierdzenia — zapewnienia o skuteczności leków, doniesienia o skonstruowaniu perpetuum mobile, obietnice polityków itd.

I tu właśnie — jak zauważyłem — ludzie dzielą się na dwie grupy. Pierwsza grupa uważa, że w obszarze religii możemy sobie pozwolić na posiadanie przekonań bez uzasadnienia. Jeżeli np. religia mówi nam, że po śmierci nie umieramy, tylko idziemy do nieba lub piekła, nie musimy zastanawiać się nad tym, czy są na to wiarygodne dowody. Możemy uznać to za prawdę, bo „jest to kwestia wiary”, bo chcielibyśmy, aby tak było, albo dlatego, że takie przekonanie poprawia nam samopoczucie. Według tej koncepcji wolno nam więc uznawać pewne sądy, które mówią o rzeczywistości, ale nie są w ogóle wyprowadzone z tej rzeczywistości, a jedynie np. z naszych potrzeb psychologicznych.

Druga grupa ludzi — do której się zaliczam — uważa natomiast, że nie wolno stosować podwójnych standardów poznawczych. Stwierdzenia religijne są takimi samymi zdaniami, jak wszelkie inne twierdzenia o świecie. Innymi słowy, osoba twierdząca, że wie coś na temat Boga czy życia po śmierci, „gra w tę samą grę” co każda inna osoba, która twierdzi, że wie coś o świecie. Musi być w stanie uzasadnić swój sąd za pomocą spójnego rozumowania opartego na wiarygodnych dowodach. Nie może stwierdzić, że „jest to kwestia wiary”, tak jak konstruktor mostu nie może powołać się na swoją niczym nie popartą wiarę, że most ów się nie zawali. Zatem np. stwierdzenie o tym, że po śmierci spotka nas „sąd ostateczny”, należy poddać tak samo ostrej weryfikacji co stwierdzenie, że w przyszłym roku Europę dotknie klęska powodzi.

Dwie drogi, które właśnie opisałem, tworzą pierwsze skrzyżowanie w naszej dyskusji. Dlatego chciałbym cię teraz zapytać, Kwirytusie, którą z tych dróg podążasz?

Kwirytus: Zastawiłeś na mnie, Filonie, zręczną pułapkę. Ale sprawa wydaje się bardziej skomplikowana, niż to przedstawiłeś. Otóż nie jestem w stanie mieć przekonania, które zupełnie abstrahuje od postrzeganej przeze mnie rzeczywistości. Gdybym był w stanie tego dokonać, pewnie uwierzyłbym sobie, że jestem najprzystojniejszym mężczyzną na świecie albo że w moim ogródku zakopany jest brylant wielkości lodówki — przyznasz, Filonie, że nadzwyczaj miło byłoby mieć takie przekonania.

W przypadku religii źródłem moich przekonań są moje doświadczenia na tym świecie — choćby przypadki cudów czy moje poczucie kontaktu z Bogiem podczas modlitwy. Zgodzę się, że nie są to miażdżące dowody i raczej nie próbowałbym cię za ich pomocą do wiary przekonywać. Jednak myślę, że wiara polega właśnie na tym, że patrząc na takie przesłanki, mamy wybór, czy je uznamy czy nie.

Filon: Zastanawiam się, co masz na myśli, mówiąc o „wyborze”. Wygląda na to, że uznajesz konieczność uzasadniania swoich przekonań, a jednak sugerujesz, że w przypadku religii potrzeba czegoś jeszcze, jakiegoś aktu woli. Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale przyznajesz w ten sposób, że dowody na istnienie Boga, którymi dysponujesz, są niewystarczające. Przyznajesz, że gdybyś miał równie słabe dowody na jakiekolwiek inne stwierdzenie o świecie — dajmy na to, że spluwanie przez lewe ramię chroni przed pechem albo że codzienne spożywanie kory sosnowej wydłuża życie — to nie uznałbyś tego stwierdzenia za prawdę. Gdy jednak masz do czynienia ze stwierdzeniem religijnym, pozwalasz sobie (celowo?) na pewną łatwowierność, przymykasz oko na braki w rzekomych „dowodach”, nazywając to „wyborem”.

