Poprawia ostrość
Kategorie: Wszystkie | Filozofia | Humor | Nauka | Polityka | Życie
RSS
środa, 04 czerwca 2008
Dialog o tym, czy niepewność w kwestii wartości obliguje nas do ich poszukiwania

FILOMENES: Twierdzisz, Porfiriuszu, iż my śmiertelnicy nie mamy wiedzy o tym, co winniśmy czynić na tym świecie.

PORFIRIUSZ: Tak jest, Filomenesie. Nasza wiedza etyczna jest niepewna i bezładna, a między różnymi myślicielami brak jest zgody. Bywa tak, że nakazy głoszone jako przykazania bogów przeczą sobie wzajemnie, a ich rozmaitych interpretacji nie sposób zliczyć. Wszystko, co do tej pory powiedziano na temat moralności, zdaje się puste i nieuzasadnione.

FILOMENES: Wygląda na to, Porfiriuszu, że rodzaj ludzki pozostawiony został bez żadnych wskazówek etycznych, na których można by polegać. Co tedy począć?

PORFIRIUSZ: To widać całkiem wyraźnie, że w tym smutnym stanie niewiedzy jedynym godziwym zadaniem każdego wolnego człowieka jest poszukiwanie owych nieodkrytych obiektywnych wartości, które obecnie są dla naszego rodzaju zakryte.

FILOMENES: Czy możliwe, aby ów nakaz poszukiwania wartości pochodził właśnie od tych wartości, które kiedyś odkryjemy?

PORFIRIUSZ: Rzecz jasna niemożliwe — wszak tych wartości jeszcze nie poznaliśmy, nie możemy więc na ich podstawie głosić niczego.

FILOMENES: A zatem nakaz ów musi należeć do naszej obecnej wiedzy etycznej?

PORFIRIUSZ: Niewątpliwie, tylko taką wiedzę bowiem posiadamy.

FILOMENES: Zauważ jednak, drogi Porfiriuszu, że nie możemy uznać tego nakazu za całkowicie pewny i prawidłowy.

PORFIRIUSZ: Dlaczegóż to?

FILOMENES: Gdyby bowiem takim był, oznaczałoby to, wbrew twemu twierdzeniu, że rodzaj ludzki posiada jednak niekwestionowalną wiedzę o tym, co należy czynić.

PORFIRIUSZ: Być może posiada.

FILOMENES: Ale skoro byśmy taką wiedzę już posiadali, jakiż powód mielibyśmy, iżby takowej wiedzy szukać? Czy podobna szukać czegoś, co się już znalazło?

PORFIRIUSZ: Niepodobna szukać tego samego, co się już posiada, ale może być, że jedyną pewną (jak dotychczas) wartością jest poszukiwanie innych wartości.

FILOMENES: Ale zauważ, Porfiriuszu, że teraz nie mówisz już, że nie mamy żadnej nieomylnej wiedzy etycznej i dlatego winniśmy jej poszukiwać. Mówisz, że — wręcz przeciwnie — wiemy, co mamy na tym świecie czynić, a tą rzeczą jest, nieco paradoksalnie, szukanie innych rzeczy, które powinniśmy robić. Można by zapytać, dlaczego powinniśmy robić właśnie to, ale byłoby to, jak rozumiem, pytanie naiwne, bowiem w twej koncepcji poszukiwanie wartości jest wartością samą w sobie, a przecież wartości same w sobie są takimi właśnie dlatego, że nie dają się wyjaśnić poprzez inne wartości.

PORFIRIUSZ: Niekoniecznie. Przyszło mi do głowy, że poszukiwanie wartości może nie być wartością samą w sobie, a jedynie środkiem do osiągania innych wartości. Takie rozwiązanie ma tę zaletę, że motywuje nas do poszukiwania wartości, nawet jeśli nie wiemy, czy jakiekolwiek wartości w ogóle istnieją. Jeżeli bowiem nie ma żadnych wartości, to każda rzecz, której poświęcimy swoje życie, będzie jednakowo pozbawiona sensu — możemy więc poszukiwać wartości tak samo jak robić cokolwiek innego. Jeżeli natomiast jakieś wartości istnieją, to poszukując ich, dążymy do ich realizacji.

FILOMENES: W takim ujęciu, Porfiriuszu, widzę poważną trudność. Skoro poszukiwanie wartości miałoby być jedynie środkiem osiągania wartości, to skąd wiadomo, że jest to środek skuteczny? Trudno przecież wskazać na tym świecie bodaj jeden niezawodny środek do osiągania jakiegokolwiek celu.

PORFIRIUSZ: Ależ Filomenesie, jest to chyba dość oczywiste, że poszukiwanie celu sprzyja realizacji tegoż?

FILOMENES: Niezupełnie. Co, jeśli prawdziwą wartością jest powstrzymywanie się od poszukiwania wartości?

PORFIRIUSZ: Ach, Filomenesie! Cóż za złośliwy kontrprzykład! Wśród wszystkich potencjalnych celów na tym świecie akurat coś tak sztucznego i osobliwego miałoby być prawdziwą wartością? Doprawdy, wydaje się to mało prawdopodobne, wręcz absurdalne.

FILOMENES: Widzę, Porfiriuszu, że masz całkiem sporo wiedzy o tym, jakie mogą być prawdziwe wartości i które rzeczy mają większą szansę tymi wartościami się okazać. Czy wolno mi zapytać, skąd ci wiadomo, że właśnie powstrzymywanie się od poszukiwania wartości nie ma największej szansy okazać się wartością — większej niż wszystkie inne potencjalne rzeczy?

PORFIRIUSZ: Po prostu wszystkich potencjalnych celów jest wiele, zaś twój przykład tylko jeden. Byłoby zaiste bardzo niezwykłe, gdyby wartością okazał się być właśnie ten jeden wymyślony przez ciebie cel, a nie któryś z tak wielu pozostałych celów.

FILOMENES: Hola, hola, Porfiriuszku! Zdaje mi się, że czynisz ciche założenie, iż mamy tu do czynienia z jakimś losowaniem jednego celu spośród wszystkich możliwych celów, niczym losów z urny. Skąd jednak wiesz, że wylosowanie każdego celu jest tak samo prawdopodobne? Co, jeśli właśnie ten mój cel ma tak wielkie prawdopodobieństwo wylosowania, że przekracza ono prawdopodobieństwo wylosowania wszystkich innych celów razem wziętych?

PORFIRIUSZ: Znowu wydaje się, że tak być nie może.

FILOMENES: A czy uważasz to za wiedzę pewną czy jedynie prawdopodobną? Jeżeli to drugie, to od razu spytam, czy ocena tego z kolei prawdopodobieństwa jest wiedzą pewną?

