Poprawia ostrość
Kategorie: Wszystkie | Filozofia | Humor | Nauka | Polityka | Życie
RSS
piątek, 18 stycznia 2008
Czemu ma służyć zakaz „wirtualnej” pornografii dziecięcej?
Dzisiejszy tekst będzie o polityce, ale bardziej w sensie policy niż politics — a dokładnie o polityce karnej. Zapraszam do lektury!

Jak donosi Gazeta.pl, Polska przygotowuje się do implementacji decyzji ramowej Rady UE nr 2004/68/JHA dotyczącej zwalczania seksualnego wykorzystywania dzieci i pornografii dziecięcej. Ministerstwo Sprawiedliwości opracowało projekt zmian w kodeksie karnym (tekst projektu w formacie RTF), który obecnie znajduje się w fazie uzgodnień międzyresortowych.

Jedną ze zmian narzuconych przez wspomnianą decyzję ramową jest wprowadzenie sankcji za produkowanie, rozpowszechnianie lub posiadanie tzw. wirtualnej pornografii dziecięcej, czyli pornografii, w której nie występują prawdziwi małoletni, a jedynie wygenerowane komputerowo lub narysowane wizerunki małoletnich. Projekt ministerstwa przewiduje za taki czyn karę grzywny, ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do 1 roku.

W pierwszym odruchu łatwo przyklasnąć nowym regulacjom. Technika komputerowa stale się rozwija i już w tej chwili niektóre wyrenderowane obrazy przypominają do złudzenia zdjęcia rzeczywistych osób. Jest tylko kwestią czasu, zanim to samo będzie możliwe w przypadku obrazów ruchomych. Nowe przepisy wydają się więc nadążać za postępem technicznym, a poza tym uderzają w pedofilów, którzy stanowią bez wątpienia najbardziej znienawidzoną obecnie grupę społeczną.

Sytuacja nie jest jednak tak oczywista. Podstawowym powodem istnienia przepisów zakazujących produkowania filmów pornograficznych z udziałem małoletnich jest ochrona małoletnich występujących w tych filmach przed szkodami na psychice.* W wirtualnej pornografii nie występują jednak rzeczywiste osoby, lecz jedynie trójwymiarowe modele postaci zapisane w pamięci komputera. Powstaje zatem pytanie: kogo ma chronić projektowany przepis?

Właśnie tym problemem zajął się w 2002 roku Sąd Najwyższy USA, orzekając niekonstytucyjność analogicznych przepisów w amerykańskiej ustawie o zapobieganiu pornografii dziecięcej (Child Pornography Prevention Act), czym doprowadził niektórych kongresmenów do absurdalnych prób rozszerzenia konstytucji USA o specjalną poprawkę zakazującą właśnie wirtualnej pornografii dziecięcej.

Podczas procesu rząd Stanów Zjednoczonych wysunął m.in. następujące argumenty:

  • Wirtualna pornografia dziecięca może skłaniać jej odbiorców do popełniania przestępstw seksualnych na małoletnich. W odpowiedzi na ten argument Sąd Najwyższy stwierdził m.in.: „Sama perspektywa popełnienia przestępstwa nie uzasadnia przepisów tłumiących chronioną ekspresję. (...) Rząd wykazał zaledwie odległy związek między treściami, które mogą pobudzać pewne myśli lub impulsy, a ewentualnym wykorzystywaniem dzieci.”
  • Wirtualna pornografia dziecięca może przypadkowo wpaść w ręce dzieci, wywierając szkodliwy wpływ na ich psychikę. Sąd Najwyższy uznał, iż władze mogą karać osoby, które udostępniają treści pornograficzne dzieciom w celu skłonienia ich do udziału w czynnościach seksualnych. Władze nie mogą jednak zakazywać osobom dorosłym dostępu do określonych treści tylko po to, aby uniemożliwić dostęp do tych treści dzieciom.
  • Wirtualną pornografię dziecięcą należy zdelegalizować, aby zlikwidować rynek pornografii dziecięcej w ogóle. Sąd nie zgodził się z tą opinią, zauważając że rynek rzeczywistej pornografii dziecięcej mógłby zostać wyeliminowany, gdyby istniało alternatywne źródło takich treści (sztuczne obrazy nieodróżnialne od prawdziwych). „Niewielu producentów pornografii ryzykowałoby odpowiedzialność karną, wykorzystując prawdziwe dzieci, gdyby zamiast tego mogli rozpowszechniać fikcyjne, komputerowe obrazy” — stwierdził sąd.
  • Legalizacja wirtualnej pornografii dziecięcej utrudni ściganie pedofilów i producentów pornografii z udziałem dzieci, ponieważ oskarżeni będą mogli utrzymywać, że posiadane lub wytwarzane przez nich treści są generowane komputerowo. Sąd zwrócił tu uwagę, że „władze nie mogą ograniczać legalnej ekspresji po to, aby ograniczyć ekspresję nielegalną. Treści chronione zasadą wolności słowa nie stają się treściami niechronionymi tylko dlatego, że je przypominają.”