Zgodzę się z tobą, Kwirytusie, że jest to wybór: Ty twierdzisz, że jest to wybór między wiarą a niewiarą, między przyjęciem Boga a jego odrzuceniem. Ja twierdzę, że jest to wybór między prawdą a nieprawdą. Każdy człowiek może albo badać wszelkie stwierdzenia o świecie, który go otacza, z jednakową rzetelnością, albo w przypadku niektórych stwierdzeń pozwalać sobie na niedbalstwo po to, by poczuć się dobrze lub osiągnąć jakąś inną korzyść.

Nie od dziś wiadomo, że ludzie często przejawiają skłonność do bezkrytycznego albo niedostatecznie krytycznego przyjmowania pewnych sądów. Dzieje się tak np. wówczas, gdy przekonania te poprawiają im samopoczucie. Gdyby w tej chwili, Kwirytusie, podeszła do mnie piękna kobieta i oświadczyła, że jestem podobny do Brada Pitta, zapewniam cię, że nie miałbym szczególnej ochoty kwestionować tej opinii. Być może nawet przyznałbym, że mam w sobie coś z tego aktora.

Inny powód bezkrytycznego myślenia to przynależność do grupy o skrystalizowanych przekonaniach. Na przykład osoba, która wrosła w środowisko nacechowane nieufnością do innych grup etnicznych (np. poglądy takie ma jej rodzina albo większość przyjaciół), będzie mieć często skłonność do pobieżnego zapoznawania się z faktami w tym temacie i uproszczonego interpretowania ich w „jedynie słusznym” kierunku. Będzie ona na przykład zadowalać się pewnymi argumentami mającymi świadczyć o zagrożeniu, jakie stanowią inne narodowości, mimo że, gdyby zechciała spojrzeć na rzecz obiektywnie, dostrzegłaby w tych argumentach luki. Postępowanie takie wynika z przeczucia, że zakwestionowanie „starego” sposobu myślenia mogłoby się spotkać z niezrozumieniem i dezaprobatą grupy, to zaś mogłoby prowadzić do bolesnego poczucia osamotnienia.

Chcę podkreślić, że osoby, o których tutaj mówię, nie są hipokrytami. Hipokrytami są bowiem osoby, które uważają jedno, a publicznie głoszą drugie. Tu zaś mówimy o osobach, które naprawdę uważają to, co głoszą, a jedynie nie patrzą na niektóre swoje przekonania zbyt krytycznym okiem, ponieważ instynktownie czują, że nie przyjdzie im z tego żadna korzyść — ani psychologiczna, ani materialna, ani społeczna.1

Kończąc mój wywód, chcę powiedzieć, że wszyscy jesteśmy podatni na „samoprzekupstwo” zniechęcające nas do krytycznej refleksji nad własnymi przekonaniami; uważam jednak, że zawsze powinniśmy robić, co w naszej mocy, aby dążyć do prawdy, nawet jeśli jest to prawda dla nas niewygodna.


1Trzeba tu zauważyć, że analiza Filona dotyczy tylko osób, które są generalnie zdolne do krytycznej oceny stwierdzeń o świecie, a jedynie w niektórych przypadkach niechętnie z tej zdolności korzystają. U wielu osób krytyczne myślenie stoi natomiast generalnie na niskim poziomie. Jest to poziom, który pozwala im wierzyć w astrologię, homeopatię, bioenergoterapię czy rozmaite teorie spiskowe. Osoby te nie mogłyby zakwestionować stwierdzeń religijnych nawet, gdyby chciały, ponieważ po prostu nie umieją tego zrobić.
czwartek, 05 lipca 2007
Kilka słów o sobie

Pozwolą Państwo, że się przedstawię. Jestem kontrolerem biletów komunikacji miejskiej. Do obsługiwanych przeze mnie linii autobusowych należą 144, 135 i K, a tramwajowych — 10 i 17. Moja średnia liczba wypisanych mandatów w przeliczeniu na godzinę pracy wynosi 2,4, co według oficjalnych statystyk jest jednym z najlepszych wyników w mieście.