PORFIRIUSZ: Zapędziłeś mnie w kozi róg, zręczny Filomenesie. Z tego, co żeśmy tu powiedzieli, pokazuje się, że albo dysponujemy jakąś tajemniczą, zupełnie pewną wiedzą o tym, co może być wartością, lub przynajmniej o prawdopodobieństwach rządzących tym zagadnieniem, albo takiej wiedzy w sobie nie odnajdujemy i wówczas wypada nam tylko przyznać się do całkowitej ignorancji w kwestii etyki.

FILOMENES: Zaiste, w braku owej zagadkowej, nieomylnej wiedzy nie wolno nam nawet twierdzić, że sens ma poszukiwanie wartości. Bo jeśli takie postępowanie miałoby być wartością samą w sobie, skądże pewność co do tej wartości? A jeśli miałby być to środek do osiągania innych, nieznanych nam obecnie wartości, skądże przeświadczenie, że nie jest to środek przeciwskuteczny?

wtorek, 18 marca 2008
Daniel C. Dennett ― Gdzie jestem?

Z prawdziwą przyjemnością przedstawiam moje tłumaczenie opowiadania Where am I? Daniela C. Dennetta, jednego z najwybitniejszych żyjących filozofów zajmujących się problemem świadomości. Oryginalny tekst został wydrukowany w 1978 r. w zbiorze esejów Brainstorms. Przekład publikuję za zgodą autora.

Opowiadanie liczy 10 stron A4, więc zalecam lekturę w postaci wydrukowanej.

niedziela, 11 listopada 2007
O satyrze i ranieniu cudzych uczuć

Moje sprostowanie w kwestii odpustów kościelnych doczekało się ciekawego komentarza ze strony Profeta, wiernego czytelnika tego bloga:

(...) o ile w pierwotnej wypowiedzi udało Ci się uniknąć ironii w odniesieniu do wiary, tym razem Twoja wypowiedź ma cechy wielkiej polewki... Na przyszłość zatem lepiej się maskuj, bo niebezpiecznie ocierasz się o możliwość zranienia cudzych uczuć. A przecież sam domagasz się uszanowania swoich poglądów, choćby w zakresie bezsensu odwiedzania grobów zmarłych krewnych.

Zacznę od kwestii najprostszej, czyli od ostatniego zdania, w którym Profet zarzuca mi, iż pokpiwając z katolickich wierzeń, traktuję innych inaczej, niż sam chcę być traktowany. Mamy tu chyba do czynienia z jakimś nieporozumieniem. Nigdy nie oczekiwałem i nie oczekuję, aby ktokolwiek powstrzymywał się od komentowania moich poglądów w sposób ironiczny, prześmiewczy czy nawet złośliwy. Ależ proszę bardzo: krytykujcie, obalajcie i wyśmiewajcie moje koncepcje! Jedyne „uszanowanie”, jakiego się domagam, to zaakceptowanie faktu, iż dopóki mnie nie przekonacie, będę postępować zgodnie ze swoimi poglądami.

Oczywiście fakt, iż mnie samemu nie przeszkadza cięta krytyka, nie przesądza o tym, że wolno mi nią „częstować” inne osoby, które mogą być przecież bardziej wrażliwe lub mniej przywykłe do takiej formy dyskursu. Jednak niewątpliwie nietrafny jest zarzut, że pozwalam sobie na więcej, niż pozwalam innym.

Przed napisaniem niniejszej odpowiedzi długo zastanawiałem się, o co właściwie chodzi z tym „zranieniem uczuć”, o które według Profeta niebezpiecznie się otarłem. Przypomnę, że w moim tekście posługuję się ironią — ostatnie dwa akapity mojego wpisu mają bowiem strukturę szczerych przeprosin połączonych z poradą dla katolickich czytelników (wszystkie zawarte w niej informacje są zresztą prawdziwe i zostały dokładnie sprawdzone), które po dokładniejszej lekturze okazują się być pretekstem do przedstawienia nauki Kościoła o odpustach w niezbyt korzystnym świetle. W moim tekście piszę o „regulaminie promocji”, „wyroku”, „odsiadce”, „robieniu przysługi babci”, przez co uwydatniam pewne cechy odpustów (m.in. ich biurokratyczność, arbitralność i niesprawiedliwość). Celowo tworzę pewną karykaturę, dzięki której czytelnik może łatwiej zauważyć, że coś tu nie gra, a tekst staje się barwniejszy i bardziej przykuwający uwagę. Z kolei ironia, będąca rodzajem kamuflażu, wymusza na czytelniku większą uwagę, bardziej angażuje go w samodzielne myślenie.

Powyższe chwyty retoryczne nie są więc bezużytecznymi ozdobnikami — pozwalają mi one skuteczniej dotrzeć do czytelnika z moimi argumentami.

Oczywiście można również powiedzieć, że wyśmiewam pewną katolicką doktrynę, ale od kiedy to autorowi nie wolno śmiać się z pewnych poglądów, sposobów postępowania czy obyczajów, które uważa za błędne czy szkodliwe? Czy Profet jest zwolennikiem wizji świata, w którym nie wolno nagrać programu satyrycznego pokazującego absurdalność polityki rządu, ponieważ mogłoby to urazić zagorzałych sympatyków rządzącego ugrupowania? Czy według niego dziennikarz sportowy nie ma prawa w swoim artykule ironizować na temat słabej gry Wisły Kraków, gdyż mógłby tym sprawić przykrość najwierniejszym kibicom tego klubu? Czy Profet uważa, że satyra jest gatunkiem niemoralnym?

Załóżmy na chwilę, że Profet tak nie uważa, a jego celem nie jest wpisanie na indeks sztuk Moliera i serialu The Simpsons. O co zatem może mu chodzić?

Być może według Profeta „zakaz kpin” powinien dotyczyć tylko pewnego zbioru poglądów, do którego należą poglądy religijne. Zastanówmy się, czy taki zbiór można sensownie zdefiniować. Czy rzeczywiście niektóre przekonania zasługują na szczególne traktowanie?

Jest niezaprzeczalnym faktem, iż ludzie przywiązują się do pewnych przekonań bardziej niż do innych. Jestem przekonany zarówno o tym, że Ziemia jest okrągła, jak i o tym, że mój przyjaciel żyje. Jednak ten drugi fakt ma o niebo większy wpływ na moje emocje niż pierwszy. Gdyby ktoś kiedyś musiał uświadomić mi, że to przekonanie jest błędne, z pewnością oczekiwałbym, że zrobi to w sposób szczególnie delikatny.

Sytuacji, w których uznajemy konieczność zachowania szczególnie delikatnej formy, jest wiele: oczekujemy jej od lekarza, informującego nas o ciężkiej chorobie, i od przyjaciela, który chce nam powiedzieć, że nasza córka wcale nie ma talentu muzycznego. Wszelkie szyderstwa w takich przypadkach uznamy za niedopuszczalne.