Warto przyjrzeć się zwłaszcza pierwszemu argumentowi wysuniętemu przez stronę rządową, a następnie odrzuconemu przez Sąd Najwyższy USA: Wirtualna pornografia dziecięca może skłaniać jej odbiorców do popełniania przestępstw seksualnych na małoletnich. Istotnie trudno znaleźć jakiekolwiek rzetelne badania naukowe, które potwierdzałyby tę tezę.** Jak twierdzą m.in. autorzy raportu przygotowanego dla Departamentu Sprawiedliwości Kanady oraz dr Charles L. Scott, psychiatra z uniwersytetu UC Davis, nie ma dowodów na to, że oglądanie pornografii dziecięcej zmniejsza zahamowania moralne pedofila, rozbudza jego popęd seksualny lub w jakikolwiek inny sposób zachęca go do molestowania nieletnich.

Na chwilę obecną nie umiemy nawet oszacować, jaki odsetek posiadaczy dziecięcej pornografii dopuścił się wykorzystywania dzieci i czy jest to odsetek wyższy niż wśród pedofilów nie oglądających treści pornograficznych. Zresztą nawet gdyby stwierdzono statystyczną korelację między korzystaniem z pornografii dziecięcej a popełnianiem przestępstw seksualnych, należałoby jeszcze ustalić, czy to pornografia jest przyczyną przestępstw czy odwrotnie.

Pewnych wskazówek do rozstrzygnięcia tej kwestii może nam dostarczyć debata nad legalizacją „zwykłej” pornografii, która toczyła się (a niekiedy powraca) w krajach zachodnich. Obawy, że swobodny dostęp do treści erotycznych spowoduje nadmierne rozbudzenie popędu płciowego mężczyzn, niemoralne traktowanie kobiet, a w konsekwencji wzrost liczby przestępstw na tle seksualnym okazały się fałszywe: badania wykazują, że dekryminalizacji pornografii wizualnej w takich krajach jak Dania, Szwecja czy RFN nie towarzyszył wzrost ilości gwałtów. W Japonii, mimo lawinowego wzrostu ilości erotyki w latach 1972-1995, liczba ofiar gwałtów spadła trzykrotnie. Brak jest informacji o przypadkach odwrotnych.

Patrząc na sprawę obiektywnie, trudno zatem kategorycznie twierdzić, że dostępność wirtualnej pornografii dziecięcej stanowi zachętę do uprawiania pedofilii. Co więcej, nie jest wykluczone, że zezwolenie osobom o skłonnościach pedofilskich na korzystanie z takich materiałów spowoduje, że przynajmniej część z nich będzie zaspokajać swoje popędy poprzez nieszkodliwą społecznie masturbację. Można również liczyć na to, że dzięki powstaniu legalnej, „syntetycznej” alternatywy zmniejszy się liczba dzieci krzywdzonych podczas produkcji pedofilskich filmów z żywymi aktorami.

Po drugiej stronie pozostaje jeszcze jeden poważny argument, który nie padł w postępowaniu przed Sądem Najwyższym USA: Wirtualna pornografia dziecięca będzie pokazywana dzieciom przez pedofilów w celu zachęcenia ich do podjęcia czynności seksualnych i stworzenia wrażenia, że seks z osobą dorosłą jest czymś normalnym. Istotnie takie przypadki wydają się nie do uniknięcia, jednak nie jest jasne, jak to niebezpieczeństwo ma się do wyżej wymienionych potencjalnych zalet legalizacji „sztucznej” pornografii dziecięcej. Poza tym nie jest dobrą praktyką legislacyjną zakazywanie wytwarzania czy posiadania określonych treści tylko dlatego, że mogą one być narzędziem popełnienia przestępstwa (notabene jednym z wielu w arsenale pedofila). O wiele sprawiedliwiej jest karać za samo przestępstwo.