Dlaczego wybrałem właśnie taką ścieżkę kariery? Ponieważ zawód kontrolera to elastyczne godziny pracy, świadomość wnoszenia niemałego wkładu w życie miasta, codzienny kontakt z ludźmi z różnych ścieżek życiowych, możliwość ciągłego rozwoju intelektualnego i kształtowania pozytywnych cech charakteru, a niekiedy i dreszczyk emocji.

W swojej pracy kieruję się niezmiennie zasadami skuteczności i kultury osobistej. Wykonując czynności służbowe, staram się opierać przede wszystkim na zaskoczeniu i przewadze psychologicznej, a unikać środków przymusu bezpośredniego, zwłaszcza wobec pasażerów, których atletycznie zbudowana sylwetka każe liczyć się z możliwością niepotrzebnej eskalacji konfliktu.

Przedstawię teraz pokrótce techniki operacyjne, dzięki którym mogę pochwalić się tytułem jednego z najskuteczniejszych kontrolerów w mieście. Przede wszystkim prezencja: „Studencki” wygląd rzadko bywa kojarzony z zawodem kontrolera, co po wejściu do pojazdu umożliwia mi spokojny ogląd sytuacji i wytypowanie potencjalnych celów. Statystyki pokazują, że pasażerowie spodziewają się kontroli raczej ze strony osób w średnim wieku, o niezadbanej, „nikotynowej” cerze, noszących niemarkową odzież. Najlepsi w kontrolerskim fachu umieją obracać te stereotypy na swoją korzyść.

Akcję kontrolną każdorazowo rozpoczynam od kobiet i osób starszych zajmujących miejsca siedzące, gdyż są najspokojniejsi i najmniej ruchliwi, a ponadto często zdarza się, że zapominają zabrać ze sobą swój bilet okresowy. Badania naukowe dowodzą, że sprawność pamięci ulega znacznemu osłabieniu po 60. roku życia — pasażerowie w podeszłym wieku są więc naturalnymi kandydatami do kontroli. Co się tyczy kobiet, koncentruję się na tych, których elegancki ubiór wskazuje, że mogą posiadać kilka torebek przeznaczonych do strojów w różnych tonacjach kolorystycznych. Istnieje wówczas znaczne prawdopodobieństwo, że bilet uprawniający do przejazdu został nieświadomie pozostawiony w torebce, którą pasażerka nosiła poprzedniego dnia. Liczy się tu doświadczenie i umiejętność szybkiej oceny, czy noszony przez pasażerkę płaszcz jest wysokogatunkowym artykułem zakupionym w Hexeline czy Monnari (wysokie prawdopodobieństwo posiadania dwóch lub więcej torebek) czy też tanią chińską podróbką z placu przy Zielińskiego (niskie prawdopodobieństwo). Nie trzeba dodawać, że przydają się tu okresowe wizyty w damskich salonach odzieżowych.

Nieodłącznym elementem każdej kontroli jest rozmowa. To od niej w głównej mierze zależy, czy postawiony przed widmem zapłacenia kary pasażer rzuci w nas stekiem wulgaryzmów czy posłusznie udostępni nam swoje dane osobowe. Bez przesady można powiedzieć, że jest tyle sposóbów prowadzenia rozmowy z pasażerem, jak wielu jest kontrolerów. Jedni powołują się na konkretne paragrafy uchwał i regulaminów, inni podpierają się autorytetem organów ścigania, jeszcze inni starają się apelować do resztek uczciwości pasażera-gapowicza.