Czy podobnie może być w przypadku niektórych przekonań religijnych? Wydaje się, że tak. Wiele osób jest przypuszczalnie bardzo przywiązanych do przekonania o istnieniu życia po śmierci. Osoby takie mogą autentycznie radować się wizją przyszłości, w której nie tylko same nie umrą, ale także spotkają się z bliskimi, którzy od nich odeszli. Kto wie — być może intelektualne drwiny z koncepcji życia pozagrobowego mogą zostać przez te osoby odebrane tak, jak gdyby ktoś pozbawiał ich nadziei i jeszcze robił sobie z tego okazję do żartów? Coś jak gdyby lekarz po obejrzeniu wyników nowych badań informował o nich pełnego nadziei pacjenta w następujący sposób: „Oczywiście zachęcam Pana, tak jak wszystkich pacjentów, aby nadal wierzył Pan w swoje wyzdrowienie. Przy okazji może Pan również wmówić sobie, że wygra Pan w totolotka — to naprawdę poprawia samopoczucie”.

Podobnie mogą istnieć ludzie, którzy naprawdę czerpią radość z faktu, iż za pomocą odpustu uzyskali skrócenie pobytu w czyśćcu dla swoich zmarłych rodziców. Sugerowanie im w sposób ironiczny, że ich radość jest oparta na dziwacznej, wręcz groteskowej doktrynie, może istotnie zostać odebrane jako nieczułe grubiaństwo. Być może gdybym w moim tekście poprzestał na wypisaniu suchej listy problematycznych punktów koncepcji odpustów, a nie posłużyłbym się ironią ani hiperbolą, osoby takie byłyby co prawda zawiedzione, że ich wizja świata nie jest tak spójna albo tak prawdopodobna, jak im się wydawało, ale przynajmniej nie poczułyby się dodatkowo wyszydzone przez wrogiego im, przemądrzałego autora.

Trzeba w tym miejscu zauważyć, że zranione uczucia mogą wystąpić jedynie u takich osób, które po przeczytaniu mojego tekstu nabiorą istotnych wątpliwości co do słuszności swoich dotychczasowych przekonań. Stuprocentowy katolik całkowicie przekonany o tym, że takie rzeczy jak czyściec i odpusty istnieją i rządzą się zasadami określonymi w dokumentach Kościoła, nie przejmie się przecież w ogóle moimi zastrzeżeniami — co najwyżej przyzna, że doktryna odpustów jest dziwna, ale prawdziwa.

Jakie wnioski wyłaniają się z powyższych rozważań? Na pewno kwestia zranionych uczuć wymaga uwzględnienia podczas pisania tekstów polemizujących z przekonaniami, do których niektórzy ludzie mogą być emocjonalnie przywiązani. Nie można jednak z góry zrezygnować ze stosowania środków retorycznych takich jak sarkazm czy hiperbola. Korzystanie z takich chwytów, o ile nie są obliczone wyłącznie na znieważenie odbiorcy, nie jest zwykłą złośliwością — środki te zmuszają czytelnika do myślenia i ułatwiają mu zauważenie błędów tkwiących w pewnych przekonaniach czy postawach.

Jak to zwykle bywa w kwestiach związanych z etyką, każdy przypadek wymaga osobnego rozważenia. Z jednej strony należy wziąć pod uwagę liczbę czytelników, którzy mogą poczuć się urażeni danym tekstem, oraz to, jak bardzo może on wpłynąć na ich emocje. Z drugiej strony należy oszacować, na ile nacechowany retorycznie, wyrazisty tekst może ułatwić czytelnikom dojście do pewnych słusznych wniosków. Nie bez znaczenia jest też korzyść społeczna wynikająca ze zwalczania określonego błędnego poglądu (nie wszystkie błędne poglądy są tak samo warte zwalczania). Widać od razu, że wybór prawie nigdy nie będzie oczywisty, a dokonać go musi autor tekstu.

Chciałbym zatem, aby obrońcy uczuć religijnych mieli świadomość, że stosowanie środków satyrycznych wiąże się z obiektywnymi korzyściami i nie można z góry założyć, że korzyści te są mniej ważne niż straty emocjonalne pewnej grupy odbiorców. Po drugie, powinni oni rozumieć, że pewne przekonania mogą zasługiwać na większą ochronę przed satyrą dlatego, że są wyznawane przed dużą liczbę ludzi, że mają duży wpływ na samopoczucie tych ludzi, albo że zwalczanie ich nie ma większego sensu — ale z pewnością nie dlatego, że są przekonaniami religijnymi. Gdyby w Polsce mieszkała duża grupa ludzi przekonanych, że noszenie nakrycia głowy z folii aluminiowej pozwala odbierać telepatycznie wskazówki emitowane z kosmosu przez odległą cywilizację, a przekonanie to byłoby dla nich przedmiotem silnej identyfikacji i źródłem wielkiej radości, wówczas uczucia tej grupy należałoby brać pod uwagę podczas pisania tekstów tak samo jak dzisiaj trzeba brać pod uwagę uczucia katolików.

Co zatem z moim wpisem o odpustach, który tak się nie spodobał Profetowi? Po zakończeniu przedstawionych tu rozważań przeczytałem go wiele razy i nie wydaje mi się, aby moje groteskowe potraktowanie tematu mogło sprawić istotną przykrość czytelnikom przywiązanym emocjonalnie do katolickiej wizji czyśćca i odpustów (zresztą iluż takich się znajdzie?), a jeżeli nawet, to interes skuteczności przekazu usprawiedliwia danie drobnego „prztyczka w nos” pewnym osobom. Dlatego tekst pozostanie niezmieniony. Jest to moja suwerenna decyzja i zastrzegam sobie prawo do podejmowania podobnych decyzji w przyszłości. A do osób wierzących apeluję, aby nie obrażali się na moją satyrę, gdyż nie stosuję jej po to, by kogokolwiek urazić, lecz po to, by w dobrej wierze krytykować przekonania, które szczerze uważam za błędne.

niedziela, 28 października 2007
Sprostowanie w kwestii odwiedzania cmentarzy

Środowiska blisko związane z Kościołem Katolickim zwróciły mi uwagę, iż w moim artykule pt. „Ile kosztują nas zmarli?” błędnie przedstawiłem stan rzeczy odnośnie środków, którymi osoba wierząca może skrócić pobyt w czyśćcu osoby zmarłej. Napisałem w tej kwestii co następuje:

Według doktryny Kościoła Katolickiego żyjący wierni mogą uzyskać dla pensjonariuszy czyśćca skrócenie kary poprzez modlitwę, zamówienie mszy za zmarłego lub otrzymanie odpustu od papieża. Rzecz jasna, żadna z tych czynności nie wymaga obecności na cmentarzu, czyszczenia nagrobka ani zakupu ozdób.