Myśl o pedofilu zaspokajającym się seksualnie przy filmie z udziałem dzieci — choćby była to całkowicie fikcyjna animacja komputerowa — wzbudza odrazę chyba u każdej zdrowej psychicznie osoby. Należy jednak pamiętać, że takie praktyki, choć ohydne dla postronnego obserwatora, same w sobie nie przynoszą nikomu szkody i jak na razie nie ma żadnych dowodów, że prowadzą do przestępczych zachowań.

Ponieważ zaś sprawa dotyka wolności słowa, nie wystarczą tutaj zdroworozsądkowe przypuszczenia czy słabe argumenty oparte na korelacji statystycznej. Szkodliwość musi być bezspornie wykazana — gdyby można było polegać na wyobrażeniach i domniemaniach, należałoby zakazać publikowania choćby Romea i Julii jako tekstu, który (co nietrudno wykazać) może nakłaniać młodych, niestabilnych emocjonalnie ludzi do samobójstwa w imię miłości, nie wspominając już o „dorosłej” pornografii (jakże łatwo było wieszczyć tutaj upadek wszelkiej moralności).

Fakt, iż dla zdecydowanej większości obywateli wirtualna pornografia dziecięca jest czymś obrzydliwym, nie może mieć tutaj znaczenia. Jak zauważył George Orwell, jeżeli wolność słowa ma cokolwiek oznaczać, to musi być to wolność mówienia rzeczy (i tworzenia treści), których inni ludzie nie aprobują. Treści powszechnie akceptowane nie potrzebują przecież prawnej ochrony.


*) Warto zauważyć, że przepis o utrwalaniu treści pornograficznych z udziałem małoletniego (art. 202 par. 4 kodeksu karnego) nie dotyczy w zasadzie rejestrowania faktycznych czynności seksualnych z udziałem małoletniego. W takiej sytuacji sprawca odpowiadałby bowiem po prostu z zagrożonego o wiele wyższą karą art. 200 kk (obcowanie płciowe z małoletnim lub dopuszczenie się wobec niego innej czynności seksualnej) tak jak ewentualni współsprawcy czy pomocnicy. Art. 202 pozwala natomiast pociągnąć do odpowiedzialności karnej osoby utrwalające treści pornograficzne, w których czynności seksualne małoletniego są jedynie symulowane lub w których małoletni nie jest uczestnikiem czynności seksualnych (a jednynie np. ich obserwatorem).
**) W najnowszym badaniu przeprowadzonym w USA na grupie 155 mężczyzn skazanych za posiadanie lub rozpowszechnianie pornografii dziecięcej 85 procent badanych przyznało się do wykorzystania przynajmniej jednego dziecka. Jednak próbka nie była reprezentatywna — badano tylko osoby skazane i to takie, które dobrowolnie przystąpiły do programu terapeutycznego (można przypuszczać, że były to głównie osoby mające szczególnie duże problemy ze swoją pedofilią). Przede wszystkim zaś nie stwierdzono, czy pornografia była przyczyną molestowania czy też jej skutkiem albo okolicznością towarzyszącą.
środa, 17 października 2007
Dlaczego nie zagłosuję na PiS?

Jeżeli tak jak ja zaliczacie się do osób, które uważają, że w sposobie rządzenia naszym krajem należy wprowadzić zasadnicze zmiany, jesteście narażeni na pokusę oddania głosu na Prawo i Sprawiedliwość. Gdzieś w głowie każdego zaangażowanego politycznie obywatela o orientacji wolnościowej tli się bowiem przeczucie, że rządy Platformy Obywatelskiej — a już na pewno rządy wespół z LiD-em czy PSL-em — nie zapewnią Polsce odważnych, energicznych reform w kierunku wolnego rynku nie krępowanego setkami ustaw, zezwoleniami, urzędniczymi decyzjami i przywilejami rozmaitych grup interesów.