Osobiście lubię łączyć rozmowę z elementem zaskoczenia, stosując metodę „na rozmownego pasażera”, którą poznałem na kursie doszkalającym w Bydgoszczy. Nie jest to technika łatwa — wymaga bowiem znajomości psychologii i wrodzonej „smykałki” do kontaktów z ludźmi. Jej celem jest wprowadzenie kontrolowanego pasażera w taki stan psychiczny, aby w fazie wymierzania kary zawiodły jego wrodzone mechanizmy obrony, tj. negacja, agresja i ucieczka. Osiąga się to poprzez taktyczne przybranie roli współpasażera i umiejętne prowadzenie rozmowy z kontrolowanym pasażerem, tak aby w momencie ujawnienia się kontrolera pasażer był nie tylko w najwyższym stopniu zaskoczony, ale także olśniony urokiem osobistym i przebiegłością kontrolera.

Rozmowę można zacząć od rzucenia luźnej uwagi skierowanej niby to w powietrze. Dobrze sprawdzają się tu pospolite komentarze na temat spóźniających się tramwajów, tłoku, wyjątkowo niekorzystnej pogody itp. Tego typu wypowiedzi pełnią funkcję „lodołamaczy”, a jednocześnie wzbudzają w pasażerach fałszywe poczucie bezpieczeństwa, tworząc mylne wrażenie, że autor tych komentarzy jest po prostu kolejnym narzekającym użytkownikiem komunikacji miejskiej. Gdy któryś pasażer zareaguje na zagajenie, należy przede wszystkim wsłuchać się w jego odpowiedź, gdyż może ona zawierać ważne wskazówki pozwalające właściwie obrać dalszy kierunek rozmowy.

Szybkie przejście od tematu tłoku do uskarżania się na codzienne dojazdy do pracy wskazuje na przykład, że mamy do czynienia z pasażerem znerwicowanym, pozbawionym kontroli nad własnym życiem, oczekującym zrozumienia i pomocy od innych. W takim przypadku najlepszym wariantem będzie przybranie współczującego wyrazu twarzy i zadawanie pytań o kolejne obszary jego opłakanego życia. Dobrym pomysłem jest podzielenie się swoimi problemami (wg trójkąta Zdrowie - Praca - Rodzina), tak aby pasażer poczuł, że rozmawia z osobą podobną sobie. Nie wolno jednak z tym przesadzić — pasażer nie może odczuć, że próbujemy go przelicytować, a już tym bardziej, że jego nieszczęścia nie dorównują naszym. W takim wypadku reakcja pasażera na kontrolę może być nieprzewidywalna, a skutek rozmowy — odwrotny do zamierzonego.

Oczywiście może się zdarzyć, że żaden pasażer nie zareaguje na naszą luźno rzuconą uwagę. Co należy wówczas robić? Przede wszystkim należy zachować spokój. Większość tak zwanych przeciętnych zjadaczy chleba podróżuje komunikacją miejską w stanie zobojętnienia spowodowanego monotonią ich pozbawionego wyzwań życia i nie zawsze ma ochotę na nawiązywanie znajomości. W takiej sytuacji możemy przejąć inicjatywę, zwracając się do takiego odrętwiałego pasażera z konkretnym pytaniem, np. o trasę autobusu, w którym się aktualnie znajdujemy. O ile pasażer w ogóle reaguje na bodźce (uwaga na informatyków po pracy!), powinniśmy uzyskać odpowiedź, co pozwoli nam zadać kolejne pytanie i kontynuować rozmowę.