Powyższe słowa pisałem na podstawie lektury anglojęzycznej Encyklopedii Katolickiej; niestety okazała się to być lektura zbyt pobieżna. Okazuje się bowiem, że użyte w tej encyklopedii słowo grant w odniesieniu do odpustu oznacza nie „udzielić”, ale „ustanowić”. Według doktryny Kościoła Katolickiego do uzyskania skrócenia kary wystarcza zatem otrzymanie odpustu ustanowionego przez papieża.

Ponadto, zwrócono mi uwagę, iż w Kościele Katolickim funkcjonuje odpust Coemeterii visitatio, za pomocą którego wierny może uzyskać skrócenie pobytu w czyśćcu wybranych osób pod warunkiem złożenia pobożnej wizyty na cmentarzu połączonej z modlitwą za zmarłych. Można w ten sposób załatwić dla swoich bliskich odpust częściowy (skrócenie kary o bliżej niesprecyzowany okres), a w dniach od 1 do 8 listopada teoretycznie nawet odpust zupełny (natychmiastowe zwolnienie z czyśćca i awans do nieba). Teoretycznie, bo otrzymanie odpustu zupełnego wymaga spełnienia „drobnego” warunku, jakim jest całkowity brak przywiązania do grzechu, nawet lekkiego...

W każdym razie nieprawdziwe jest moje stwierdzenie, że według Kościoła Katolickiego obecność na cmentarzu nie przyczynia się w ogóle do dobrobytu naszych zmarłych bliskich. Jednakże warto zauważyć, że spełnienie warunków odpustu Coemeterii visitatio nie wymaga obecności na tym cmentarzu, na którym pochowano naszych bliskich (zamiast tego możemy odwiedzić np. cmentarz najbliższy naszego miejsca zamieszkania), ani złożenia wizyty w dniu Wszystkich Świętych czy w Dniu Zadusznym (możemy to zrobić w innym dniu1). Nie ma też mowy o czyszczeniu czy dekorowaniu nagrobków.

Chciałbym w tym miejscu przeprosić wszystkich katolików, którzy po przeczytaniu mojego bloga powstrzymywali się od pobożnego nawiedzania cmentarzy, oraz pensjonariuszy czyśćca, których wyroki nie uległy przez to skróceniu w takim stopniu, w jakim mogłyby były.

Aby choć w części zrekompensować osobom poszkodowanym — żyjącym i nieżyjącym — skutki mojej niefrasobliwości, pragnę podzielić się mało znanym trikiem, który przekazał mi pewien znawca nauczania Kościoła. Otóż jeżeli chcecie, aby Wasza babcia albo Wasz ukochany wujek mieli krótszą odsiadkę w czyśćcu, odwiedźcie pobożnie jakikolwiek kościół w Dzień Zaduszny (2 listopada)2, zmawiając Ojcze nasz i Wyznanie wiary — załatwicie dla nich odpust częściowy3. Jeśli do tego odwiedzicie cmentarz, uzyskacie podwójny efekt odpustowy, dzięki czemu Wasza babcia być może wyjdzie z czyśćca szybciej niż babcia Waszych sąsiadów, którzy nie znają tego numeru. Pamiętajcie — przeczytaliście o tym na Autofokusie!


1 W dowolnym dniu roku — chociaż nie jest wykluczone, że uzyskamy większy odpust cząstkowy, gdy zjawimy się tam jednak w dniach 1–8 listopada, zwłaszcza jeśli dodatkowo przystąpimy do spowiedzi i komunii oraz zmówimy Ojcze nasz i Zdrowaś Mario. Jak wspomniałem wcześniej, idealni katolicy mogą uzyskać tych dniach odpust zupełny. Szczegóły w regulaminie promocji.
2 Nie macie czasu 2 listopada? Nie ma problemu! Wtajemniczeni wiedzą, że za wizytę w Dzień Zaduszny uznaje się wizytę złożoną od południa 1 listopada do północy 2 listopada — na wyświadczenie przysługi babci macie więc w sumie półtorej doby.
3 Skutek może być większy, jeżeli przystąpicie do spowiedzi i komunii oraz zmówicie Ojcze nasz i Zdrowaś Mario, a jeśli do tego jesteście zupełnie pozbawieni przywiązania do grzechu, to dostaniecie nawet odpust zupełny.
niedziela, 14 października 2007
Ile kosztują nas zmarli?
Święto Wszystkich Kamiennych Płyt

Jest taki dzień w roku, kiedy każdy Polak odkłada na bok swoje zajęcia i wsiada w samochód, pociąg, tramwaj lub autobus po to, aby wyruszyć w specjalne miejsca oznaczone kamiennymi płytami, pod którymi w drewnianych prostopadłościennych pudłach zakopano dawno temu szczątki bliskich mu osób. Czasami oznacza to godzinę stania w tramwaju wypełnionym po brzegi śmierdzącymi ludźmi, czasem mozolne posuwanie się po krajowych drogach w sznurze ślimaczących się pojazdów, a czasem półtoragodzinną jazdę w niezmiennym rytmie sprzęgło-jedynka-gaz-hamulec-sprzęgło-luz za sprawą gigantycznego korka, który zaczyna się już na 5 kilometrów od miejsca docelowego, zwanego „cmentarzem”. Wszystko to odbywa się oczywiście w towarzystwie licznych stróżów prawa udających, że jakakolwiek regulacja ruchu jest w stanie zapewnić sprawny i bezpieczny dojazd dziesiątkom tysięcy kierowców, którzy zapragnęli znaleźć się w tym samym miejscu o tym samym czasie.

W Święto Wszystkich Kamiennych Płyt (a co bardziej przewidujący nawet wcześniej) każdy Polak obowiązkowo zaopatruje się w kwiaty oraz specjalne świece w szklanych słoikach zwane „zniczami”, które w odpowiednim czasie postawi na kamiennych płytach z wyrytymi nazwiskami swoich nieżyjących bliskich. Wiąże się to z niemałym kosztem, gdyż powszechnie przyjmuje się, że przynajmniej jeden z tych rekwizytów musi znaleźć się na płycie z nazwiskiem każdej osoby, z którą był spokrewniony.