Bo czyż możemy się spodziewać radykalnego zerwania z labiryntem przepisów produkowanych niestrudzenie przez legislatorów w Ministerstwie Finansów i stworzenia od podstaw czegoś, co pozwoli przedsiębiorcy zrozumieć swoje obowiązki bez wielotygodniowych studiów nad stertami papieru, czy raczej czeka nas dalszy ciąg kosmetycznych poprawek w formie (o ironio) kolejnych ustaw pod przyjacielsko brzmiącymi nazwami typu „Ustawa o swobodzie działalności gospodarczej” czy „Ustawa o sprzyjaniu przedsiębiorczości”? Czy możemy liczyć na likwidację nieuzasadnionych przywilejów niektórych grup zawodowych, takich jak rolnicy czy górnicy, czy raczej będziemy świadkami albo całkowitego wycofania się z niegdysiejszych zapowiedzi, albo futurologicznych gestów w rodzaju zapisania w jakiejś ustawie wzrostu składki na KRUS na rok 2015? Komuś, kto obserwował poczynania naszych dotychczasowych rządów, trudno jest uwierzyć, że Platforma (a zwłaszcza Platforma obciążona bardziej populistycznymi koalicjantami) będzie w stanie przełamywać opory społeczne i tworzyć w Polsce nowy, wolnościowy porządek gospodarczy.

Tymczasem, co by nie mówić o ostatnich dwóch latach rządów, Prawo i Sprawiedliwość jest z pewnością najskuteczniejszą partią polityczną w historii III RP. PiS ma silne kierownictwo, bezwględnie przekonane o słuszności swojej wizji i zwarte szeregi posłów gotowych gorliwie odpierać ataki opozycji. PiS pokazał, że umie sprytnie rozgrywać koalicjantów, tak by nie przeszkadzali mu w realizacji swoich planów, a nawet „połknąć” ich elektorat. PiS udowodnił, że potrafi uodparniać swoich wyborców na argumenty opozycji, przekazując im gotowe, czytelne schematy myślenia (np. „Kto nie popiera naszych rozwiązań antykorupcyjnych, ten widocznie się czegoś boi”, „Oferowanie stanowisk ludziom niekompetentnym w zamian za poparcie rządu to rzecz zupełnie taka sama jak zwykłe negocjacje koalicyjne”). W ten sposób PiS skutecznie zamienia „miękki” elektorat na elektorat „twardy”, gotowy, jak żona mojego znajomego, nazwać Władysława Bartoszewskiego „zdrajcą” natychmiast po tym, jak skrytykował on politykę zagraniczną PiS-u.

Co prawda w kwestii polityki gospodarczej PiS stać jedynie na małe kroczki w kierunku liberalizacji (chyba największy to obniżenie składki rentowej), ale przynajmniej w „sztandarowych” punktach programu PiS-u możemy liczyć, że partia ta będzie realizować je ze zręcznością i determinacją. Być może za rządów PiS-u nie staniemy się tygrysem gospodarczym na miarę Irlandii, ale możemy oczekiwać zdecydowanej walki z korupcją, przestępczością czy korporacjami kontrolującymi dostęp do zawodów prawniczych. Mamy pewność, że rząd PiS-u będzie twardo bronił interesów Polski na arenie międzynarodowej: nie podpisze żadnej niekorzystnej umowy, choćby naciskały nań wszystkie pozostałe kraje Unii Europejskiej, zadba o dywersyfikację energetyczną, nie bojąc się pomruków putinowskiej Rosji. Krótko mówiąc, może nie zrobią tego, co byśmy chcieli najbardziej, ale przynajmniej zrobią COŚ. Ja jednak — mimo przekonania o skuteczności PiS-u, mimo niewiary w siłę przebicia Platformy — nie oddam w przyszłą niedzielę głosu na Prawo i Sprawiedliwość. Postaram się wyjaśnić, dlaczego.