Rzecz jasna, rozmowa z różnymi typami pasażerów będzie przebiegać według różnych schematów. Ze studentem porozmawiamy o zbliżającej się sesji lub o planowanym koncercie gwiazdy muzyki młodzieżowej, z młodą matką — o radościach i troskach związanych z wychowywaniem potomstwa, a z mężczyzną w sile wieku — o ostatnich wydarzeniach ze świata sportu. Pamiętamy przy tym o zasadzie, aby zaczynać od tzw. tematów ogólnych, a dopiero potem przechodzić do tematów osobistych: sytuacji rodzinnej, zawodowej czy stanu zdrowia — chyba że zauważymy, że nasz rozmówca należy do osób szczególnie wylewnych (tzw. typ „serce na dłoni”).

Podczas rozmowy dzielimy się informacjami ze swojego życia, ale — uwaga — tylko na tyle, aby pasażer nie odniósł wrażenia, że ma do czynienia z osobą skrytą i niegodną zaufania. Obowiązuje tutaj reguła, że nie powinniśmy mówić o sobie dłużej niż przez 20 procent całkowitego czasu rozmowy. Istnieją po temu dwa powody. Po pierwsze, im dłużej pasażer mówi o sobie, tym więcej użytecznych informacji uzyskujemy. Na przykład, pasażer może napomknąć, na którym przystanku zamierza wysiąść, co pozwoli nam odpowiednio wybrać moment kontroli.

Po drugie, większość pasażerów jest wstrząśniętych możliwością nieskrępowanego opowiedzenia o sobie i swoich problemach bez narażania się na krytykę i tzw. „dobre rady”. Jest to dla nich unikatowe przeżycie, którego zwykle nie mają szansy doświadczyć, rozmawiając ze swoim małżonkiem lub innymi członkami rodziny. Gdy minie pierwotne zdziwienie, między pasażerem a kontrolerem wytwarza się specyficzna więź emocjonalna. Pasażer chce wierzyć, że spotkał osobę, która jest w stanie go wysłuchać i zrozumieć, i za wszelką cenę stara się tę iluzoryczną relację utrzymać. Nietrudno zauważyć, że taki stan rzeczy pozwala znacznie skuteczniej kontrolować sytuację w czasie akcji.

Znakomicie, jeśli pasażer, z którym rozmawiamy, poprosi nas o pomoc, np. we wskazaniu przystanku, na którym powinien wysiąść. To właśnie w takich sytuacjach najłatwiej jest zaskarbić sobie jego zaufanie. (Uwaga: Jeżeli pasażer poprosi nas o sprzedanie biletu przejazdowego, informujemy go, że niestety nie mamy.) Wykonanie prostej przysługi usypia czujność pasażera i sprawia, że w chwili, gdy wyciągniemy legitymację służbową, czuje się on bezradny i pokonany przez osobę przewyższającą go sprytem i inteligencją.

Cel techniki „na rozmownego pasażera” można zatem podsumować następująco: Chodzi o to, aby w momencie skontrolowania biletu pasażer widział w kontrolerze „troskliwego ojca”, który wykazuje rzeczywiste zainteresowanie jego życiem, a jednocześnie zawsze wyprzedza go intelektualnie o kilka kroków. Wszelki opór wobec tak wykreowanej postaci kontrolera musi mu się jawić jako tyleż niegodziwy, co bezcelowy.

Przedstawiona technika operacyjna odznacza się znakomitą skutecznością. Stosując ją w praktyce, wielokrotnie miałem okazję obserwować zdziwienie malujące się na twarzy pasażerów, którzy nie spodziewali się, że miła, życiowa rozmowa, w której od 15 minut uczestniczą, jest w istocie niebezpieczną grą w kotka i myszkę z kontrolerem biletów.

W swojej praktyce zawodowej miałem okazję przekonać się, że szczególnie podatne na działanie tej metody są samotne kobiety po trzydziestce, a więc praktycznie pozbawione szans na uregulowanie swojego życia osobistego. Wieloletni brak zainteresowania ze strony mężczyzn powoduje, że kobiety takie żyją w świecie własnych fantazji romantycznych. Poddane działaniu techniki „na rozmownego pasażera” wyobrażają sobie, że przypadkowe spotkanie w tramwaju z czarującym, wpatrzonym w nie mężczyzną jest zrządzeniem losu, które zakończy się stanięciem na ślubnym kobiercu, a nie okazaniem legitymacji służbowej i koniecznością wniesienia opłaty dodatkowej w kasie przewoźnika.