Jednak koszt kilkudziesięciu złotych poniesiony na zakup ozdób to tylko drobny element całego przedsięwzięcia. Dla każdego Polaka jest bowiem oczywiste, że zanim na kamiennej płycie znajdą się kwiaty i specjalne świece, musi ona odpowiednio się prezentować. Na ocenę prezencji składają się: czystość i gładkość powierzchni, ich właściwe wypoziomowanie (sprawdza się, czy któraś strona płyty nie osiada w głąb gruntu), czytelność napisów oraz schludność obszaru wokół płyty. Dlatego każdy Polak w przeddzień dnia, w którym musi znaleźć się przy kamiennych płytach z nazwiskami swoich najbliższych, przyjeżdża w te same miejsca, aby przygotować je do właściwego przyjazdu. Za pomocą szmatki, detergentu i wiaderka z wodą szoruje kamień, martwiąc się tym, że czyszczone powierzchnie mogą ulec do jutra zabrudzeniu. Usuwa liście, które nagromadziły się w okolicy pomnika, specjalnie przywiezionymi w tym celu grabkami. Rzecz jasna, bardziej majętni Polacy nie zajmują się czyszczeniem sami, a wynajmują w tym celu specjalizowanych usługodawców, którzy wykonują te konieczne czynności za stosownym wynagrodzeniem.

Ile to kosztuje?

Udekorowanie tego nagrobka kosztowało co najmniej 80 zł. Któż z nas nie chciałby być po śmierci tak kochany przez bliskich?

Dwie lub trzy wizyty na cmentarzu w okresie święta Wszystkich Kamiennych Płyt to nie wszystkie okazje, przy których każdy Polak winien rzucić swoje zajęcia i zawitać do kamiennych płyt z nazwiskami swoich najbliższych. Do dni, w których ta czynność jest obowiązkowa, należą również: dzień urodzin zmarłego, rocznica ślubu (jeśli zmarły był naszym małżonkiem) oraz Wigilia Bożego Narodzenia. Ponadto należy dbać o konserwowanie kamiennych płyt nie rzadziej niż co dwa miesiące, tak aby nie nabrały one nieestetycznego wyglądu, co mogłoby nas narazić na znalezienie się na językach krewnych, którzy mogą przecież odwiedzić obsługiwaną przez nas kamienną płytę, aby wypełnić swój obowiązek zapalenia na niej znicza.

W praktyce można przyjąć, że kamienne płyty naszych bliskich, zlokalizowane w pobliżu naszego miejsca zamieszkania winniśmy odwiedzać nie rzadziej niż 8 razy w roku, przy czym na ogół 1-2 płyty (z nazwiskami naszych najbliższych krewnych — małżonka, rodziców, dzieci, rodzeństwa) powinniśmy nie tylko ozdabiać, ale także utrzymywać w schludnym stanie. Koszt zakupu ozdób na kilka kamiennych płyt przy sześciu „rutynowych” wizytach to nie mniej niż 30 zł, zaś przy dwóch „większych” wizytach (z okazji święta Wszystkich Kamiennych Płyt i np. Wigilii) — nie mniej niż 100 zł. Sam koszt ozdób w skali roku to zatem co najmniej 380 zł. Do tego należy doliczyć koszt dojazdów. Jeżeli do cmentarza nie mamy zbyt daleko, a poruszamy się samochodem, będzie to powiedzmy 10 zł za jeden dojazd, czyli 80 zł na rok. W dobrym tonie byłby też wyjazd, przynajmniej raz w roku, do kamiennej płyty położonej nieco dalej od naszego domu. Załóżmy, że koszt takiego wyjazdu wyniesie około 200 zł razem z koniecznymi z tej okazji ozdobami.

Jeżeli zatem przyzwoicie wypełniamy nasz powszechnie uznawany, społeczny obowiązek, to kamienne płyty znaczące miejsca, w których kiedyś złożono ciała naszych krewnych, pochłaniają rocznie co najmniej 660 zł i co najmniej kilkanaście godzin naszego czasu. Oznacza to, że normalny, przystosowany do życia w społeczeństwie Polak wydaje miesięcznie co najmniej 55 zł i poświęca co najmniej godzinę swojego czasu tylko po to, aby utrzymywać estetyczny wygląd specjalnego miejsca, w którym znajduje się tablica z nazwiskiem jego matki, brata czy innej niegdyś bliskiej mu osoby.

Jaki ma to sens?

Spróbujmy teraz dokonać rzeczy właściwie w Polsce niedopuszczalnej, czyli zastanowić się, jaki sens ma utrzymywanie i ozdabianie takiej kamiennej płyty. Przychodzi mi do głowy kilka potencjalnych uzasadnień:

Grób jest miejscem, do którego mogą przyjść krewni, aby wspominać zmarłego, a nawet „porozmawiać” z nim. Odpowiedź na ten argument jest oczywista aż do bólu: Żeby wspominać zmarłą osobę czy z nią „rozmawiać”, nie musimy znajdować się w jednym konkretnym miejscu, w sąsiedztwie tablicy z jej nazwiskiem. Być może w pobliżu takiej tablicy jest to odrobinę łatwiejsze, ale czy takie ułatwienie dla nas i dla krewnych zmarłego jest warte 55 zł i godzinę pracy miesięcznie, zwłaszcza że o wiele skuteczniejszym wyzwalaczem wspomnień jest przeglądanie pamiątek po zmarłym, jego zdjęć czy choćby przebywanie w miejscach związanych z jego życiem?

Przychodzenie na grób, utrzymywanie go w czystości i stawianie na nim ozdób jest formą okazania miłości zmarłemu. No cóż, jeżeli mój nieżyjący ojciec żyje gdzieś w zaświatach (w co oczywiście z braku dowodów nie wierzę) i domaga się ode mnie polerowania kamiennej płyty z jego personaliami i stawiania na niej kwiatów jako dowodu miłości, to chciałbym go w tym miejscu serdecznie poklepać po plecach i powiedzieć, że chyba postradał rozum. ;-) Ludzie wysuwający ten argument zdają się uważać nie tylko, że zmarli żyją i nas widzą (o czym jest przekonana większość Polaków), ale także, że zależy im na tym, aby kamienne płyty z ich nazwiskami były utrzymywane w miłym dla oka stanie. Odważę się zasugerować, że rozumni mieszkańcy zaświatów nie mieliby wobec nas tak powierzchownych i próżnych oczekiwań. Jeżeli tak uznamy, to pośmiertne oczekiwania estetyczne naszego zmarłego wuja musimy określić jako nierozumne — dlaczego więc mielibyśmy je spełniać? W końcu jeżeli nasz żyjący i całkiem zdrowy wuj wyrazi życzenie, abyśmy co miesiąc na ławce przed jego blokiem składali wieniec, to jego prośbę skwitujemy najwyżej uśmiechem.

Warto tu zauważyć, że argument okazywania miłości ma również wymiar szantażu emocjonalnego. Sugeruje on bowiem, że jeśli nie sprzątamy i nie ozdabiamy grobu osoby zmarłej, to znaczy, że nigdy jej nie kochaliśmy.