1. Spirala penalizacji

Po pierwsze, walka z korupcją i inną przestępczością w wydaniu PiS opiera się na dwóch pomysłach: zwiększaniu kontroli nad obywatelami oraz zaostrzaniu kar. PiS zdaje się wyznawać prostą filozofię rodem z westernów: ludzie dzielą się na uczciwych obywateli i przestępców. Tych drugich należy neutralizować poprzez ścisłą kontrolę i odstraszać ostrymi karami. Polityka taka prowadzi do progresywnego zaostrzania sankcji i zaliczania coraz większej liczby czynów do kategorii przestępstw.

Przedstawię ten mechanizm na przykładzie prowadzenia samochodu po spożyciu alkoholu. Na początku przestępstwem jest po prostu spowodowanie po alkoholu wypadku z ofiarami. Niestety ofiar wypadków jest dużo, więc rządzący postanawiają zwiększyć efekt odstraszający. Od tej pory przestępstwem jest już sama jazda pod wpływem alkoholu, niezależnie od tego, czy ktokolwiek na niej ucierpi. Statystyki trochę się poprawiają, ale pojawiają się sygnały od policji, że wożenie podejrzanych kierowców na badania krwi nastręcza policji zbyt wiele trudności. „Musimy dać policji narzędzia do walki z pijanymi wariatami drogowymi” — mówią politycy i uchwalają nową definicję jazdy pod wpływem alkoholu. Od teraz pod wpływem alkoholu będzie ten, u kogo w wydychanym powietrzu alkomat wykaże stężenie alkoholu powyżej określonego limitu. Co prawda wiadomo, że stężenie w wydychanym powietrzu nie przekłada się dokładnie na stężenie we krwi, ale za to policja wreszcie otrzyma „narzędzia”. W odczuciu społecznym pijani kierowcy pozostają jednak dużym problemem, więc sięga się po kolejny pomysł — obligatoryjny zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych dla każdej osoby przyłapanej na prowadzeniu jakiegokolwiek pojazdu w stanie nietrzeźwości. W mediach pojawiają się sporadyczne doniesienia o przypadkach osób, które po wypiciu paru piw w pubie wsiadły na rower, żeby wrócić do domu, wskutek czego zostały ukarane zakazem prowadzenia pojazdów mechanicznych i wpisaniem do rejestru skazanych. Nieważne, że poruszały się wyłącznie po chodnikach — wszak według kodeksu drogowego chodnik jest częścią drogi!

Proces zaostrzania kar jest kontynuowany dopóty, dopóki istnieje problem pijanych kierowców, czyli tak naprawdę bez końca. Za każdą kolejną zmianą jest prosty argument: Porządni ludzie nigdy, ale to nigdy, nie prowadzą niczego po żadnej ilości alkoholu, więc nie mają się czego bać — a skoro tak, to nieważne, czy kara jest adekwatna do spowodowanych szkód — ważne, żeby odstraszała.

Już w tej chwili słychać o dalszych projektach PiS-u w temacie jazdy po spożyciu: Obligatoryjny przepadek pojazdu prowadzonego pod wpływem alkoholu na rzecz Skarbu Państwa, a w przypadku kierowania nie swoim pojazdem — grzywna o jego równowartości. (Cóż z tego, że kierowca dwuletniej corolli [45000 zł] będzie karany trzydziestokrotnie surowiej niż kierowca 8-letniego poloneza [1500 zł]?) Jeśli PiS utrzyma się przy władzy, z pewnością nieobce będą mu pomysły w rodzaju zmniejszenia dopuszczalnego stężenia alkoholu do 0 promili (bo przecież KAŻDA ilość alkoholu, nawet taka zawarta w czekoladce lub łyżce syropu, stanowi śmiertelne zagrożenie) czy wprowadzenie surowych kar dla osób postronnych, które dopuszczają do kierowania samochodem przez znajomych pod wpływem alkoholu albo nie donoszą na nich policji.

Spirala penalizacji to droga do nikąd. Mechanizm jest zawsze ten sam: Zaczyna się np. od delegalizacji posiadania narkotyków „żeby policja mogła łatwiej łapać dilerów sprzedających heroinę pod szkołami”, kończy się na wyrokach więzienia dla osiemnastolatków przyłapanych po raz drugi ze skrętem pod swoim blokiem. W efekcie coraz więcej obywateli trafia do więzień (w USA już prawie 1% populacji), tylko problem pozostaje bez zmian.