Zawód kontrolera biletów nie należy do łatwych. Od swoich adeptów wymaga on specyficznego połączenia umiejętności interpersonalnych, spostrzegawczości i zdolności do strategicznego myślenia. Nie przez przypadek wielu kontrolerów po przejściu na emeryturę kontynuuje karierę w zarządach największych przedsiębiorstw, w siłach zbrojnych czy w najwyższych organach administracji publicznej.

Praca w terenie to tylko jeden z obowiązków kontrolera. Wiele czasu pochłania ciągłe pogłębianie wiedzy fachowej poprzez udział w sympozjach krajowych i międzynarodowych czy lekturę czasopism branżowych. Wymóg ciągłego doskonalenia kwalifikacji stwarza konieczność prowadzenia dokładnych statystyk skuteczności poszczególnych technik i przygotowywania na ich podstawie okresowych analiz rzutujących na codzienną pracę kontrolera.

Jednak zawód kontrolera to nie tylko trudne wyzwania i osobiste poświęcenie — to również prestiż, przygoda i ogromna satysfakcja. Wyraz twarzy załamanego pasażera, który został złapany na jeździe bez biletu tuż przed swoim przystankiem docelowym, jego drżąca ręka sięgająca po wymięty dokument tożsamości, atmosfera poruszenia i niepokoju wśród współpasażerów — to powody do dumy każdego kontrolera biletów.

Do zobaczenia w tramwajach i autobusach!

00:27, cthinker , Humor
Link Komentarze (3) »
czwartek, 14 czerwca 2007
Rozmowa z bezdomnym

„Chciałem od razu powiedzieć, że nie mam nic przeciwko bezdomnym. To są tacy sami ludzie jak my, tyle że nie mają domów. Osobiście spotkałem bardzo wielu kulturalnych bezdomnych, często z wyższym wykształceniem, i mogę stwierdzić z całą odpowiedzialnością, że są to tak samo dobrzy Amerykanie jak wy czy ja.”

Sierżant Murphy w Antygonie w Nowym Jorku Janusza Głowackiego

Paweł jest bezdomny. Cztery dni temu wyszedł z więzienia we Wrocławiu. Wpadliśmy na siebie nieopodal Hotelu Wrocław, gdy zastanawiałem się, czy jest szansa na zrobienie dobrego zdjęcia pewnego ciekawie oświetlonego placu budowy. Wystartował do mnie z typową historyjką ulicznego naciągacza, której słuchałem piąte przez dziesiąte. Wyszedłem z kryminału... nie mam gdzie mieszkać... nie proszę Cię o pieniądze... Z letargu wybiła mnie dopiero propozycja kupna serka topionego na stacji BP.

— Dlaczego akurat serek topiony? — mamroczę, osłupiały tą ostatnią frazą.

— Bo jest tańszy niż wędlina — wyjaśnia Paweł.

Nie chce mi się iść na tę stację i myślę sobie, że on pewnie o tym wie. Ze zniechęconą miną wyciągam portfel, żeby dać mu na odczepnego parę drobniaków. 1-0 dla niego. Jak na złość w portfelu tylko dwie pięćdziesięciogroszówki, reszta to banknoty, najdrobniejszy dziesiątak. Dwa razy 50 groszy to trochę za mało, a dziesięć złotych to trochę za dużo na serek topiony, więc zgadzam się przespacerować z nim na stację. Kupuję jedyny dostępny serek za 1,99 zł, zastanawiając się, czy po wyjściu ze sklepu znowu go zobaczę.