Zmarłym „należy się” coś od nas w zamian za miłość, którą nas obdarzali. Innymi słowy, jeżeli nie czyścimy i nie ozdabiamy grobu osoby zmarłej, okazujemy jej niewdzięczność. „Babcia tak cię kochała, a ty nawet nie postawisz jej świeczki?” — powie ojciec dziecku, które nie ma ochoty jechać na cmentarz. Jest to wariant przedstawionego powyżej argumentu z okazywaniem miłości. Tak jak poprzedniego argumentu można próbować go bronić jedynie przy metafizycznym założeniu, że zmarli żyją i nas obserwują, a my możemy wpływać na ich samopoczucie. W przeciwnym razie nie można mówić o niewdzięczności, ponieważ nie ma osoby, która mogłaby ją odczuwać. Nawet jednak przy takiej wizji rzeczywistości pozostaje pytanie, dlaczego nasi zmarli bliscy mieliby się od nas domagać tak powierzchownej rzeczy jak dbanie o estetykę kawałka granitu, i dlaczego mielibyśmy ich w tej sprawie słuchać?*

Religia katolicka wymaga dbania o groby bliskich. Argument ten jest wynikiem powszechnej nieznajomości rzeczywistego nauczania Kościoła Katolickiego wśród polskich „wiernych”. W żadnym oficjalnym dokumencie Kościół Katolicki nie nakłada na wiernych obowiązku dbania o groby osób bliskich ani odwiedzania tych grobów. Dzień Wszystkich Świętych, jak wskazuje sama nazwa, jest uroczystością ku czci wszystkich znanych i nieznanych świętych, którzy dostąpili tzw. widzenia uszczęśliwiającego (visio beatifica), czyli bezpośredniego postrzegania Boga w niebie. W uroczystości tej chodzi więc o oddanie hołdu nie „szeregowym” nieboszczykom, ale tym bohaterom, którzy poprzez przestrzeganie przykazań Boga dostali się do nieba, gdzie są bardzo, bardzo szczęśliwi. Następujące po niej święto (2 listopada) to tzw. Dzień Zaduszny, czyli dzień modlitwy za zmarłych wiernych, którzy pokutują w czyśćcu za swoje grzechy, oczekując na dostanie się do nieba. Według doktryny Kościoła Katolickiego żyjący wierni mogą uzyskać dla pensjonariuszy czyśćca skrócenie kary poprzez modlitwę, zamówienie mszy za zmarłego lub otrzymanie odpustu. Jednak żadna z tych czynności nie wymaga odwiedzania grobów bliskich, pielęgnowania ich ani stawiania na nich ozdób. (Szczegóły dotyczące odpustów w sprostowaniu do tego akapitu.)

Ludzie potrzebują udawać, że robią coś dla osób, które żyją w ich pamięci. Możemy przypuszczać, że po odejściu osoby, którą darzyliśmy uczuciem, nadal potrzebujemy jakoś wyrazić to uczucie, znaleźć dlań jakieś ujście. Stawiając na grobie kwiaty, czujemy się trochę tak, jakbyśmy wręczali je zmarłemu. W rezultacie czujemy się nieco lepiej. Jeśli przyjmiemy tę teorię, możemy powiedzieć, że poświęcanie czasu i pieniędzy na dbanie o grób osoby bliskiej nie jest czynnością bezsensowną — jej sensem jest bowiem poprawa stanu psychicznego osoby, która tym grobem się opiekuje. Co możemy odpowiedzieć na taki argument?

Po pierwsze, zauważmy, iż za pomocą argumentu potrzeby psychicznej możemy uzasadnić fakt, iż sami zajmujemy się nagrobkiem, jednak nie możemy tym argumentem przekonać osoby, która nie ma potrzeby wyrażać w ten sposób swojej miłości do zmarłego. W tym ujęciu opieka nad grobami nie jest przecież żadnym uniwersalnym imperatywem moralnym, a jedynie pewną techniką poprawiającą samopoczucie. Możemy — a nawet winniśmy — stosować ją, jeśli jest skuteczna, jednak nie mamy prawa krytykować osób, które jej nie stosują i np. w ogóle nie odwiedzają grobów swoich bliskich. Być może osoby te wcale nie muszą poprawiać sobie samopoczucia albo czynią to w inny sposób — nie nasza to sprawa.

Po drugie, możemy wątpić, czy dekorowanie granitowej płyty jest aby na pewno jedynym sposobem na wyrażenie swojego niewygasłego uczucia do osoby zmarłej. Zamiast wykonywać czynność, z której nikt oprócz nas nie ma pożytku, możemy przecież dokończyć jakieś sensowne dzieło rozpoczęte przez zmarłego albo zatroszczyć się o kogoś, kto został podobnie jak my osamotniony jego odejściem.

Należy zajmować się grobami bliskich, ponieważ taka jest konwencja społeczna (tradycja). Można argumentować, że opieka nad nagrobkami jest konwencją, czyli czynnością, której wykonanie bądź niewykonanie komunikuje coś innego, niż można odczytać z samej treści czynności. Na przykład, jeżeli mówię sąsiadowi „Dzień dobry”, to nie wyrażam w ten sposób swojej oceny dotychczasowego przebiegu dnia, lecz fakt, iż rozpoznaję mojego sąsiada i jestem z nim w dobrych stosunkach. To, że czynię to akurat za pomocą słów „Dzień dobry”, nie ma racjonalnego uzasadnienia — jest po prostu wynikiem utrwalonego zwyczaju. Jeżeli natomiast nie powitam mojego sąsiada, spotkawszy go na klatce schodowej, zakomunikuję w ten sposób fakt, iż mam do niego jakąś urazę.

Analogicznie można by argumentować, że nie dbając o nagrobki osób bliskich, wyrażam nie tylko prosty fakt, iż nie lubię marnotrawić pieniędzy i czasu albo że estetyka kamiennej płyty nie jest dla mnie istotna. Swoim brakiem zainteresowania komunikuję, siłą konwencji, coś o wiele bardziej doniosłego, np. „mój zmarły wuj w ogóle mnie nie obchodził”, „mam głęboki żal do mojego zmarłego wuja”, „jestem zimnym egocentrykiem, który nie odczuwa przywiązania do innych ludzi” czy „jestem nonszalanckim ekscentrykiem”. To, jak konkretnie mój bezwiedny komunikat zostanie odczytany, zależy oczywiście od jego odbiorcy. Widać przy tym wyraźnie, że każdy z przedstawionych komunikatów jest mniej lub bardziej szkodliwy dla moich relacji z rodziną i znajomymi — prezentuję się bowiem w najlepszym wypadku jako nieszkodliwy dziwak, a w najgorszym jako niemalże psychopata.