Ludzie nie dzielą się na uczciwych i nieuczciwych. Nie ma żadnej mitycznej kasty przestępców. W rzeczywistości są ludzie bardziej lub mniej odporni na pokusy: jeden da się skorumpować za 100 zł, inny dopiero za 100 000 zł, a jedynie nieliczni nie dadzą się kupić za żadną cenę. Skuteczna polityka polega nie na definiowaniu coraz to nowych kategorii przestępstw i wyznaczaniu absurdalnie surowych kar, ale na ograniczaniu potrzeby i sposobności do popełniania przestępstw. Jeżeli w ciągu ostatnich trzech lat liczba kradzieży samochodów spadła o 44%, to nie dzięki ściślejszej kontroli i surowszym karom, ale dlatego, że w tej chwili prawie każdy może sobie kupić za parę tysięcy złotych zupełnie sprawne auto z Niemiec. Jeżeli w szpitalach skończy się kiedykolwiek praktyka zanoszenia koperty do gabinetu ordynatora, to nie dzięki spektakularnym akcjom CBA, ale dzięki stworzeniu sprawnego, rynkowego systemu ochrony zdrowia.

2. Psucie systemu prawnego

Działacze Prawa i Sprawiedliwości nie wierzą w skuteczność rozwiązań systemowych. Wierzą natomiast w silną władzę dla właściwych ludzi — niepodatnych na złe wpływy, czystych moralnie herosów z genami patriotyzmu. Takim ludziom trzeba stwarzać jak najszersze możliwości, tak aby „prawo nie było dla nich przeszkodą”, jak powiedział Jarosław Kaczyński.

Dlatego według PiS-u jest w porządku, jeśli minister sprawiedliwości — polityk rządu — jest jednocześnie prokuratorem generalnym nadzorującym władzę sądowniczą. Jest w porządku, gdy minister Ziobro osobiście steruje śledztwami bezpośrednio podległego mu zespołu prokuratorów w Prokuraturze Krajowej. Jest w porządku, gdy za pomocą konferencji prasowych wywiera nacisk na prokuratorów, mówiąc im, wobec kogo mają zastosować areszt tymczasowy, a w jakiej sprawie nie powinni w ogóle wszczynać śledztwa.

Politycy PiS-u nie wątpią również w słuszność proponowanych przez siebie zmian w ustawie o Trybunale Konstytucyjnym. Według projektu PiS Trybunał miałby rozpatrywać każdą sprawę w pełnym składzie (co zmniejszyłoby liczbę rozpatrywanych spraw) oraz miałby obowiązek rozpatrywać sprawy w kolejności ich zgłaszania (co umożliwiłoby łatwe zablokowanie prac Trybunału na długie lata poprzez złożenie np. 100 lipnych wniosków na dowolny temat). Po takim „zhakowaniu” ustawy Trybunał Konstytucyjny już więcej nie przeszkadzałby patriotycznym, uczciwym politykom PiS-u w uchwalaniu takich ustaw, jakie uważają za stosowne.

Przeświadczony o własnej szlachetności PiS nie ma oporów przed demolowaniem systemowych mechanizmów, które „krępują mu ręce”, ale jednocześnie chronią nas wszystkich przed nadużyciami takimi jak upolitycznianie sądownictwa czy łamanie naszych konstytucyjnych praw. Jest to ogromne zagrożenie dla obywateli. Nawet jeżeli ktoś uważa, że politycy PiS-u są rzeczywiście prawi i sprawiedliwi, to powinien pamiętać, że nie będą oni przecież rządzić wiecznie. Możemy być pewni, że z dziur w prawie lekkomyślnie stworzonych przez PiS skwapliwie skorzysta następna, być może mniej uczciwa ekipa — bo jaki polityk lubi mieć związane ręce?

3. Jakość etyczna kadr

Czy ktoś przypomina sobie choćby jedną sytuację, w której poseł PiS-u wygłosiłby opinię niezgodną z linią partii? Odkąd pamiętam, każdy działacz Prawa i Sprawiedliwości w każdym programie telewizyjnym mówił zawsze to samo. A więc albo wszyscy politycy PiS-u myślą to samo (co pozwalałoby domniemywać, że nie myślą w ogóle), albo myślą jedno, a mówią drugie.