— Mówiłem Ci, nie oszukuję — mówi, przyjmując ode mnie serek — Mieszkam w śmietniku, chcesz, pokażę Ci.

Pytam, za co siedział. — Za kradzież 78 samochodów. Tyle mi przypięli. — A naprawdę było mniej czy więcej? — Nie no, więcej — odpowiada i patrzy na mnie jak na naiwniaka.

Zadaję kolejne pytania i dowiaduję się, że mój rozmówca przed czterema dniami zakończył 8-letnią odsiadkę. Bez zwolnienia warunkowego, bo należał do grypsujących1, a „dla takich nie ma warunku”. Gdy poszedł siedzieć, był na piątym roku budownictwa na Politechnice. Teraz nie ma gdzie się podziać, bo żona znalazła innego faceta.

Idziemy wspólnie — ja do samochodu, on do swojego śmietnika. Pytam go o pomoc, jaką dostaje od państwa. Mówi, że jako byłemu skazanemu przysługuje mu 23 zł miesięcznie. Z jadłodajni dla bezdomnych nie chce korzystać, bo słyszał, że można złapać wszy. Ale pomoże mu ksiądz Orzech z duszpasterstwa na Bujwida, który prowadzi jakiś ośrodek koło Obornik Śląskich.

— Nie chcę wracać do więzienia. Będę zajmować się kozami u Orzecha. Już do niego dzwoniłem. Powiedział, żebym przyjeżdżał.

Przyglądam mu się: niski, ogorzały, atletyczna budowa pasuje do opowieści o więzieniu. Dość schludny jak na bezdomnego — może przez cztery dni nie zdążył zarosnąć brudem. Sposób wysławiania się nie przeczy studenckiej przeszłości.

Mimo, że wyczuwam u niego niechęć do opowiadania o swojej przestępczej przeszłości, to jednak ciekawość zwycięża. Opowiada mi, że należał do zorganizowanej grupy złodziei samochodów, której szefem był 63-letni facet. Kradli klasowe auta na zamówienie. Skąd się brały zamówienia? Siatka powiązań szefa ze światkiem przestępczym.

Pytam go, jak wpadł.

— Był świadek koronny. Ufasz komuś, a potem on Cię wystawia.

Zaprasza mnie do śmietnika przy bloku, który ironicznie nazywa swoim mieszkaniem. Waham się, czy wejść. Jest ciemno, wokół nie ma nikogo — co, jeśli wyciągnie nóż? Co, jeśli w środku czeka jego kumpel? W końcu postanawiam zaufać, że nie zrobi mi krzywdy po tym, jak mu pomogłem. Pokazuje mi stary materac rozłożony za dwoma kubłami przy najdalszej ścianie śmietnika. Nie rzuca się w oczy. Zastanawiam się, jak można spać w takim smrodzie.

— Materac dostałem od ludzi z bloku. A wyobraź sobie, wczoraj poprosiłem jednego faceta o coś do jedzenia, a on przynosi mi trzy piwa. Mówię mu, że chciałem coś zjeść, a on się śmieje i mówi, że mi nie wierzy.

Trochę z ciekawości, a trochę z chęci zweryfikowania jego historii proszę go, aby opowiedział mi, jak pokonywał zabezpieczenia kradzionych samochodów.

— Otwarcie takiego mercedesa zajmowało mi tyle, co nic. O, już bym był w środku — chwali się — Potem odpalenie to kilkanaście sekund. Pytam o autoalarm, blokadę skrzyni biegów, immobilizer. Zapewnia mnie, że to żaden problem. — Alarm wyłączasz, przykładając do maski paralizator. Tam jest takie napięcie, że wszystko przepala. Blokadę otwierasz ruską gaśnicą. Chcesz, możemy się tak umówić, że jak skroję Twoją furę w półtorej minuty, to stawiasz mi dobry obiad.