Wobec konwencji możemy zająć dwa skrajne stanowiska. Najprostszą odpowiedzią byłoby zadeklarowanie, że robimy to, co uważamy za słuszne, i nic nas nie obchodzi, co inni sobie pomyślą o naszych motywach. Postawa taka kusi swoją prostotą, jednak nie jest to raczej prostota szlachetna. Człowiek, który odmawia witania znajomych formułką „Dzień dobry” czy podawania im ręki (co racjonalnie można zrozumieć, gdyż czynności te nie pełnią same w sobie żadnej funkcji praktycznej), skazuje ich na zastanawianie się, czy może czymś go nie urazili. Jest więc człowiekem, który wprowadza do relacji z innymi ludźmi niepotrzebne nieporozumienia.

Z drugiej strony postawa pełnej zgodności z konwencjami społecznymi również wydaje się nieoptymalna moralnie. Możemy sobie wyobrazić społeczeństwo, w którym szacunek do swojego plemienia komunikuje się poprzez udział w plemiennym sporcie, jakim jest torturowanie członków innego plemienia. Widać wyraźnie, że powinniśmy odmówić udziału w tym zwyczaju, nawet jeśli wprowadzi to niemałe zamieszanie w nasze relacje ze współplemieńcami.

Na uwagę zasługuje zatem postawa pośrednia: Należy komunikować się swoim słowem i zachowaniem w sposób ogólnie przyjęty (czyli tak, aby ludzie nie wyciągali błędnych wniosków na nasz temat), chyba że wiąże się to ze znacznym kosztem. Innymi słowy, powinniśmy każdorazowo ocenić rozmiary nieporozumienia i zestawić je z korzyściami, które uzyskujemy, zachowując się niezgodnie z konwencją.

W przypadku opieki nad nagrobkami na jednej szali mamy zaoszczędzone pieniądze i czas, które możemy spożytkować w jakimś wartościowym celu, zaś na drugiej szali — ryzyko, że nasi krewni i znajomi zostaną wprowadzeni w błąd co do naszego stosunku do zmarłego krewnego bądź co do naszego stosunku do ludzi w ogóle.


* Oczywiście wszystko da się uzasadnić przy odpowiednim dopasowaniu założeń metafizycznych. Jeżeli np. założę, że samopoczucie mojego ojca w zaświatach zależy tylko od jednego bodźca (estetyki jego nagrobka), opieka nad grobem stanie się jedynym sposobem poprawienia jego losu, a zatem czynnością wysoce pożądaną moralnie. Jednak osoby wierzące w życie pozagrobowe z jakiegoś powodu nie uznają takiego założenia za prawdopodobne.
piątek, 20 lipca 2007
Dialog o ateizmie, wierze i prawdzie

Kwirytus: Drogi Filonie, znam cię nie od dzisiaj jako człowieka prawego i mądrego. Zawsze jednak chciałem zadać ci pytanie, dlaczego jesteś ateistą?

Filon: Kwirytusie, pozwól, że najpierw wyjaśnię, co mam na myśli, opisując siebie za pomocą słowa „ateista”. Otóż jestem człowiekiem pozbawionym przekonania o istnieniu Boga. Nie twierdzę natomiast, że Bóg na pewno nie istnieje — nie mogę bowiem wykazać, że Boga nie ma, podobnie jak nie mogę wykazać, że w sąsiedniej galaktyce nie istnieje planeta zamieszkana przez jednorożce. Nie mam jednak powodów, by sądzić, że taka planeta istnieje, tak samo jak nie mam powodów, by sądzić, że istnieje Bóg.

Najwyższa pora sprecyzować, co mam na myśli przez owego „Boga”, którego istnienia nie uznaję. Chodzi tu o jakiś rodzaj bytu osobowego, który stworzył nasz wszechświat, jest wszechmocny i wszechwiedzący, wpływa na nasz los, a od naszego zachowania wobec niego zależy nasze szczęście (doczesne lub w jakimś przyszłym życiu, które miałoby nastąpić po naszej śmierci). Myślę, Kwirytusie, że definicja ta obejmuje również Boga, którego istnienie ty uznajesz.

Kwirytus: Tak, Filonie, ale skoro pytasz mnie o moją wiarę, to muszę wyznać, że mam z nią pewien kłopot. Patrząc racjonalnie, nie mam dobrych powodów, aby sądzić, że Bóg istnieje, a tym bardziej uznawać szczegółowe stwierdzenia na jego temat głoszone przez Kościół Katolicki, w którym zostałem wychowany. W zasadzie jestem zdania, że żadna religia nie ma monopolu na prawdę o Bogu, a wypowiedzi Watykanu dotyczące antykoncepcji czy współżycia przedmałżeńskiego odbieram jako aroganckie. Jednak Bóg jest obecny od zawsze w moim życiu — gdy jestem w potrzebie, proszę go o pomoc, gdy jest piękny dzień, dziękuję mu za to. Po prostu wierzę w jakąś siłę wyższą.

Filon: Ściśle rzecz biorąc, wierzysz w siłę wyższą o charakterze osobowym, z którą możemy wchodzić w kontakt i która wywiera wpływ na nasz los. Ale zatrzymajmy się na chwilę nad pojęciem „wiary”, stwierdziłeś bowiem, że „wierzysz” w istnienie Boga, mimo że nie masz powodów, aby sądzić, że Bóg istnieje.

Większość ludzi zgodzi się, że powinniśmy dążyć do tego, aby nasze przekonania były spójne z rzeczywistością. Jeżeli na przykład spotkamy człowieka, który twierdzi, że jutro w totolotku wylosowane zostaną liczby: 2, 8, 12, 15, 23, 31 i 44, nie wolno nam bezkrytycznie uznać, że tak właśnie będzie. Winniśmy potraktować jego deklarację z daleko idącym sceptycyzmem, np. dokonując wiarygodnego sprawdzenia jego skuteczności w przewidywaniu wcześniejszych wyników. Tej samej krytycznej ocenie powinny podlegać także inne stwierdzenia — zapewnienia o skuteczności leków, doniesienia o skonstruowaniu perpetuum mobile, obietnice polityków itd.

I tu właśnie — jak zauważyłem — ludzie dzielą się na dwie grupy. Pierwsza grupa uważa, że w obszarze religii możemy sobie pozwolić na posiadanie przekonań bez uzasadnienia. Jeżeli np. religia mówi nam, że po śmierci nie umieramy, tylko idziemy do nieba lub piekła, nie musimy zastanawiać się nad tym, czy są na to wiarygodne dowody. Możemy uznać to za prawdę, bo „jest to kwestia wiary”, bo chcielibyśmy, aby tak było, albo dlatego, że takie przekonanie poprawia nam samopoczucie. Według tej koncepcji wolno nam więc uznawać pewne sądy, które mówią o rzeczywistości, ale nie są w ogóle wyprowadzone z tej rzeczywistości, a jedynie np. z naszych potrzeb psychologicznych.