Można twierdzić, że wybiórcze i nieobiektywne prezentowanie faktów, tak by zapewnić jak najlepszy wizerunek swojej partii, jest postępowaniem charakterystycznym dla wszystkich polityków. Jednak to politycy Prawa i Sprawiedliwości wprowadzili w tej dziedzinie nową jakość. Nigdy wcześniej na polskiej scenie politycznej nie mieliśmy ugrupowania złożonego z ludzi, którzy nigdy nie ważą się głosić swojego zdania, a jedynie oficjalne stanowisko partii — ludzi, którzy z kamienną twarzą przed kamerami są gotowi wmawiać wszystkim coś, o czym sami wiedzą, że jest absurdalne.

I tak Jarosławowi Kaczyńskiemu w debacie z Donaldem Tuskiem bez problemu przechodzą przez gardło słowa: „Jeżeli atakuje Pan Zbigniewa Ziobro i Mariusza Kamińskiego, to popiera Pan korupcję”. Jacek Kurski może z trybuny sejmowej bez mrugnięcia powieką wychwalać swoją partię za coś, przeciwko czemu głosował razem z połową swojego klubu (cytat ze stenogramu PDF: Prawo i Sprawiedliwość zaczęło walczyć o przywrócenie kultury poczucia wspólnoty i godności … Temu służy przywrócenie jednolitego umundurowania dla dzieci i młodzieży w szkołach podstawowych i gimnazjalnych). Następnie poseł brnie w kolejne kłamstwa: najpierw zaprzecza, jakoby w swojej wypowiedzi przypisał jakąkolwiek zasługę PiS-owi (Wyraźnie mówiłem o tym, że takie rzeczy jak mundurki ... zdarzyły się za rządów PiS, nie precyzując, jak było w szczegółach), a dalej tłumaczy, że głosowanie przeciwko mundurkom było skutkiem „pomyłki posła prowadzącego” (mimo że PiS głosował w ten sposób dwukrotnie — w Sejmie i w Senacie).

Wreszcie szef CBA Mariusz Kamiński może prosto w oczy mówić, że nadanie w TVP1, w porze emisji „Klanu”, najsmakowitszych kąsków z podsłuchanych rozmów podejrzanej o korupcję posłanki PO Beaty Sawickiej na kilka dni przed wyborami nie ma na celu wsparcia kampanii PiS-u, a jedynie obronę funkcjonariuszy CBA przed oskarżeniami (co jest powodem absurdalnym, gdyż nikt — nawet Platforma — nie oskarżał CBA o nieprawidłowe działanie).

Oczywiście można powiedzieć, że wszyscy politycy naginają fakty do swoich potrzeb. Jest to jednak argument słaby. Owszem — większość posłów Platformy, nie wyłączając Donalda Tuska, można od czasu do czasu przyłapać na celowym używaniu „lipnych” argumentów czy nieobiektywnym prezentowaniu faktów. Jednak każdy, kto obserwuje naszą politykę, dobrze wie, że nawet przodujący spin doctor Platformy, Bronisław Komorowski, ledwie zahacza o poziom manipulacji intelektualnej przeciętnego posła PiS-u, nie mówiąc już o rywalizacji z prawdziwymi mistrzami w tym fachu jak np. Tadeusz Cymański czy Jacek Kurski. Co więcej, w Platformie daje się zauważyć także takich posłów, którym moralność nie pozwala manipulować prawdą — moim zdaniem do takiej „etycznej elity” należą Bogdan Zdrojewski i Jarosław Gowin. Tymczasem przez ostatnie dwa lata nie zaobserwowałem żadnego posła PiS, który mówiłby o rzeczach tak, jak się one mają. Pomyślmy: Brudziński? Kuchciński? Karski? Dudziński? Putra? Lipiński? Szczypińska? Szkoda gadać.

Mogę się tylko zastanawiać, co dzieje się z umysłami i sumieniami ludzi, którzy dzień w dzień myślą jedno, a mówią drugie. Sądzę jednak, że nic dobrego. I to jest trzeci powód, dla którego w niedzielę nie zagłosuję na Prawo i Sprawiedliwość.

O autorze

Tomasz Szynalski

E-mail: "t" + nazwisko + "małpa" + "gmail.com"

Moje zdjęcia na Flickerze