Postanawiam nie przyjąć zakładu i pytam go o rodziców. — Rodzice są w Kudowie, ale nie dadzą mi dachu nad głową. Mówią, że ich skrzywdziłem, i mają rację. — Wiesz — wspomina jakby nie na temat — jak przynosiłem do domu co miesiąc po 20 tysięcy, to żona była cacy. A teraz nie chce mnie znać. Chodź, zrobię ci kanapkę z tym serem. Chleb już mam.

Zamiast odpowiadać, zadaję mu pytanie, dlaczego nocuje w śmietniku, a nie pojedzie od razu do księdza Orzecha.

— Orzech powiedział, żebym przyjechał, a ja nie mam pieniędzy na bilet. Do Obornik kosztuje coś koło 7 zł.

Wyjmuję z portfela dwadzieścia złotych i mówię, żeby podszedł. Mimo wszystko nie chcę dokonywać tej transakcji w głębi jego „mieszkania”.

— Nie pomagaj mi, jesteś studentem — oponuje, sugerując się chyba moim młodym wyglądem.

— Już od jakiegoś czasu nie jestem. Będziesz miał na bilet i kupisz sobie jak człowiek coś do jedzenia. Tylko pojedź do Orzecha, niech Ci pomoże stanąć na nogi. — Widzę lekkie zakłopotanie, gdy przyjmuje ode mnie pieniądze.

— W środę Orzech będzie spowiadać. Ja tam będę. Przyjdź, powiem Orzechowi, że mi pomogłeś.

Rozważam, czy zdradzić się, że nie wierzę w Boga. Coś mnie przed tym powstrzymuje — chyba poczucie, że tak jak większość „zwykłych Polaków” nie zrozumiałby mojej niewiary. Mówię mu, że nie potrzebuję, żeby chwalił mnie przed księdzem, że dwadzieścia złotych to żadna wielka pomoc. Przez chwilę nalega. Zastanawiam się, dlaczego chce, żebym spełnił tę dziwną prośbę.

— Dlaczego mi pomogłeś? — pyta w końcu.

— Bo chcesz żyć uczciwie. Poza tym też studiowałem na Politechnice — to tylko najłatwiej strawna część prawdy. Nie umiem bez sztucznego patosu przekazać, że chcę przynajmniej w skromnym zakresie uczestniczyć w budowaniu świata, w którym ludzie, zanim umrą, troszczą się o siebie nawzajem; że — jak pisze Sam Harris w swoim ateistycznym manifeście End of Faith — miłość do innych daje szczęście nam samym. Po raz kolejny namawia mnie na wspólny posiłek.

— Wiesz co, będę musiał spadać — stać mnie tylko na taki wykręt. Myślę sobie, że taki człowiek jak on może potrzebować towarzystwa tak samo jak pieniędzy, ale przecież i tak poświęciłem mu sporo uwagi...

Żegnamy się uściskiem dłoni, jakimś innym niż zwykły, chyba takim dla „grypsujących”. Życzę mu powodzenia. Jest serdeczny, zdrabnia moje imię.

Odchodząc, czuję się dobrze. Zastanawiam się, kto zrobił na mojej pomocy lepszy interes — ja czy Paweł. Może jest tak, że na świecie jest wielu ludzi gotowych do pomocy. Może obdarowujemy naszych bliźnich właśnie wtedy, gdy przełamujemy swój opór i prosimy ich o pomoc?


1 „Grypsujący” to subkultura więzienna z określoną hierarchią i określonymi zasadami, do których należy brak współpracy z klawiszami (strażnikami). Ci, którzy nie grypsują, są „frajerami”, co wiąże się z gorszym traktowaniem przez grypsujących.
14:06, cthinker , Życie
Link Dodaj komentarz »
1 , 2
 
O autorze

Tomasz Szynalski

E-mail: "t" + nazwisko + "małpa" + "gmail.com"

Moje zdjęcia na Flickerze