Druga grupa ludzi — do której się zaliczam — uważa natomiast, że nie wolno stosować podwójnych standardów poznawczych. Stwierdzenia religijne są takimi samymi zdaniami, jak wszelkie inne twierdzenia o świecie. Innymi słowy, osoba twierdząca, że wie coś na temat Boga czy życia po śmierci, „gra w tę samą grę” co każda inna osoba, która twierdzi, że wie coś o świecie. Musi być w stanie uzasadnić swój sąd za pomocą spójnego rozumowania opartego na wiarygodnych dowodach. Nie może stwierdzić, że „jest to kwestia wiary”, tak jak konstruktor mostu nie może powołać się na swoją niczym nie popartą wiarę, że most ów się nie zawali. Zatem np. stwierdzenie o tym, że po śmierci spotka nas „sąd ostateczny”, należy poddać tak samo ostrej weryfikacji co stwierdzenie, że w przyszłym roku Europę dotknie klęska powodzi.

Dwie drogi, które właśnie opisałem, tworzą pierwsze skrzyżowanie w naszej dyskusji. Dlatego chciałbym cię teraz zapytać, Kwirytusie, którą z tych dróg podążasz?

Kwirytus: Zastawiłeś na mnie, Filonie, zręczną pułapkę. Ale sprawa wydaje się bardziej skomplikowana, niż to przedstawiłeś. Otóż nie jestem w stanie mieć przekonania, które zupełnie abstrahuje od postrzeganej przeze mnie rzeczywistości. Gdybym był w stanie tego dokonać, pewnie uwierzyłbym sobie, że jestem najprzystojniejszym mężczyzną na świecie albo że w moim ogródku zakopany jest brylant wielkości lodówki — przyznasz, Filonie, że nadzwyczaj miło byłoby mieć takie przekonania.

W przypadku religii źródłem moich przekonań są moje doświadczenia na tym świecie — choćby przypadki cudów czy moje poczucie kontaktu z Bogiem podczas modlitwy. Zgodzę się, że nie są to miażdżące dowody i raczej nie próbowałbym cię za ich pomocą do wiary przekonywać. Jednak myślę, że wiara polega właśnie na tym, że patrząc na takie przesłanki, mamy wybór, czy je uznamy czy nie.

Filon: Zastanawiam się, co masz na myśli, mówiąc o „wyborze”. Wygląda na to, że uznajesz konieczność uzasadniania swoich przekonań, a jednak sugerujesz, że w przypadku religii potrzeba czegoś jeszcze, jakiegoś aktu woli. Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale przyznajesz w ten sposób, że dowody na istnienie Boga, którymi dysponujesz, są niewystarczające. Przyznajesz, że gdybyś miał równie słabe dowody na jakiekolwiek inne stwierdzenie o świecie — dajmy na to, że spluwanie przez lewe ramię chroni przed pechem albo że codzienne spożywanie kory sosnowej wydłuża życie — to nie uznałbyś tego stwierdzenia za prawdę. Gdy jednak masz do czynienia ze stwierdzeniem religijnym, pozwalasz sobie (celowo?) na pewną łatwowierność, przymykasz oko na braki w rzekomych „dowodach”, nazywając to „wyborem”.

Zgodzę się z tobą, Kwirytusie, że jest to wybór: Ty twierdzisz, że jest to wybór między wiarą a niewiarą, między przyjęciem Boga a jego odrzuceniem. Ja twierdzę, że jest to wybór między prawdą a nieprawdą. Każdy człowiek może albo badać wszelkie stwierdzenia o świecie, który go otacza, z jednakową rzetelnością, albo w przypadku niektórych stwierdzeń pozwalać sobie na niedbalstwo po to, by poczuć się dobrze lub osiągnąć jakąś inną korzyść.

Nie od dziś wiadomo, że ludzie często przejawiają skłonność do bezkrytycznego albo niedostatecznie krytycznego przyjmowania pewnych sądów. Dzieje się tak np. wówczas, gdy przekonania te poprawiają im samopoczucie. Gdyby w tej chwili, Kwirytusie, podeszła do mnie piękna kobieta i oświadczyła, że jestem podobny do Brada Pitta, zapewniam cię, że nie miałbym szczególnej ochoty kwestionować tej opinii. Być może nawet przyznałbym, że mam w sobie coś z tego aktora.

Inny powód bezkrytycznego myślenia to przynależność do grupy o skrystalizowanych przekonaniach. Na przykład osoba, która wrosła w środowisko nacechowane nieufnością do innych grup etnicznych (np. poglądy takie ma jej rodzina albo większość przyjaciół), będzie mieć często skłonność do pobieżnego zapoznawania się z faktami w tym temacie i uproszczonego interpretowania ich w „jedynie słusznym” kierunku. Będzie ona na przykład zadowalać się pewnymi argumentami mającymi świadczyć o zagrożeniu, jakie stanowią inne narodowości, mimo że, gdyby zechciała spojrzeć na rzecz obiektywnie, dostrzegłaby w tych argumentach luki. Postępowanie takie wynika z przeczucia, że zakwestionowanie „starego” sposobu myślenia mogłoby się spotkać z niezrozumieniem i dezaprobatą grupy, to zaś mogłoby prowadzić do bolesnego poczucia osamotnienia.

Chcę podkreślić, że osoby, o których tutaj mówię, nie są hipokrytami. Hipokrytami są bowiem osoby, które uważają jedno, a publicznie głoszą drugie. Tu zaś mówimy o osobach, które naprawdę uważają to, co głoszą, a jedynie nie patrzą na niektóre swoje przekonania zbyt krytycznym okiem, ponieważ instynktownie czują, że nie przyjdzie im z tego żadna korzyść — ani psychologiczna, ani materialna, ani społeczna.1

Kończąc mój wywód, chcę powiedzieć, że wszyscy jesteśmy podatni na „samoprzekupstwo” zniechęcające nas do krytycznej refleksji nad własnymi przekonaniami; uważam jednak, że zawsze powinniśmy robić, co w naszej mocy, aby dążyć do prawdy, nawet jeśli jest to prawda dla nas niewygodna.


1Trzeba tu zauważyć, że analiza Filona dotyczy tylko osób, które są generalnie zdolne do krytycznej oceny stwierdzeń o świecie, a jedynie w niektórych przypadkach niechętnie z tej zdolności korzystają. U wielu osób krytyczne myślenie stoi natomiast generalnie na niskim poziomie. Jest to poziom, który pozwala im wierzyć w astrologię, homeopatię, bioenergoterapię czy rozmaite teorie spiskowe. Osoby te nie mogłyby zakwestionować stwierdzeń religijnych nawet, gdyby chciały, ponieważ po prostu nie umieją tego zrobić.
O autorze

Tomasz Szynalski

E-mail: "t" + nazwisko + "małpa" + "gmail.com"

Moje zdjęcia na Flickerze